RECENZJA

 


AUTORZY POWIEŚCI O CHOPINIE: 

JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH & WOJCIECH WIERCIOCH


AUTORKA RECENZJI: ANNA STASIUK

„Zaklinacz dźwięków. Powieść o Fryderyku Chopinie” 

„Rodem Warszawianin, sercem Polak, a talentem – świata obywatel”.

Rok 2025 przyniósł kolejną odsłonę XIX Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina, który odbył się w dniach 2–23 października w Warszawie. W 2025 roku, w trakcie tego wielkiego konkursu, słuchacze znowu zasiedli, by wpatrywać się w dotyk pianisty; by słuchać, jak palce przywołują mazurki, nokturny, polonezy – i by myśleć o Chopinie jako o ciągłości tradycji i inspiracji. Warto w tym świetle sięgnąć po tę powieść i poczuć, jak literatura i muzyka współbrzmią.

Czytając „Zaklinacza dźwięków” zaraz po konkursie  kiedy echo fortepianowych tonów jeszcze drży  zyskuje się dodatkową warstwę: ten moment historyczny, kiedy świat zbierał się w Warszawie, by słuchać Chopina, staje się przysięgą, że jego dźwięki nadal są żywe, że ta tęsknota – i ta radość – wciąż przemawia. I powieść oferuje czytelnikowi właśnie to: nie tylko opowieść o kompozytorze sprzed wieków, lecz o stałym spotkaniu z nim – w muzyce, w literaturze, w nas samych.

W tej obszernie utkanej powieści – liczącej ponad siedemset stron – autorzy wchodzą w głąb duszy jednego z najznakomitszych romantyków fortepianu, Fryderyka Chopina. Tworzą jego obraz nie jako pomnik, nie jako legendę otoczoną mchem i kurzem wieków – lecz jako człowieka wrażliwego, rozdartego, wpatrzonego w brzmienie i jednocześnie w tęsknotę za krajem i za samym sobą.

Już na początku książki czuć liryczną aurę: Warszawa dzieciństwa, salony, fortepianowe chwyty pierwszych etiud, potem emigracja – Paryż, Londyn, Wiedeń – i nieustająca walka z chorobą, z samotnością, z ciężarem geniuszu. W tle tej biograficznej fabuły tli się muzyka – nie tylko w sensie literalnym: nuty, koncerty, a także cisza po nich, echo minionych dźwięków, wspomnienie dotyku klawiszy. W tym sensie tytuł „Zaklinacz dźwięków” nie jest tylko metaforą – to wizja artysty, który uczy się przekuwać własną tęsknotę w dźwięk, a dźwięk w życie. „Zaklinacz dźwięków” to powieść, która z jednej strony jest wielką panoramą życia – od niemowlęctwa Fryderyka w Żelazowej Woli po pogodną nutę bolesnego finału – ale z drugiej strony nie gubi intymności. Bo Chopin tutaj bywa przyczajonym marzycielem na salonowym parkiecie, i samotnikiem wśród sławy, i patriotą uwięzionym w dźwięku. Czytelnik śledzi go przez triumfy i regresy – wirtuozję i niespełnienie – i zaczyna rozumieć, że muzyka to dla niego nie tylko talent, ale przymus, powołanie, struna napięta pomiędzy byciem a niebytem.

Jednym z największych atutów powieści jest język – napowietrzony humorem i nostalgią zarazem: dowcipne epizody, elastyczne skróty narracyjne, a jednak – w momentach, w których trzeba – pełne powagi, mgły, zawieszenia.

„Zaklinacz dźwięków” to powieść-kamerton: rezonuje długo po odłożeniu książki. Dla miłośnika muzyki klasycznej, dla kogo fortepian nie jest tylko instrumentem, ale brzmieniem życia – będzie lekturą nie tylko inspirującą, ale i głęboko poruszającą. Dla czytelnika literatury pięknej – to doświadczenie wspólnoty faktu i fikcji, świata i duchowości. A dla każdego, kto choć raz słyszał mazurka w ciszy – książka tej pary autorów może się okazać kluczem do zrozumienia, czym był Chopin: „zaklinaczem dźwięków”, który uczynił z ciszy muzykę, a z muzyki – wieczność.

Jeśli miałabym wskazać słabe strony – to być może tempo narracji momentami się wlecze, momenty erudycyjne bywają rozbudowane – ale to właśnie cena, jaką płaci się za ambitne, pełne uczucia i detali pisarstwo. Ja wychodzę z tej lektury z poczuciem, że odnalazłam Chopina – nie w pomniku, lecz w cieniu klawiszy, w świetle lampy przy biurku, w jego samotnym westchnieniu przed chwilą ciszy-odezwy.

Z czystym sercem polecam.

Anna Stasiuk


ZŁAP AFORYZM NA LITERĘ S

 


WOJCIECH WIERCIOCH - AFORYZMY


·   Sukces zawodowy jest darem Boga, ale na ten dar trzeba sobie zasłużyć ciężką pracą.

·   Sumienie: maszynka do rozmieniania grzechów ciężkich na drobne (ale ilość drobiazgów przechodzi w jakość).

·   Surrealizm: boski mistycyzm bez Boga.

·   Surrealizm: gówno widział, a namalował słoneczniki.

·   Swój brak gustu tłumaczyła jego brakiem gestu.

·   Symptomy choroby: szyfr natury błagającej o życie, biała flaga na czerwonej baszcie.

·   Syn marnotrawny korzysta dwukrotnie: przy pożegnaniu i przy powitaniu.

·   Syty nie rozumie głodnego. Ale dlaczego głodny nie rozumie sytego?

·   Szacunek przejawia się w polemice, lekceważenie – w bezkrytycznej akceptacji.

·   Szaleniec ma dylemat: szaleć mniej (być zdrowym, a zarazem bardziej banalnym) czy też szaleć inaczej, subtelniej (być outsiderem absolutnym, a zarazem bardziej twórczym)?

·   Szaleństwo to nie myślenie na opak, ale opak na myślenie (niepełne opakowanie, częściowa forma, z której ulatuje treść).

·   Szansa na sukces? Stań na głowie... Rywala.

·   Szatan nigdy nie traci wiary... W niewierność.

·   Szczekanie: objaw choroby psychicznej słowika?

·   Szczenięca miłość kończy się często pieskim życiem.

·   Szczęście jest nieszczęściem: jeśli byłeś kiedykolwiek prawdziwie szczęśliwy – później już nawet zwykłe szare dni są dla ciebie nieszczęściem.

·   Szczęście sprzyja przygotowanym... na nieszczęście (np. nieszczęście z powodu banalności odczuwanej po zrealizowaniu tego, co miało przynieść szczęście).

·   Szczęście to pociąg, a nie stacja.

·   Szczęście, spokój, miłość, arkadia i utopia. Umarłem czy zwariowałem? Nie! Napisałem aforyzm.

·   Szczyt głupoty jest bezpieczny – trudno z niego spaść.

·   Szef urzędu pracy – do manifestujących bezrobotnych: „zamiast tak stać bezczynnie, wzięlibyście się lepiej do roboty”.

·   Szerokość horyzontów zależy od wielkości planety, na której żyjemy.

·   Szlak prowadzi nas w górach. Szlag trafia nas w dolinach.

·   Sztuka jest doskonałą iluzją; filozofia – iluzją doskonałości. Dlatego dziedziny te dopełniają się. W magii aforyzmów.

·   Sztuka kochania – poemat Owidiusza, bajki dla dorosłych: złudzenia, które pozwalają współżyć.

