GŁOS WIERCIOCHA W "AKANCIE"

 


AUTOR: WOJCIECH WIERCIOCH


GRANICE TWÓRCZOŚCI – TRANSGRESJE

 

Choć Wielce Dostojny Stefan Pastuszewski wywołał na „ubitą ziemię” Znamienitego Stanisława Chyczyńskiego, a nie mnie, przyłączę się do tej publicystyczno-literackiej „bijatyki”, gdyż dyskusja, jaka rozgorzała w „Akancie”, podejmuje bardzo istotne sprawy współczesnego życia kulturalnego w Polsce, dziś, w czasach globalizmu i neokolonializmu, w czasach zaniku sztuki polemizowania.

W debacie wzięli już udział Marek Jastrząb i Andrzej Cieślak; zawarli w swoich szkicach dużo cennych i celnych uwag – niestety, postanowili podjąć tak dużo kwestii, że trudno z nich wyciągnąć jakieś „jądro jasności”, jakiś zasadniczy wątek refleksji. Wytknę im tylko parę niekonsekwencji.

Pan Jastrząb dzieli społeczność literatów na tych, którzy uprawiają „niedzielne poezjowanie, ważne dla garstki znajomych”, i tych od „twórczości uznanej przez miliony czytelników”. I tutaj od razu należy zapytać: Czy Norwid, który pisał raczej dla garstki znajomych, był złym poetą? Nie. Albo czy Dan Brown, producent megabestsellerów, jest genialnym prozaikiem? Nie. No właśnie. A więc jak to jest z tym byciem „niedzielnym poetą” i z taką tezą, że ilość nie przechodzi w jakość?

Przytoczony przykład kreatywności Wisławy Szymborskiej jest odrobinę nietrafny: z tego, że publikowała niewiele wierszy, nie wynika, że nie pisała dużo – albo że była wręcz „niedzielną poetką”. Z tego co mi wiadomo – krakowska noblistka pisała bardzo dużo, tworzenie wierszy było jej codziennym zajęciem, stałym, systematycznym i cierpliwym ćwiczeniem stylistycznym. Zapisywała całe ryzy papieru; a więc jednak… ilość przechodzi w jakość. A niby w jaki sposób? Pisała, przekreślała, poprawiała, mięła kartki, wyrzucała je kosza. Co zdołało z tego pogromu ocaleć – mogło być drukowane, mogło zachwycać czytelników. Ale są też pisarze pracowici, płodni, publikujący tom za tomem – i tu ich ilość jest jakością samą w sobie, nikt przecież nie powie, że Balzac czy Kraszewski byli złymi pisarzami. Co zatem łączy Szymborską z Kraszewskim? Upór i pasja tworzenia. Oczywiście nie jest to reguła zbyt oczywista. Kolejny przykład: George Sand i Gustaw Flaubert. Ona stworzyła około stu książek, pracowała jak manufaktura (choć głównie nocami); on wymęczył kilka powieści (a myślał o nich we dnie i w nocy); oboje przeszli do historii literatury powszechnej (aczkolwiek ona głównie jako prekursorka pewnego typu prozy romantycznej i kobiecej). Ich korespondencja, wydana w znakomitym przekładzie Ryszarda Engelkinga, wyjaśnia wszystko: i kochanka Chopina, i samotnik z Croisset – byli prawdziwymi pisarzami, jakby archetypowymi przedstawicielami cechu literackiego. To właśnie takim typom twórczym poświęcony jest esej Mikołaja Bierdiajewa Sens twórczości:

„Genialność jest inną drogą religijną, równą co do wartości i godności drodze świętego. Twórczość geniusza nie jest dziełem świeckim, ale duchowym”[1].

A parafrazując Bierdiajewa, można rzec: Błogosławieństwem jest właśnie to, że w Polsce żył Maksymilian Maria Kolbe i że tutaj ukształtował się geniusz Josepha Conrada (o którym piszę właśnie powieść biograficzną). Dla Bożych zamiarów wobec świata wielkość Conrada jest tak samo potrzebna, jak heroizm ojca Kolbego.

