UDZIAŁ WOJCIECHA WIERCIOCHA W KONFERENCJI AFORYSTYCZNEJ WE WROCŁAWIU

 


                                                                                       Kraków – Wrocław, 25 X 2025

Wojciech Wiercioch

AFORYŚCI I ANTOLOGIŚCI: AUTOPROMOCJA I PROMOCJA ORAZ RECEPCJA MAŁYCH FORM LITERACKICH

Szanowni Państwo!

Jestem obecnie aktywnym uczestnikiem Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie, dlatego fizycznie nie mogę być teraz we Wrocławiu, na I Międzynarodowej Konferencji Aforystycznej Magnum in parvo. Niestety, nie posiadłem umiejętności bilokacji, nie mogę przebywać jednocześnie w dwóch różnych miejscach, nie posiadam owych ezoterycznych nadprzyrodzonych darów charyzmatycznych. Ale dzięki technice zjawisko takie jest jednak możliwe. A dzięki plastycznym skojarzeniom i literackim asocjacjom ową sytuację można potraktować anegdotycznie, dobrze się bowiem ona wpisuje w temat mojego krótkiego, zwięzłego wykładu. Dość plastycznie pokazuje, jak złożone i kręte są ścieżki promocji, autopromocji czy recepcji małych form literackich.

Teraz tu, w Krakowie, obecny jestem zarówno jako prozaik, współautor świeżo wydanej książki pt. Zaklinacz dźwięków. Powieść o Fryderyku Chopinie, jak i jako antologista, współtwórca takich książek, jak Anegdoty z czterech stron świata, Polska w anegdotach, Dowcip i mądrość. Cytaty, paradoksy i aforyzmy od starożytności do XIX wieku czy Rozum i komizm. Cytaty, aforyzmy i paradoksy z XX i XXI wieku.  We wszystkich tych antologiach pomieszczone są moje eseje, w których zawarłem obszerne informacje z zakresu historii i teorii małych form literackich. Nie chcę tu powtarzać zawartych tam tez, argumentów, przykładów, po prostu sygnalizuję, że takowe teksty istnieją, czekając na czytelników i krytyków.

Dodam jeszcze, iż włączyłem aforyzm do szerszego dyskursu kulturowego, traktując aforystów równie poważnie jak prozaików, poetów, psychologów i filozofów – to niemalże niewykonalne zadanie usiłowałem zrealizować w dość obszernej syntezie, w książce pt. Krótka historia głupoty i mądrości. Przewodnik i poradnik.

We Wrocławiu obecny jestem duchowo jako aforysta, domorosły znawca tego gatunku literackiego oraz niestrudzony promotor polskiej aforystyki. Trochę to inna rola, niejako dopełniająca. Dlatego pozwolę sobie naświetlić temat od innej strony, bardziej osobistej. Z góry przepraszam za prywatę, ale wydaje mi się, że przedstawienie mojego punktu widzenia – na tle mojej przygody z literaturą – może zobrazować dość abstrakcyjny temat wystąpienia przed Szanownym Audytorium.

Aforyzmami czy fraszkami zainteresowałem się już w szkole średniej, a moim debiutem literackim był tomik aforyzmów. Ongiś łudziłem się, że zrobię międzynarodową karierę – jak to się udało Stanisławowi Jerzemu Lecowi. Niestety, brutalna rzeczywistość szybko sprowadziła mnie do parteru. Zrozumiałem, że pisząc wyłącznie aforyzmy, nigdy nie zbuduje się silnej marki osobistej, nigdy nie wejdzie się do literackiego mainstreamu, nigdy nie będzie się miało swojego tomu w kanonie literatury polskiej.

Aforyzm, niestety, zawsze będzie gatunkiem niszowym. Wprawdzie chętnie czytanym przez odbiorców o wyrobionym guście, ale też lekceważonym przez recenzentów, krytyków literackich, historyków i teoretyków literatury.

I to dlatego dobra rada dla potencjalnych aforystów może być wyłącznie taka: „Jeśli chcecie stać się rozpoznawalni na kulturalnej mapie Polski, Europy i świata – zapomnijcie o aforystyce, wybierzcie epikę. No, może jeszcze dramat. W ostateczności – lirykę”.

Brutalna to prawda. Właśnie dlatego skupiam się obecnie na tworzeniu powieści historycznych (wspólnie z żoną Jolantą), inkrustując je w miarę możności paradoksami, antytezami czy innymi konstrukcjami aforyzmopodobnymi. Właśnie w tej postaci aforyzmy dobrze się sprawdzają w narracji, dialogach, w tytułach rozdziałów oraz w przedmowach i posłowiach.

Ale na tym nie koniec. Jest wszakże jedno pocieszające (choć to uśmiech przez łzy)… zjawisko medialne: Aforyzmy – w dobie wszechobecnych memów – dobrze sobie radzą w internecie.

Słowo „mem” posiada dwa główne znaczenia: jest mem małą porcją informacji, odpowiednio wystylizowaną, potrafiącą niczym wirus zasiedlać kolejne umysły (tym się zajmuje memetyka). Funkcjonuje również mem w drugim znaczeniu, jako zjawisko ze sfery mass mediów i mediów społecznościowych – to myśl zespolona z obrazkiem; i ów mem internetowy staje się coraz bardziej popularny. To także jakiś ratunek dla elitarnej aforystyki. Lepszy rydz niż nic.

Jakie z tego wyciągam wnioski praktyczne? Staram się nasycać aforyzmami swoje powieści, eseje, felietony, a niektóre aforyzmy, które mają szansę przebić się do szerszych kręgów czytelniczych, wrzucam w media społecznościowe. Temu służy przykładowo moja grupa na Facebooku „Aforyzm, fraszka, anegdota, haiku”.