·   Sztuka medyczna jest jak kobieca kokieteria: nie idzie o to, żeby wyleczyć, lecz żeby poprawić samopoczucie.

·   Sztuka musi być wolna: musi pokonać niewolę banału; musi być bardziej wolna niż błyskawiczność (nie mylić z błyskotliwością) kiczu.

·   Sztuka naśladuje życie, a życie naśladuje sztukę. Tak powstaje wielowymiarowe (ale tylko dla człowieka wielowymiarowego) arcydzieło.

·   Sztuka nie odtwarza tego, co widoczne, ale sprawia, że coś staje się widoczne – napisał Paul Klee, myśląc zapewne o swoich bezbarwnych myślach i czapce niewidce... Nakładanej na głowę kuli ziemskiej.

·   Sztuka słowa: poszukiwanie wielkiego „być może”; ukrywanie się przed wielkim „tak sobie”.

·   Sztuka to twór gasnących uczuć, które trzeba kształtować przy pomocy zimnego intelektu.


KRÓTKIE OPINIE O MINIATURKACH WOJCIECHA WIERCIOCHA

 


OPINIE O HAIKU WOJCIECHA WIERCIOCHA:


Wojciech Wiercioch wnikliwie przeniknął filozofię pisania haiku. Skomponowane przez niego utwory zakorzenione są w tradycji tej formy poetyckiej, noszą jednak w sobie wyraźny ślad tożsamości twórczej ich autora — aforysty oraz myśliciela nierozerwalnie związanego z krajobrazem kulturowym Polski, Małopolski i Podhala.

dr Marcin Kania

 

Wszechstronność literacka i wszędobylskość myślowa stanowią specyficzną miarę talentu. Exemplum: Wojciech Wiercioch – niespokojny duch, niepospolity umysł, nietuzinkowy pisarz. Lubi eksperymentować w słowie, łamać uświęcone kanony, przekraczać ustalone granice. Nie zadowolił się pisaniem aforyzmów i wierszy, wydaniem powieści i ogłoszeniem autobiografii. Teraz najwidoczniej przyszła pora na haiku. W kapeluszu pełnym poetyckich drobiazgów autor „Iluzjonisty”, wyraźnie na własną modłę, usiłuje zmieścić rzeczywistość: swój czas i swój los, swoje nastroje i nadzieje, swoje reakcje, refleksje i rewelacje. Jestem pewien, że w przyszłości znowu nas czymś zaskoczy.

Stanisław Chyczyński

 

EZOTERYKA LICZB

Miał być minimalizm 17 sylab i 3 wersów, jest 15 lat, 5 miast, 48 wiosen, tytułowa feeria lektur i obrazów i Aforysta w matni inicjacyjnej Siódemki. Nienasycony, w krainie owocującej jabłoni, bo Za daleko jest kraj kwitnącej wiśni. Eg(z)otyczne haiku? WOLNOŚĆ i NIEZALEŻNOŚĆ z daty urodzenia, makiaweliczny cel czy raczej ćwiczenie: przez Drzwi percepcji, W drodze litry liter prowadzą do Zamku niczym japońska IKEBANA tylko odwrócone, bo tam niebo-ziemia-ludzkość, układ doskonały, skąpany w białych płatkach wiśni, jak tu w płatkach śniegu. Nie-winny? Wiśniowy. Symbolika Dantejskiej Trójki – doskonałość blisko, a żniwo konstrukcji sierpem w sierpniuPRZEŁOM to nie koniec, jesienne nici zapowiedzią dominanty wszędobylskiej bieli. Bądź wierny. Idź. Klamra stylistyczna od Pana Cogito do Pana Wierciocha – PRAWDA urodzeniowej Jedynki.

Słowo Słowianki, Magdalena Czarnecka


RECENZJA

 




PISARZE.PL nr 7/23 (531)

O książce „Psychiatria i demony”

AUTOR: Michał Piętniewicz


    „Psychiatrę i demony” małżeństwa Wierciochów czyta się świetnie. Dotyczy ona postaci Antoniego Kępińskiego. Jest to książka bardzo dobrze napisana i bardzo rozbudowana w rozmaite wątki, motywy, odnogi oraz odgałęzienia. Czytelnik nie tylko dowie się z niej o prof. Kępińskim, ale również otrzyma lekcję poglądową historii polskiej kultury w czasach PRL-u, zobaczy rozmaite wybitne postacie, które przewijały się przez pokój Kępińskiego, jak np. Karol Wojtyła, Józef Tischner czy Wanda Półtawska.
    Książka jest rodzajem hołdu złożonego wielkiemu psychiatrze. Można sobie zadać pytanie, czy jego słabością nie jest nadmierna hołdowniczość właśnie, jakby Antoni Kępiński był postacią bez skazy i zmazy, ale trzeba zostawić to pytanie na boku. Przecież Wierciochowie przedstawili go z drugiej strony, kiedy pił i kiedy załamywał się psychicznie, więc z pewnością nie był sterylnym super bohaterem psychiatrii, zresztą nie o taką postać Wierciochom chodziło. Chodziło im raczej o namalowanie portretu człowieka skromnego, szlachetnego, niezwykle pracowitego, sympatycznego a jednocześnie kryjącego jakąś wielką tajemnicę, człowieka – studnię, który doskonale rozumiał i wczuwał się w studzienne doświadczenia innych ludzi, swoich pacjentów.

    Jest to opowieść fabularna, utkana z wielu szczególików dnia codziennego, które składają się na portret tego genialnego artysty polskiej psychiatrii. Poznajemy Antoniego Kępińskiego od samego początku, od dzieciństwa, przez studia, epizod psychotyczny, pobyt w obozie jenieckim w Hiszpanii, Miranda de Ebro, nieudaną karierę lotnika RAF-u, studia medyczne w Edynburgu, w końcu powrót do Polski i rozpoczęcie pracy w Katedrze Psychiatrii na Kopernika 21, pracę z pacjentami, wielogodzinne rozmowy i samodzielną pracę badawczą, pisanie kompendium psychiatrii oraz wielu innych książek, dotyczących zagadnień psychiatrycznych, z których później Kępiński stanie się sławny.

    Za życia nie osiągnął takiej sławy, jak po śmierci. Za życia morderczo pracował. Z trudem znajdował czas, jak wynika z tej opowieści fabularnej Wierciochów, na bycie z żoną, na rozmowy z nią. Był pochłonięty przez swoją pracę i był w niej wybitny.

    Książka Wierciochów „Psychiatria i demony”, napisana, jak można wywnioskować z opisów na okładce, przez leniwego Wojciecha i pracowitą Jolantę, jest niezwykle bogatym i mądrym kompendium wiedzy nie tylko o prof. Kępińskim, ale w ogóle o człowieku. Można się bowiem z niej dowiedzieć o ukrytych, ludzkich motywach zachowania, nieco przyjrzeć się metodzie psychoanalitycznej, której nie był do końca wyznawcą Kępiński, podpatrzyć jego metodę rozmów z pacjentami, przyjacielską, otwartą, nie stawiającą sztucznych barier i parkanów, ale równocześnie zachowującą zdrowy dystans, umiar, trzeźwość oraz rozsądek.