Również Andrzej Cieślak zaplątał się ociupinkę w swoich wywodach: to brzydzi go słowo „krytyka” (literacka), co budzi skojarzenie ze sportowcem, który krzywi się, słysząc wyraz „trener”. A przecież to jest oczywiste: istnieją gorsi czy lepsi pisarze, krytycy, sportowcy, trenerzy. Świat jest różnokolorowy i wielopłaszczyznowy; równość – to dość szary ideał. Pan Andrzej irytuje się, mając świadomość, że „uzurpatorska krytyka” wprowadziła do publicznego obiegu pojęcie grafomanii. Nie z tym stwierdzeniem będę jednak polemizował. A chodzi mi o definicję słowa „grafoman”. Pan Cieślak definiuje, używając dość nieostrej formułki, wyjętej z Wikipedii – tam zaś mechanicznie łączy się „przymus pisania” z brakiem talentu, niską jakością produkowanych utworów i dążeniem do ich upowszechniania. W rzeczywistości wymienione wyżej dyspozycje kandydata na pisarza nie zawsze muszą pojawiać się łącznie: Natręctwo literackie może charakteryzować i literackiego popaprańca, i wybitnego twórcę; to właśnie brak owego „przymusu pisania” tworzy poetów niedzielnych, którzy chwytają za pióro czy zaczynają tłuc w klawiaturę wyłącznie w chwilach wolnych od innych zajęć, sporadycznie, od święta. Należałoby raczej powiedzieć, że słowo „grafoman” to najczęściej nie wynik poważnej ekspertyzy, tylko epitet, sposób etykietowania, pałowania tych, których się z jakichś powodów nie lubi. Dlatego ja nie lubię nazywać nikogo grafomanem; uważam, że pisanie to czynność szlachetna, wzbogacająca, terapeutyczna, to po prostu ćwiczenie duchowe. Bezsensowne jest krytykowanie kogoś, kto trenuje. To tak jak wyśmiewanie się z sąsiada, który codziennie biega dla zdrowia i kondycji psychofizycznej. A czy on musi od razu jechać na olimpiadę i być mistrzem świata?

Niektórzy – jak to robił kiedyś Jerzy Pilch – twierdzą, że do pisania należy ludzi zniechęcać; ale ja się raczej zgadzam z Olgą Tokarczuk, która dla obsesji pisarskiej używa innego słowa, ładniejszego, mniej obciążonego negatywnymi konotacjami; bo wie, jak niektórzy wykorzystują pejoratywne określenie „grafoman” i w postaci policyjnej pały. Ma świadomość, że jednak samo pragnienie i dobre chęci to za mało – sukces jest wynikiem pracy, uporu, wytrwałości i pasji. Czy nie te same czynniki decydują o zdobyciu sławy w sporcie, polityce, biznesie? Co z tym talentem w takim razie? „Talent jest przereklamowany” – powtarza pisarz John Irving. A przebojowy i popularny eseista Malcolm Gladwell rzecze:

„To, co uważamy za talent, jest w rzeczywistości skomplikowanym splotem sprzyjających okoliczności, zdolności oraz zupełnie arbitralnej przewagi na starcie”[2].

Żeby nie być gołosłownym, spróbuję podeprzeć się autorytetem psychologii – zacytuję, co na to Angela Duckworth:

„Bez wysiłku talent jest niczym więcej jak niewykorzystanym potencjałem. Bez wysiłku umiejętność jest niczym więcej jak niezrealizowaną możliwością. Dzięki wysiłkowi talent przeradza się w umiejętność, a jednocześnie ten sam wysiłek sprawia, że umiejętność staje się produktywna”[3].

Ale tu już wkraczamy na rozległe tereny psychologii twórczości czy socjologii kultury. Dlatego zainteresowanych tematyką odsyłam do Jana Stanisława Bystronia i jego błyskotliwej i mądrej książki Publiczność literacka (bo sądzę, że każdy adept pisarskiego fachu zna Parandowskiego Alchemię słowa czy Wańkowicza Karafkę La Fontaine’a). Ten wybitny polski socjolog i antropolog kultury zajmuje się właśnie problemami literatury pięknej, literatury faktu, literatury użytkowej i terapeutycznej; to właśnie problemy, z którymi pan Cieślak nie potrafi się uporać.

Uwieńczeniem dyskusji w „Akancie” jest logiczny, rzeczowy i dobrze skonstruowany tekst Stanisława Chyczyńskiego. Zaczyna on od kwestii definicyjnych (podstawowych!), zaleca lektury obowiązkowe (Ortega y Gasset, Ingarden, Tatarkiewicz, Gołaszewska, Stróżewski, Banach), jak zresztą na filozofa i belfra (pana od historii) przystało. Trudno z kalwaryjskim publicystą polemizować, bo nie ma się do czego przyczepić – wszystko jasne i wyraźne, jakby sobie tego sam Kartezjusz życzył. Niestety, jest jedno „ale”. Ale dlaczego ten wybitny eseista nie napisze o tym całej książki? Miałby o czym pisać i zdołałby napisać rzecz naprawdę mądrą…