Rezultat… jaki jest… każdy widzi.

Aforysta strzela – Pan Bóg memy nosi!

Każda sfera kultury, a więc i każdy gatunek literacki, potrzebuje promocji, czyli rozpowszechniania, popularyzowania i podnoszenia rangi takiej czy innej niszy aktywności twórczej. Moim zdaniem świetnie się do tego nadają właśnie antologie. Wraz z żoną stworzyliśmy dwie księgi, wspomniane Anegdoty z czterech stron świata oraz Polskę w anegdotach, gdzie w poprzedzających je esejach, we wstępach, starałem się wskazać na różnice i podobieństwa występujące w ekskluzywnym świecie małych form literackich; a więc próbowałem przedstawić pokrewieństwo między anegdotą, apoftegmatem, aforyzmem, fraszką, limerykiem albo coraz popularniejszym w naszym kręgu kulturowym – wierszem haiku, wywodzącym się z Japonii. Taką samą metodę upowszechniania i popularyzowania zastosowaliśmy w poświęconych aforyzmom antologiach – obejmujących sentencje z okresu od starożytności aż po wiek XXI, od Alaski po Australię i od Japonii po Argentynę.

I to chyba działa – nasze antologie zbliżają się do statusu bestsellerów.

Pojedyncze tomiki aforyzmów – nawet najwybitniejszych polskich czy obcych „krótkodystansowców literatury”, twórców owych esejów w pigułce – sprzedają się w śladowych ilościach, a więc nie dotrą one do przeciętnego bywalca salonów Empiku czy księgarni internetowych. Ale już dany autor, pomieszczony w antologii, liczyć może na kilka tysięcy czytelników, a może nawet kilkanaście tysięcy (bo przecież w bibliotekach jedna książka może mieć wielu odbiorców).

Reasumując: Nie jest źle. Nie jest dobrze. Ot, paradoks taki. Klątwa połowicznego sukcesu!

Na koniec muszę się przyznać do pewnej porażki, na razie bez widoków na zwycięstwo w najbliższej przyszłości. W Japonii trzywersowe haiku – to niemal „sport narodowy”: klasycy gatunku są stale wydawani, w dużych nakładach, znawcy tematu poważnie traktują haiku, organizowane są festiwale tematyczne, konkursy, prowadzi się warsztaty pisania tych poetyckich miniatur, twórcom przyznaje się nagrody, stypendia. Piszący haiku mogą tam uczestniczyć w głębszym i szerszym nurcie obiegu informacji kulturalnych.

Haiku stanowi ważny, integralny element japońskiego soft power, czyli tej miękkiej siły, która niesie w świat historię, kulturę, literaturę tego narodu; jest jego wizytówką, zaraża pozytywnie inne nacje, niczym wirus umysłu – mem. Sprawia, że obraz Japonii jest coraz cieplej przyjmowany przez światową opinię publiczną…

Podobnie silnie zakotwiczony jest aforyzm w kulturze polskiej – i to trwa już od renesansu; każda epoka literacka wydawała u nas wybitnych aforystów. I nie koniec na tym, aforystyka istnieje również w Polsce na obrzeżach kultury w obecnym stuleciu. Choć, niestety, powierzchownym obserwatorom wydawać się może, iż ostatnim słowiańskim arcymistrzem tego gatunku był Stanisław Jerzy Lec. Tak przynajmniej wygląda to w świetle salonów Empiku, bo tylko autor Myśli nieuczesanych jest w nich obecny…

Ja zaś wydumałem sobie obraz przyszłej Polski jako… drugiej Japonii… kraju wykorzystującego na rynku wewnętrznym i rynkach zewnętrznych swoje dobro narodowe, którym są małe formy literackie. Niestety, moje działania, w tym integrowanie środowiska aforystów, organizowanie Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. Stanisława Jerzego Leca w Nowym Targu czy Festiwalu Literatury Niezależnej w Krakowie, tworzenie różnych antologii, pisanie o tej sferze kultury – wszystko to przyniosło znikome rezultaty.

Nie będę tu się bawił w dociekanie przyczyn tego stanu rzeczy, wyrażę jedynie radość, że oto na duchową mapę Polski wkroczył Wrocław ze swoją I Międzynarodową Konferencją Aforystyczną Magnum in parvo. Bardzo to cenna inicjatywa, choć przecież nie znajdzie się w świetle jupiterów, nie przyciągnie takiego zainteresowania mediów, jak choćby XIX Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina. Nie przyniesie – w tym roku. Ale wierzę, że po stu latach (czyli tylu, ilu potrzebowali wielbiciele i promotorzy Chopina, by dotrzeć do szerokiej i jasnej świadomości społecznej) także ta wrocławska konferencja stanie się zjawiskiem opiniotwórczym i kulturotwórczym.

Wierzę w to – jak w teorię chaosu.

Trzepot skrzydełek motyla w Australii może spowodować tornado w Ameryce Północnej. I niech ten „efekt motyla” sprawdzi się także w świecie aforyzmów, w tej dość egzotycznej niszy literackiej.

Duch wieje, kędy chce – jako prawi Pismo – wartości duchowe bywają trwalsze niż pomniki z marmuru i spiżu. Wartościowe dzieła, zwłaszcza tak skondensowane, skompresowane niczym pliki w komputerze – czyli magnum in parvo, wielkie w małym – skłonne bywają do rozprzestrzeniania się jak wirusy, memy.

Wartościowe słowa, ułożone w najwłaściwszym porządku, mają szansę przetrwać dla przyszłych pokoleń. Tak jak sentencje Ptah-hotepa czy innych egipskich mędrców sprzed kilku tysięcy lat.

Niech więc każdy aforysta powtarza sobie w duchu: Non omnis moriar!

NIE WSZYSTEK UMRĘ!


Komentarze