    Jest książka Wierciochów również swoistym silva rerum, albowiem choć w całości poświęcona postaci genialnego psychiatry, uwzględnia także rozmaite wątki, bardzo istotne dla polskiej kultury. Wierciochowie wymieniają m.in. postać Stanisława Vincenza, autora tetralogii „Na wysokiej połoninie”, prawdopodobnie ze względu na duży walor terapeutyczny tej prozy, wspominają o pismach Tischnera oraz Karola Wojtyły, zwłaszcza pracy papieża pt. „Miłość i odpowiedzialność”, piszą też o Kantorze i jego koncepcji teatru śmierci. Z nurtów filozoficznych przyświeca im hermeneutyka, pojmowana jako sposób rozmowy i rozumienia argumentów stron przeciwnych oraz uzgodnienia ich wspólnych stanowisk w harmonijnym sporze, zakończonym błyskiem obopólnego samorozumienia.

Oprócz tego niezwykle istotny jest tutaj personalizm, rozumienie człowieka jako osoby oraz antropologia filozoficzna, czyniąca z osoby, człowieka drogę Kościoła i drogę ku Panu Bogu.

     „Psychiatria i demony” to wielka opowieść filozoficzno – fabularna, w zasadzie można powiedzieć rodzaj beletryzowanej powieści intelektualnej, zawieszonej między esejem a narracją, która nie opowiada tylko o demonach, chorobie psychicznej człowieka, ale również stara się zrozumieć te demony, rozświetlić ciemności, stara się pokazywać w ciemnościach poznawczych światło rozumienia zjawisk najbardziej skomplikowanych, najciemniejszych zakamarków ludzkiej psychiki, najtajniejszych jego głębokości.

    Jest to książka fascynująca, angażująca lekturowo, napisana strumieniem rozumiejącej narracji, mądrym językiem, z którego można wysunąć sporą, poznawczą korzyść oraz przyjemność odbioru.

    Być może „Psychiatria i demony” to swoiste kompendium wiedzy nie tylko o postaci Antoniego Kępińskiego, ale poprzez ukazanie sylwetki psychiatry, pokazuje człowieka w ogóle, jego skomplikowanie, tajemnicę, a w tle rozgrywa się dramat historii, m.in. wydarzenia marcowe i dramat kultury, która jakoś w historii partycypuje i od jej przebiegu i wyroków jest niestety uzależniona – mowa tutaj o zdjęciu „Dziadów” Kazimierza Dejmka w marcu 1968 roku, która to sytuacja również jest opisana w książce Wierciochów.

    Na uwagę w „Psychiatrze i demonach” zasługuje sprawa religijności Antoniego Kępińskiego. Był on bowiem człowiekiem niezwykle pobożnym, uczestniczącym w coniedzielnej Mszy świętej, czytającym bardzo często i obficie Pismo Święte. Wierzył do końca, do momentu śmierci. Śmierć jest tylko końcem życia ziemskiego, w trumnie pozostaje ciało ziemskie, natomiast dusza, w co wierzył profesor, opisany piórem małżeństwa Wierciochów, dostaje się do Czyśćca albo do Nieba i tam czeka ją sąd na podstawie uczynków i dokonań ziemskich.

    Opisany Kępiński to postać nieledwie święta, bardzo chętna do pomocy wszystkim potrzebującym, dająca nierzadko pieniądze, wspomagająca tylko, jak mogła, osoby psychicznie chorujące, swoich pacjentów, ale nie tylko: również osoby z bliższej albo dalszej rodziny.

    Wierciochowie piszą również o testamencie Kępińskiego, że wychował całe pokolenie psychiatrów, między innymi prof. Jacka Bombę, prof. Marię Orwid, prof. Andrzeja Cechnickiego, prof. Zdzisława Ryna. Dzięki niemu psychiatria krakowska ma się najlepiej ze wszystkich w Polsce.

   „Psychiatrę i demony” Wojciecha i Jolanty Wierciochów autorzy polecają wszystkim czytelnikom, których nurtuje pytanie, kim jest człowiek, do jakich celów dąży w swojej życiowej wędrówce. Jest to książka o wybitnym, polskim psychiatrze i jego pacjentach. Jest to książka mądra, która pokazuje jak bogaty i skomplikowany jest człowiek, szukający swej drogi, nawet za cenę kryzysów psychicznych, załamań, psychoz, jest to książka dająca nadzieję w człowieka, o głębokiej aksjologii, głębokim przesłaniu. A oprócz tego bardzo angażująca w lekturze, czytelnik smakuje mądre zdania i przybliża się dzięki nim do tajemnicy i zagadki człowieka przedstawionej przy pomocy portretu Antoniego Kępińskiego.


TROCHĘ NIEŚMIERTELNEGO SZEKSPIRA

 

Ilustracja: William Shakespeare (źródło: Wikimedia Commons)


CYTATY

AUTOR: William Shakespeare


Nieraz z nadmiaru sytego spokoju

Tworzy się w ciele wrzód: gdy wewnątrz pęknie,

Człowiek umiera, a nikt nie wie, czemu.


***

Czymże jest człowiek, jeśli w jego życiu

Główną wartością i treścią jest tylko

Sen i trawienie? Zwyczajnym bydlęciem.

Ten, kto nas stworzył i obdarzył władzą

Myślenia, darem spoglądania wstecz

I wybiegania w przyszłość, był tak szczodry

Nie po to przecież, żeby boski rozum

Pleśniał w nas bez użytku.

 

***

Prawdziwie wielki jest nie ten, kto czeka

Na wielki powód do boju, lecz ten,

Dla kogo słomka to powód dość wielki,

Kiedy w grę wchodzi honor.

 

***

Wybucha z byle powodu; wygłasza

Perory, w których nie ma wiele sensu.

Jednak przez samą swoją nieforemność

Ten bezsens każe słuchaczom zgadywać

Sens, dopatrywać się ukrytych znaczeń,

Wypełniać luki własnym domniemaniem...

 

***

Gdy duszę toczy rak grzechu i zdrady,

Wszystko się zdaje prologiem zagłady.

Wina się w chorą podejrzliwość zmienia:

Niszczy mnie samo przeczucie zniszczenia.

 

***

Smutki nachodzą nas nie pojedynczo,

Jak przednie straże, ale zwartym szykiem,

Batalionami!

 

***

Jest nauka w tym szaleństwie: pamięć i myśl

chodzą w parze.

 

 ***

...każda miłość ma początek w czasie

I doświadczenie poucza, że czas

Tłumi jej iskry i przygasza żary.

W centrum płomienia miłości jest zawsze

Coś jak zwęglony knot, co już nie płonie;

Nic, co jest dobre, nie jest dobre wiecznie,

Bo nadmiar dobra samo dobro dławi.

Co chcemy zrobić, powinniśmy zrobić

Wtedy, gdy chcemy, bo to nasze „chcę”

Ulega zmianom, odpływom, odwrotom

Wraz z każdym z naszych słów, gestów, przypadków,

Aż nasze „powinienem” przypomina

Westchnienie, które, choć przynosi ulgę,

Szkodzi, ponieważ odciąga krew z serca.



OPOWIADANIE FANTASY - JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH

 


AUTORKA: JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH


GŁUPIE SERCE TAMURA


Na wyspie pianisty Tamura zaciążyła klątwa.

Muzykujący pastuch już od siedmiu lat nie grał na Wielorybie.

Instrument był zaklęty. Przeklęty. Cała wyspa była przeklęta.

♦ ♦ ♦

 

Gniazdo Orła, jedna ze stu maleńkich wysepek królestwa nazywanego Ptasim Archipelagiem, najbardziej z nich wysunięta na południe, kształtem przypominała skorupę żółwia. Skorupę o powierzchni niemal pięciu milionów mórg. Rosły tu rozległe gaje oliwkowe i cytrynowe oraz trawa tak intensywnie zielona, że mówiło się o niej w całym Archipelagu. Zachwycała każde oko i ucho.