Najciekawszym i najpłodniejszym fragmentem szkicu Chyczyńskiego jest akapit z paralelą: literatura – malarstwo. Na przykładach z dziedziny plastyki łatwiej zobaczyć i pokazać, czym prawdziwa sztuka różni się od pseudosztuki, a utalentowany malarz od pacykarza czy modnego prowokatora, próbującego być postępowym obrazoburcą. Chyba nikomu nie trzeba opisywać „artefaktów” lansowanej dziś antykultury. Na tym tle – jak zauważa wymowny autor Królewskich milczeń – nawet dzieła Zdzisława Beksińskiego uchodziły kiedyś za przejaw kiczu, turpistycznego pacykarstwa, malarskiej „grafomanii”. Stąd nie powinny nikogo dziwić znane od kolebki literatury kontrowersyjne zjawiska recepcji książek: oceny wyjątkowo nietrafne, recenzje zupełnie chybione, promowanie celebrytów, zamilczanie geniuszy na śmierć. Ale też nie powinno budzić zdziwienia, że w dobie internetu pisać i publikować każdy może (trochę lepiej lub trochę gorzej). Z wszystkimi tego następstwami czy „przestępstwami”.

Na pewno nie wszystko jest poezją i nie każdy jest poetą – musi być granica pomiędzy sztuką słowa, rzemiosłem literackim, produkcją czytadeł, szokowaniem golizną, pornografią, pomiędzy sacrum, profanum a dziką profanacją, której przewodzi neomarksistowska i neokolonialna propaganda antykultury.

Rozważania o literaturze okrasiłem refleksją o plastyce – może więc warto zamknąć wypowiedź odwołaniem się do muzyki. Niech tu autorytetem będzie Roger Scruton, który w książce Muzyka jest ważna postuluje obronę dobrego smaku, gustu, bo ten jest subiektywnym, ale uniwersalnym, precyzyjnym kryterium selekcji, oddzielania prawdziwych dzieł sztuki od podróbek i uzurpacji. Angielski estetyk pisze:

„Gust muzyczny nie przypomina preferencji odnośnie do smaku lodów; to nie jest suchy fakt, będący poza racjonalnymi argumentami. Gust muzyczny opiera się na porównaniach i doświadczeniach, które miały jakieś szczególne znaczenie”[4].

Co znaczy: wielka muzyka nie jest formą rozrywki, którą przyswaja się bezrefleksyjnie i zapamiętuje bez żadnego wysiłku. Wymaga wiedzy, wrażliwości, wyobraźni, wytrwałości. Dlatego wyrafinowanych odbiorców muzyki (lecz również malarstwa czy literatury) trzeba kształcić jak najwcześniej. Młodzież należy…

„nauczyć wnikliwości, zauważenia, że istnieje zarówno dobry, jak i zły gust muzyczny, że faktycznie można mówić o wartościach w muzyce, a także o muzycznych przyjemnościach”[5].

Proces dorastania do zrozumienia, czym jest wielka sztuka, wymaga czasu i uwagi, dobrych chęci i dobrych metod pedagogicznych. Wartościowa literatura zawiera w sobie nie tylko potencjał emocjonalny, ale też proces myślowy, ucieleśnienie sensu życia poprzez „tworzenie pięknych zdań” (jak teoretyzował Tadeusz Peiper). A to piękno powinno harmonizować z prawdą i dobrem.

 

Kraków, 24.02.2025

 



[1] Mikołaj Bierdiajew, Sens twórczości, tłum. Henryk Paprocki, Wydawnictwo ANTYK, Kęty 2001.

[2] Malcolm Gladwell, Poza schematem. Sekrety ludzi sukcesu, tłum. Rafał Śmietana, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009.

[3] Angela Duckworth, Upór. Potęga pasji i wytrwałości, tłum. Piotr Cieślak, Wydawnictwo Galaktyka, Łódź 2016.

[4] Roger Scruton, Muzyka jest ważna, tłum. Katarzyna Marczak, Fundacja InCanto, Kraków 2020.

[5] R. Scruton, op. cit.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

NIECH ŻYJE KULTURA I ETYKA SŁOWA!

AKTUALNOŚCI

RECENZJA

  AUTORZY POWIEŚCI O CHOPINIE:  JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH & WOJCIECH WIERCIOCH AUTORKA RECENZJI: ANNA STASIUK „Zaklinacz dźwięków. Powie...