Niejednokrotnie kupcy odwiedzający wyspę co kilka miesięcy, w różnych porach roku, twierdzili się, że oczarowane tą trawą jest nawet słońce. Ostre promienie omijały ją zawsze szerokim łukiem. Jej kolor i zapach zapierały dech w piersiach. Wyspiarze całymi dniami polegiwali w niej, czy to kochając się, czy pilnując bydła lub po prostu odpoczywając i słuchając przychodzącej z wiatrem muzyki z zielonych harf natury. Niegdyś tylko takie dźwięki zachwycały uszy wyspiarzy, słuchało ich całe Gniazdo Orła.

Źdźbła trawy pieściły ich ciała i śpiewały.

Po zachodniej stronie wyspy, na polanach, słuchał ich też od dzieciństwa czarnooki Tamur. Wielokrotnie zasłuchany, czuł jednak jakiś brak. Jakąś nierówność, niedoskonałość. Wyrwę, w którą wcisnął się zasapany ziemski czas.

♦ ♦ ♦ 

Pewnego dnia z nabrzeża Dziupli, najstarszego wyspiarskiego portu na Gnieździe Orła, dobiegły go dziwne dźwięki. Tamur zdębiał.

Wsłuchiwał się w jedną, potem drugą i trzecią melodię. Po chwili ruszył jak lunatyk w kierunku oceanu, zostawiając bez opieki stado kóz. W zatoce dowiedział się, że dźwięki wydaje wielkie czarne pudło, podróżujące na cumującym w porcie statku Nattos – fortepian. A gra na nim sam kapitan. Po rozpaczliwych błaganiach chłopaka dopuszczono go przed oblicze marynarza-muzyka, który chętnie wyjaśnił mu to i owo.

Tamur, zauroczony wielkim instrumentem, po kilku tygodniach wyruszył w podróż, by uczyć się muzyki w szkołach rozsianych po całym wyspiarskim świecie.

Po pięciu latach ćwiczeń stał się wirtuozem i kompozytorem znanym w całym Archipelagu. Palce miał zwinne niby myszki, a słuch doskonały. Czasem wracał do miejsc, które poznał, ale wówczas nie pobierał już tam lekcji, lecz koncertował. W szóstym roku swojej wędrówki po Archipelagu zaczął szukać lutnika, który stworzyłby dla niego instrument niepodobny do innych. Znalazłszy go, po dwóch latach przywiózł swoje białe forte-piano w kształcie wieloryba do rodzinnej wsi.

Wkrótce zaczął grać dla całego Gniazda Orła.

Niezwykle tkliwie albo – przeciwnie – zaciekle, płomiennie głaskał skórę swojego Wieloryba, swoją muzyką na nim potrafił zatrzymać czas.

Mieszkańcy lubili te przystanki.

Zastygali w bezruchu, gapiąc się w chmury i obserwując skrzydlatych współmieszkańców – białe orły i czarne kormorany. Można by pomyśleć, że Tamur ofiarowywał swoim pobratymcom sny na jawie. Wielu z nich miało wówczas wrażenie, że lecą wraz z ptakami w dalekie przestworza i oglądają rzeczy, których jeszcze nikt nie widział. Wszyscy ulegali wdziękom dystyngowanego instrumentu. Spore wrażenie wywierał on też na odwiedzających ich magach.

Wszechocean wypluł echo Wieloryba również na wyspę Ary – pięknej rudowłosej czarownicy-rzeźbiarki z północnego krańca Ptasiego Archipelagu. Odwiedziła ona Gniazdo Orła i zakochała się nie tylko w muzyce Tamura, ale i w samym Tamurze.

Właściwie nikogo to nie dziwiło. Był przecież jednym z najprzystojniejszych kawalerów na wyspie. Wysoki, zbudowany jak goliat, sprawiał wrażenie ślamazarnego niedźwiedzia, choć był zwinny jak wiewiórka. Jego oczy i gęste włosy, wiązane w kitkę na karku, lśniły głęboką czernią. Ara widywała go zawsze w białej lnianej koszuli z długimi bufiastymi rękawami, rozpiętej pod szyją, lekko obnażającej gładki, niezarośnięty tors, i w szaroczarnych, spranych już całkiem, spodniach. Stopy zawsze obute w te same skórzane sandały, sznurowane nad kostką. Czarownica lubiła mu się przyglądać, korzystając z Czaru Przejrzystości. Mogła wówczas bez opamiętania pieścić wzrokiem jego ciało. Podobał się jej od stóp do głów. Każdy milimetr jego skóry. Cały. I całego chciała mieć tylko dla siebie.

Pod pewnym względem coś ich łączyło.

Pasja. Nie ta sama pasja, ale tak samo przeżywana. Ten sam ogień w duszy. Ten sam płomień zniewalający świadomość. Ta sama drabina, po której pięli się do nieba.

On uwielbiał grać, a ona nie mogła żyć bez kucia i dłubania w skałach.

Podczas pobytu na Gnieździe Orła z rozpaczą stwierdziła, że nie wytrzyma długo i bez skał, i bez Tamura i dźwięków, które wygrywały jego sprawne dłonie. Dłonie obłaskawiające czas pędzący jak dziki koń po tajemniczych pustkowiach. Zapragnęła, by przygrywał jej od rana do wieczora. Chciała go zabrać ze sobą na koniec świata – tak zwykło się mówić o miejscu, w którym jej kraina wynurzała się z morza.

Same skały i piasek. Żadnych drzew, kwiatów, warzyw ani mchów. Żadnych zwierząt. A w każdym kącie tego świata jakaś rzeźba z kamienia. Czakara – wyspa osaczająca umysł, świdrująca kamiennym wzrokiem. Czarownica wyrzeźbiła wszystkich ludzi, z którymi się kiedykolwiek zetknęła, którzy zrobili na niej wrażenie, i wszystkie poznane zwierzęta, a potem kapryśnie zdeformowała. Oczu rozproszonych po krainie Ary można się było przestraszyć. Czakara kształtem przypominała gigantyczny labirynt, w którym łatwo można się było zgubić i umrzeć z głodu. Tysiące kamiennych postaci i ona jedna na wyspie. Do jedzenia ryby z oceanu, do picia woda z nieba.

Jedynym przyjacielem Ary był lewiatan, jej prywatny przewoźnik morski. Przyjmowała wprawdzie gości, którzy przybywali, aby podziwiać jej dzieła, ale sama też podróżowała kilka razy w roku. Z wojaży wracała jednak szybko do swoich rzeźb. Tylko tam czuła, że żyje pełną piersią, tylko tam była szczęśliwa.

Do dnia, w którym zobaczyła Tamura.

Teraz nie chciała wracać na Czakarę bez niego.

Już po drugim koncercie w Muzycznej Stodole złożyła mężczyźnie propozycję. Tamur grzecznie, ale stanowczo odmówił, jednocześnie dziękując za względy, jakimi go obdarzyła. Wprawdzie pod cienkimi jedwabnymi sukniami dostrzegał zgrabną sylwetkę Ary, widział dorodne piersi ledwo mieszczące się w staniku, smukłe dłonie i nogi, alabastrową cerę – nie pozostawał więc obojętny wobec jej wdzięków, czarodziejka silnie oddziaływała na jego zmysły – ale był pewien, że na Czakarze grałby przede wszystkim sobie i czarodziejce, i rzadko podróżował. A Tamur nie potrafił żyć bez ludzi. Bez oklasków i poklepywania. Lubił swoją muzyką wzruszać i doprowadzać do łez wszystkich dookoła. No i najważniejsze, z Arą nie miałby potomstwa – jak każda czarodziejka, była bezpłodna.

Przez kilka dni chodziła za nim krok w krok, nie błagając wprawdzie – do tego by się nie zniżyła – ale dając mu do zrozumienia, że nie ma innego wyjścia, musi popłynąć z nią na kraniec świata, w przeciwnym razie gorzko tego pożałuje. Tamur nie traktował poważnie tych pogróżek. Wiedział, że czarodziejki i magowie nie mogą wykorzystywać swojej mocy bezpodstawnie.

Któregoś popołudnia wygrzewał się na trawie w pobliżu ojcowskiego domu.

Bez koszuli, bez sandałów, w samych spodniach.

Źdźbła łagodnie pieściły jego uszy, stopy i ramiona.

Pod powiekami widział obrazy nie z tej wyspy i nie z tego świata. Wessał go srebrzysty obłok. Pierzasta chmura unosiła w górę jego wielorybie forte-piano, delikatnie, jakby było piórkiem porwanym przez zefira. Grała zielona harfa, grał biały Wieloryb. Niebo zahuczało.

Nagle młodzieniec wyczuł czyjąś obecność.

Otworzył oczy i spojrzał przez lewe ramię. Obok niego leżała złotowłosa Ara, zupełnie naga. Jej skóra mieniła się mikroskopijnymi diamentowymi gwiazdeczkami. Smukłe palce czarodziejki ponętnie zsunęły się po piersiach i utknęły na wzgórku Wenery. Tamur zaniemówił. Poczuł nagły przypływ pożądania.

Krew w jego żyłach wydała się wrzeć i kipieć.

Już chciał dotknąć czarodziejki, już chciał ssać jej sutki, już chciał się wślizgnąć między uda, ale otrzeźwiał po kilku sekundach i szybko stanął obok niej wyprostowany, jakby kij połknął.

Ara wzbiła się z trawy jak bańka mydlana.

– Tamurze, biada ci – oświadczyła rzeczowym, szorstkim głosem. Z jej zielono-złotych oczu wyzierał gniew. – Odrzuciłeś mnie jako kochankę. Daję ci jednak ostatnią szansę, popłyń ze mną, w przeciwnym razie zemszczę się nie tylko na tobie, na twojej rodzinie, ale i na całej wyspie. Masz czas do rana. O brzasku będę na ciebie czekać w waszej Dziupli.

Tym razem słowa Ary trafiły do Tamura. Zagnieździły się w jego umyśle błyskawicznie.

Przerażony, chwycił koszulę i sandały, i pobiegł, zostawiając wzburzoną czarodziejkę, prosto nad Malowane Skały, by błagać wyspiarskiego czarodzieja o pomoc.

Mag o imieniu Nakir, staruszek łysy i chudy jak badyl, z czerwonym znamieniem na prawym policzku, mający za całą garderobę barani kożuszek i dwie sięgające kostek płócienne szaty, wkładane przez głowę, a wiązane w pasie zwykłym sznurkiem, szukał czarownicy przez trzy dni. Zdążyła już zaczarować forte-piano. Jakimś zaklęciem zdołała też przenieść instrument z Muzycznej Stodoły do kamiennej baszty obdarzonej wielkim mosiężnym dzwonem. Na tym się nie skończyło. Wezwała swojego wiernego lewiatana i puściła samopas do wód oblewających wyspę.

Zasiała chaos i przerażenie.

Nakir wykorzystał Zaklęcie Spętania, którym tylko on w całym Archipelagu był obdarzony, i zażądał, by mu powiedziała, jak odwrócić czar. Wypowiedziała wtedy jedno zdanie, po czym ukryła się w przywołanej mgle. Ten pojedynek Mag przegrał. Ale wiedział, że zakochana kobieta będzie chciała zobaczyć jeszcze Tamura, więc czekał na nią przez tydzień pod jego domem.

Zjawiła się, korzystając z Czaru Przejrzystości. Z tym zaklęciem czarodziej potrafił sobie poradzić. To właśnie tam Arę dopadła chwila nieuwagi i laska Nakira.

Spalił czarodziejkę Czarnym Ogniem.

Może udaremnił tym rzucenie czaru na Tamura – nie zdołała zmienić go w pająka, mysz albo krowę.

Po kilku godzinach wypoczynku mag, wciąż osłabiony po walce z Arą, dzierżąc w dłoni magiczny oszczep, ruszył w stronę wybrzeża.

Żonglował zaklęciami. Na próżno. Lewiatan wyssał z niego resztki mocy. Mag poczuł się bardzo stary. Nie mógł już nikogo uratować, a pomocy się nie spodziewał. Wiedział, że nikt nie jest w stanie przybyć na wyspę, by ich ocalić. A czekanie na cud mogło zabić wyspiarzy.

♦ ♦ ♦

Czas również na nikogo nie czekał.

Pory roku odchodziły i powracały. Ale krótko było tu zimno, jesień i zima przechodziły przez wyspę niemal niezauważalnie. Już po dziesięciu chłodnych tygodniach do domów znów pukała wiosna.

A morskie monstrum bawiło się w najlepsze.

Po spaleniu Ary paru śmiałków próbowało przerwać tę zabawę. Skóra lewiatana była jednak twarda niczym skała. Nie przebijały jej ani dzidy, ani harpuny. Niewielu wróciło do portu. A wąż podpływał coraz bliżej. Po tygodniu wciągał łodzie w głębię już kilkadziesiąt metrów od brzegu. Później już każda próba połowu ryb stawała się daremna, wąż rozrywał wszystkie sieci, które wieśniacy spuszczali z wysokich skał do wody. Albo z pomostu. Żaden ze stojących tam rybaków nie przeżył. Zgruchotane molo runęło do wody.

Mijały kolejne lata.

Nikt nie zdołał wydostać się z wyspy. Wszystkie łódki i statki próchniały, rdzewiały i kruszały jak polano wrzucone do ogniska – plaża była usłana ich szkieletami. Nikt z Archipelagu nie zacumował w zatokach Gniazda Orła. Wśród kupców i podróżników – co było oczywiste – szybko rozeszła się wieść, że do tego miejsca dopłynąć już nie można. Nawet królowa Ptasiego Archipelagu musiała zrezygnować z odbierania corocznej daniny: dziesięciu skrzyń oliwek, dwudziestu skrzyń cytryn i trzydziestu sztuk bydła.

Ludzie z zewnątrz powoli zapominali o przeklętej wyspie.

A mieszkańcy Gniazda Orła z roku na rok zaczęli być coraz bardziej samowystarczalni. Handel wymienny z innymi wyspami Archipelagu zamarł i nic nie było w stanie tego zmienić, więc trzeba się było zająć tym, co mogło przynieść korzyści tu, na wyspie. Rybacy i rękodzielnicy zajęli się rolnictwem, budowniczowie i konstruktorzy statków – wznoszeniem domów i zagród. Życie kilku tysięcy mieszkańców pozornie toczyło się jak gdyby nigdy nic, choć było dużo uboższe.

Tamur zakochał się w Maicie tkającej dywany. Drobniutkiej kobiecie o ciemnobrązowych włosach i piegach porozrzucanych na całym ciele. Pobrali się i zamieszkali w maleńkim drewnianym domu, niedaleko zagrody Nakira.

Mijały dni, tygodnie, miesiące, lata. Rodziły się dzieci, umierali starcy. A wiosna, jakby nigdy nic, z rozmachem kwitła niemal co kwartał. Wszędzie wokół dokonywały się jakieś niewielkie zmiany – tylko trzy rzeczy pozostały niezmienne: kalendarzowy porządek, lewiatan ludożerca penetrujący przybrzeżne wody i instrument wciąż głuchy na prośby Tamura.

♦ ♦ ♦

Kamienna dzwonnica z piętnastometrową wieżą stała na wzgórzu gęsto porośniętym wrzosami.

Pod ażurową kopułą, na samym dole znajdowała się komnata, a w jej zachodnim rogu kręte drewniane schody, pnące się wysoko w górę, aż pod dzwon. Forte-piano spało na środku pomieszczenia. W błękitnej mgle. Można w nią było wejść i zwyczajnie usiąść przy instrumencie. Ale nikt nie wytrzymał w tej komnacie dłużej niż trwa popołudniowy posiłek.

Cisza tam panująca kneblowała zmysły, domagała się porzucenia jakichkolwiek myśli, wywoływała niepokój, drżenie rąk. Zupełnie bez powodu ludziom robiło się tam słabo. Magiczny płomień trawił umysł każdego, kto zasiadł tam na dłużej. Mówiono, że to Śmierć chucha ogniem prosto w twarz.

– Każdą ciszę można pokonać – powtarzał sobie Tamur i codziennie przemierzał drogę z domu do baszty.

Ale nie czuł się tam dobrze. Nikt nie czuł się tam dobrze.

Mgła kręciła się wokół ciała jak młyńskie koło i wydawała się wnikać pod skórę. Paraliżowała ruchy.

Tamur był jednak wyjątkowo zdeterminowany i ze wszystkich sił odpychał złe moce. Z miesiąca na miesiąc przedłużał swój pobyt w mgławicy. W końcu i on zrezygnował z wędrówek do dzwonnicy.

Klątwa rozsiadła się w baszcie niczym królowa na tronie. 

Młodzieniec nigdy jednak nie przestał wierzyć, że mag znajdzie w końcu sposób na Czar Snu.

Przez pierwszy rok po rzuceniu klątwy Tamur jeszcze komponował, ale dziwne było to tworzenie. Oprócz forte-piano innych instrumentów muzycznych na wyspie nie było. Dźwięki panoszyły się więc tylko w jego głowie. Z nikim nie mógł się nimi podzielić. Gdy tworzył, pięciolinie zapełniały się chyżo atramentowymi nutami. Po dwóch latach odłożył gęsie pióro, a kufer ze zwojami pergaminu i goryczą zakłódkował. Zaczął poważnie myśleć o wydostaniu się z wyspy. O znalezieniu jakiegoś kompana Nakira, maga obdarzonego nieprzeciętną mocą.

Marzył, by wypłynąć z Gniazda Orła.

Czuł, że niedługo zwariuje od ciszy. Że milczący Wieloryb go zżera.

Na wyspie tylko Tamur umiał na nim grać. Magia Ary odcięła Gniazdo Orła od świata, muzyk nie mógł zamówić nowego instrumentu, żadna łódź by go nie dowiozła. Nie było mocnych na lewiatana. O chęci wyruszenia na morze nikt od dawna nie mówił, zostali tylko śmiałkowie niebojący się palącego oddechu Śmierci, która przycupnęła w kamiennej dzwonnicy. Na każdego, kto chciał mu pomóc, Tamur popatrywał wzrokiem pobłyskującym nadzieją. Może na odklinacza Ara wybrała kogoś niepozornego?… Kogoś, kto nie umie grać, nawet żadnej nuty nie zna?…

Ochotnicy zasiadali przed forte-piano, by stuknąć swymi palcami w klawisze.

Bez skutku.

Złowroga cisza owinęła sobie struny wokół palca.

Za każdym razem, kiedy ci ludzie wychodzili z baszty, ze smutkiem spływającym z palców jak woda, on, wpatrzony w surową, betonową posadzkę, przyklękał na obydwa kolana, ukrywał twarz w dłoniach i cicho szlochał.

Tymczasem młodzi małżonkowie biednieli.

Tamur nie koncertował ani nie sprzedawał swoich utworów, a Maita w zeszłym roku zbyła tylko jeden dywan. W ciągu trzech miesięcy objechali całe Gniazdo, licząc na jakieś zamówienia. Daremnie. Mimo tych trudności Maita nie traciła nadziei na poprawę losu, zajęła się sadem owocowym, oszczędnie gospodarowała wszelkimi zapasami. Codziennie potrafiła wywołać uśmiech na twarzy męża, choć widziała, zatroskana, jak z miesiąca na miesiąc Tamur marnieje. Wprost ginie w oczach. Cisza wysysała jego duszę. Kobieta wiedziała jednak, że nigdy nie zwątpił w maga. I właśnie to wywoływało u niej dobre samopoczucie.

Nadzieja stała na progu domu czarodzieja – Maita była tego pewna – wystarczyło wepchnąć ją do środka. Jak cielaka do obory.

Zaklęcie rzucone na wyspę było jednakże zbyt silne, by sam Nakir mógł sobie z nim poradzić. Choć uśmiercił Arę, na odwrócenie klątwy nie miał już wystarczająco mocy. Nie potrafił odmienić losu rodaków. Nawet nie mógł im już pomagać w sposób, w jaki robił to od dawna, jakiego od niego oczekiwali. Nie potrafił już codziennie wzmacniać Chochlikowej Ściany… Bariery chroniącej przed nagłymi silnymi wiatrami. Wyspiarze nazywali je Chochlikami. Były tu od zawsze; potrafiły zepchnąć do morza nie tylko owcę, kozę czy człowieka, ale i byka.

Chochlikowa Ściana, stworzona przez maga dla ludzi i zwierząt nad całą południową granicą wyspy, niewidzialna ściana, zniknęła. Od pastwisk w tej części wyspy ludzie zaczęli się trzymać z daleka. A tu właśnie, na jednej z nadbrzeżnych hal, stał dom maga. W pobliżu, pod skalną półką, wyrastały z morza i pięły się w górę niezwykłe skały, ostre, stożkowate, poszarpane przez deszcze i jakby skropione pigmentami. Od dawna mówiono o nich: Malowane. Mieszkańcy wyspy lubili się im przyglądać od strony morza. Tylko stamtąd widać było skalną tęczę. I tylko o zachodzie słońca.

Z czasem wszyscy oprócz Tamura zapomnieli o czarodzieju mieszkającym nad Malowanymi Skałami.

Mag stał się nieporadny, a więc niepotrzebny. Po magicznej walce z czarującą rzeźbiarką jego lewe oko pokryło się bielmem, Nakir nie mógł się do tego przyzwyczaić, często tracił równowagę. I wciąż chodził głodny. Ostatnią jego kozę porwał Chochlik, a ludzie nie przynosili mu już owoców, mięsa po uboju, nie przyprowadzali krów czy kóz. Czarodziej często wracał z lasu poobijany od ciągłych upadków i bez łupu w dłoni. Na polowaniu się nie znał. Magom z Ptasiego Archipelagu ta wiedza nigdy nie była potrzebna. Zaopatrywali ich zawsze mieszkańcy wyspy, którą zobowiązali się chronić.

Tamur nie był bogaty, ale tym, co miał, zawsze się dzielił z Nakirem.

Chodził do niego co tydzień. Czasem siedział przy jego kominku kilka godzin, od czasu do czasu snując jakieś plany ocalenia wyspy albo słuchając czarodzieja. Często rozprawiali o forte-piano. Obydwaj mieli nadzieję, że któregoś dnia rozszyfrują ostatnie słowa pięknej, lecz mściwej Ary.

Co tydzień powtarzali je sobie, by nie zapomnieć, by nie zniekształcić żadnej sylaby. 

Klątwa się w nędzny proch rozsypie,

gdy – tańcząc po Wielorybie –

uciszą ciszę ręce dwie.

♦ ♦ ♦

Pewnego dnia Tamur siedział przy małym sosnowym stole w izbie Nakira i popijał wraz z nim porzeczkowe wino, gapiąc się w ogień. Miał staruszkowi do powiedzenia coś ważnego, ale nie wiedział, jak zacząć. W końcu postanowił wspomnieć coś niecoś o swoich kłopotach.

– Nakirze, chciałbym ci coś powiedzieć. Ale proszę, nie zrozum mnie źle. Chodzi o to, że biednieję. Przez długi czas oprócz muzykowania niczym innym się nie zajmowałem. Kiedyś pomagałem ojcu i mateczce obrabiać pola, młócić zboże, wypasałem bydło, a potem sprzedawałem je na targu. Gdy wyjechałem, sprzedali niemal całą ziemię, bo zdrowie nie pozwalało im już pracować. Potem żona nauczyła mnie zbierać zioła i tkać dywany, ale pół roku temu zamknęliśmy warsztat tkacki na cztery spusty. Ludziom na wyspie dywany są już niepotrzebne. Wszyscy, którzy chcieliby je mieć w domu, już mają, sprzedawaliśmy nawet za półdarmo, a tych, którzy nie chcą, na próżno przekonywałem do kupna setki razy. Sprzedajemy teraz na targu owoce, hodujemy kilka kóz i stado owiec, ale niewiele z tego mamy. Będę ci mógł przynosić połowę tego, co zwykle. Mam nadzieję, że to zrozumiesz i nie będziesz miał do mnie żalu. – Spojrzał na maga, ale ten nawet nie drgnął. – Za dwa tygodnie jedna z naszych kóz wyda na świat małe, mam nadzieję, że to będzie parka. Parka dla ciebie. Będzie ci łatwiej przeżyć z tymi kozami, prawda?

Czarodziej siedział w starym fotelu, obitym niedźwiedzią skórą.

Milczał.

Pod pomarszczoną powieką prawego oka lśniła – jak u wszystkich magów, bez względu na ilość magicznej mocy – zielono-złota tęczówka.

Tamur spokojnie czekał na jakieś słowa. Już dawno temu nauczył się, że Nakir często odpowiada dopiero wtedy, kiedy człowiek traci nadzieję, iż coś usłyszy.

W domu przez ten czas zdążyłby się ogolić.

– „Uciszą ciszę ręce dwie”… Tamurze, czemu mi nigdy nie powiedziałeś, że masz żonę? Czemu ja sam nigdy cię o to nie zapytałem?

– Nie wiem, Nakirze. Nie sądziłem, żeby mogło cię to interesować. Przecież mieliśmy ważniejsze sprawy do rozważenia.

– Ciszę uciszą ręce dwie… Tamurze, kochasz swoją żonę? Czy ona też cię kocha?

– Ależ oczywiście, Nakirze. To niezwykła kobieta. Serce mi się w piersiach tłucze tylko dzięki niej.

– A ona? Czy ona też cię kocha? Czy kochała twoją muzykę?

– Kocha, kocha, na pewno mnie kocha, takie rzeczy się czuje, prawda?

– No tak…

– A moją muzyką była urzeczona. Może dlatego wyszła za mnie, kto to wie… Ale dlaczego o to pytasz, Nakirze?

– Chłopcze, chyba znalazłem rozwiązanie naszych problemów.

Muzyk poderwał się z miejsca i stanął przed czarodziejem.

Oko maga pstrykało zielonymi iskierkami.

– Naprawdę?! Mów, mów szybko. Co robić? – Zniecierpliwiony Tamur ukląkł na jedno kolano przed czarodziejem, ujmując w swoje ręce jego dłoń. Na policzkach młodzieńca pojawiły się pomidorowe plamy.

– Musisz nauczyć swoją żonę grać na forte-piano.

Oczy Tamura rozwarły się ze zdumienia. Parsknął śmiechem, po czym błyskawicznie spoważniał.

– Przepraszam, Nakirze, twój pomysł trochę mnie rozbawił. Jakże można kogoś uczyć, skoro klawisze głuche, a struny nieme?!

– Chłopcze, to na pewno jest możliwe. Ale to ty jesteś muzykiem i to ty musisz znaleźć na to sposób. Musicie iść do baszty i razem coś zagrać.

Zielono-złota tęczówka przykryła się skorupą powieki, głowa opadła na pierś. Tamur zrozumiał, że to koniec dzisiejszej rozmowy. Pożegnał czarodzieja i wyszedł na zewnątrz, lekko zdezorientowany, zamyślony.

Szedł przez rzadki las, gdy nagle poczuł silny podmuch wiatru, zaraz potem drugi, silniejszy. Podszedł szybko do niewielkiego bożodrzewu i mocno objął jego pień, splatając dłonie w nadgarstkach. Przez jakiś czas Chochlik szarpał lasem niczym wilk sarnę. Przy ajlancie Tamur czuł się jednak bezpiecznie. Drzewa przychodziły w sukurs wszystkim wyspiarzom. Ich pnie, nie grubsze niż człowiek. Kolumny obronne. Cokoły bezpieczeństwa. Tylko obok nich można było przetrwać zarówno działania zaczepne, jak i sam szturm złośliwego wiatru.

Tamur obejmował pień jak ogarnięty pożądaniem kochanek swoją oblubienicę i powtarzał swoją starą mantrę: „tańcząc po Wielorybie, uciszą ciszę ręce dwie”… „tańcząc po Wielorybie, uciszą ciszę ręce dwie”… Gdy Chochlik pobiegł na północ, muzyk stał jeszcze chwilę przy bożodrzewie i gładził jego młodziutką, gładką skórę. Palce same zaczęły wygrywać na pniu jakąś melodię.

Nagle zamarł. Tak, to jest to!

Już wiedział, jak nauczy Maitę grać na forte-piano!

♦ ♦ ♦

Nazajutrz ściął młodą lipę, porąbał ją i zaczął strugać.

Pracę skończył w ciągu tygodnia.

Efekt był zadowalający: na małych sprężynkach, połączonych ze sobą za pomocą listewek, rozciągały się dwa rzędy ruchomych klepek, przypominających klawisze.

Naukę z Maitą zaczął od czytania nut, a po tygodniu usiedli razem przed drewnianym instrumentem. Gama durowa. Gama molowa. Interwały, tony, półtony, akordy. Krótka piosenka. Wystarczy. Po miesiącu grali ją już we dwójkę. W końcu nadszedł dzień, kiedy Maita, z zamkniętymi oczami, przyciskała właściwe klawisze, więc ruszyli z dodatkowym taboretem do dzwonnicy.

Weszli w błękitną mgiełkę. Usiedli. Ona po prawej, on po lewej stronie. On pierwszy nacisnął klawisz, w sekundę później ona.

Cisza.

Forte-piano milczało.

Potem ona rozpoczęła grę, a on włączył się zaraz po niej.

Też nic.

Zewsząd otaczała ich głucha cichość. Mglista. Zatrważająca.

– Spróbujmy razem – powiedział Tamur.

Nacisnęli klawisze jednocześnie. Znowu nic.

Tamur westchnął, zrezygnowany, i wstał z krzesła. Zaczął chodzić nerwowo wokół instrumentu.

– Co robimy źle?! Co robimy nie tak, jak powinniśmy?! – krzyknął na całe gardło. Echo porwało jego słowa na strzępy. Maita struchlała.

Po chwili podeszła do męża i przytuliła głowę do jego piersi.

– Może nie chodzi o nasze ręce… – szepnęła nieśmiało.

– A czyje, Maito, czyje, jeśli nie nasze?!

– Naszego dziecka, Tamurze…

– Czyjego?! – Sztorm radosnego zdumienia. – Spodziewasz się dziecka?! Czemu mi nie powiedziałaś?

– Teraz ci mówię.

Stali naprzeciw siebie, patrząc sobie w oczy. Tamur, wzruszony do łez, a przez to lekko zakłopotany, ukląkł przed Maitą i pocałował jej brzuch. Kobieta zmierzwiła jego włosy. Po chwili podeszła do forte-piano. Odsunęła jedno krzesło, przesunęła o kilka centymetrów drugie i usiadła na nim. Spróbowała coś zagrać. Jednak melodię znowu słyszała jedynie w swojej głowie.

– To na nic, Tamurze. Nie zdejmiemy klątwy. Powinieneś się z tym wreszcie pogodzić.

Tamur wstał z klęczek i stanął za jej plecami. Jego usta musnęły kark żony.

– Przenigdy, Maito. Nie mogę żyć w takiej ciszy. Spróbujmy jeszcze raz. Usiądź na moich kolanach.

Maita spełniła jego prośbę, obejmując go jedną ręką za szyję. Jej niewielka pierś przylgnęła do piersi Tamura. A on w tej chwili pomyślał o Arze i jej powabnym ciele. O piersiach mogących zawojować serca wielu wyspiarzy. Czy mógł postąpić inaczej? Czy czarodziejka zasłużyła na los, który ją spotkał? Zrobiło mu się jej żal.

Teraz chętnie by przylgnął do rudowłosej rzeźbiarki.

Chętnie usłyszałby jej krzyk miłosnego uniesienia.

Zdradziłby żonę… w imię wyższego celu – dla muzyki!

Zupełnie nie myśląc nad tym, co robi, położył swoją dłoń na jej dłoni, i nacisnął jakiś klawisz.

Forte-piano zaśpiewało.

Klątwa runęła jak podcięte drzewo.

Po chwili ich palce sunęły po klawiaturze.

Grali i płakali. Płakali i grali.

Dźwięk strun forte-piano spadł na mieszkańców pobliskiej wsi jak orzeźwiający kapuśniaczek. Z oczu wychynęła mokra radość. Zapłakali wszyscy ludzie w okolicy. Pastuchowie wypasający bydło, przekupki na targu, gospodynie gotujące zupę, robotnicy wbijający gwoździe, babcie cerujące skarpety, dzieci w szkolnych ławkach, nauczycielki nad skrawkami pergaminu, kapłan w kaplicy, kobiety na targu… Wielu zaniemówiło ze szczęścia. Niektórzy pobiegli pędem nad morze, by zarzucić sieci. Po kilku godzinach wiedzieli już, że czar prysnął, lewiatan przepadł jak kamień z serca.

Ze swojego domku nad Malowanymi Skałami wyszedł Nakir w swoim zniszczonym białym płaszczu. Łzy toczące się z jego zdrowego, prawego oka oblały czerwoną szramę. Lewy policzek pozostał suchy.

– Udało się – szepnął mag – udało się…

Jakiś czas Tamur i Maita muzykowali. Powtórzyli pięć, sześć razy pieśń, której nauczyła się żona Tamura. Potem grał sam Tamur.

Grał fanatycznie przez kolejne trzy dni.

Nie odchodził od forte-piano. Nie jadł, nie pił. Ignorował rozpaczliwe nawołania Maity i jej poszarpywania. Nikt nie mógł go odciągnąć od instrumentu. Muzyk podrygiwał jak dziecko żądlone przez osy, a muzyka z godziny na godzinę, z minuty na minutę była coraz bardziej dynamiczna. Swawoliła. Brykała. Odchodziła od zmysłów.

Tamur walił w klawisze niczym furiat.

Coś wisiało w powietrzu.

Czwartego dnia nagle zrobiło się cicho. Wyspiarze wstrzymali oddech.

Maita pobiegła natychmiast do baszty.

Tamur leżał koło przewróconego taboretu. Sprawiał wrażenie człowieka bardzo zmęczonego, który zwinął się w kłębek, by odpocząć na chwilę. Potrząsnęła nim. Raz i drugi. Nie otworzył oczu. Tarmosiła go za koszulę, aż do momentu, gdy zjawili się w dzwonnicy okoliczni mieszkańcy. Odciągnęli zalewającą się łzami kobietę od leżącego na posadzce mężczyzny. Krzyczeli, że Tamur tylko śpi, śpi kamiennym snem, bo nie spał od kilku dni, Maita jednak im nie wierzyła. Przeklinała Arę, Nakira i cały świat. Nagle głośno krzyknęła, trzymając się za brzuch. Któraś z kobiet uniosła nieznacznie jej spódnicę. Bielizna była mocno zakrwawiona.

Najsilniejsi z mężczyzn zanieśli ich oboje do znachorki, która po dwóch tygodniach przywróciła do życia jedno z nich. Tamura.

Nakir dopiero tydzień później usłyszał od zielarki o śmierci Maity i jej nienarodzonego dziecka.

Stanął o zachodzie słońca na szerokiej półce skalnej wystającej w kierunku morza i Malowanych Skał. Na pewno przysiadła już na nich tęcza – pomyślał starzec. – przyjrzę się jej z bliska. Nagle do jego głowy zapukał zatrważający obraz.

Ara, leży na trawie, śmiertelnie poparzona, śmieje się Nakirowi prosto w twarz i mamrocze coś, na co on nie zwraca uwagi:

– Muzyka odbierze mu wszystko, co ma…

Teraz nie mógłby już spojrzeć Tamurowi w oczy.

Gdy rozpoczął walkę z czarownicą, uważał, że jest na tyle silny, aby poradzić sobie sam, i nie poprosił o pomoc maga z pobliskiej wyspy. Pomylił się.

Zawiódł Tamura. Maitę. Siebie też zawiódł.

Bogowie ukarali go za pychę, odbierając coś, co kochał w sobie najbardziej. Moc. W zamian dostał bezkresne poczucie winy. Zadrę sumienia.

Zachodzące słońce zalewało chmury czerwienią.

– Pasja zabija – szepnął zdławionym głosem staruszek, a Chochlik, który wychynął zza domu czarodzieja, porwał te dwa słowa i rzucił w podniebne przestworza.

Mag sfrunął z Malowanych Skał jak wielki białoskrzydły ptak nieradzący sobie z szalonymi prądami powietrza.

Chochlik powoli opadał z sił. Zza drzew oliwkowych wyszedł ukrywający się tam od dłuższej chwili Tamur. Ruszył na skarpę. Tam, gdzie do niedawna widział czarodzieja. Spojrzał w dół i oniemiał.

Między skałami, dwadzieścia metrów niżej, w miejscu, gdzie kiedyś harcowały fale, na suchym lądzie stał Nakir. Żywy. Zdrowy. Nietknięty przez matkę naturę.

Woda rozwierała się przed nim jak paszcza rekina.

Tamur pojął w lot: Klątwa Nieśmiertelności. Ara zwyciężyła.

Rozwarł pięść.

Sztylet potoczył się po skalnej półce i runął w przepaść.



AKTUALNOŚCI

RECENZJA

  AUTORZY POWIEŚCI O CHOPINIE:  JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH & WOJCIECH WIERCIOCH AUTORKA RECENZJI: ANNA STASIUK „Zaklinacz dźwięków. Powie...