WOJCIECH WIERCIOCH - AUTOBIOGRAFIA CD.

 


Na załączonym obrazku: zestaw fotografii pochodzących z archiwum rodzinnego Wojciecha Wierciocha, umieszczonych na wewnętrznych stronach okładki jego autobiografii.

Poniżej PIERWSZY ROZDZIAŁ książki Wojciecha Wierciocha "Pamięć i fantazja. Autobiografia" (Miniatura, Kraków 2011):


KSIĘGA PIERWSZA 

NIEWINNY

Lata życia: 0–7

  

ŚRODOWISKO

Urodziłem się w czwartek, 15 września 1966 roku w Nowym Targu. Była urodzajna, urodziwa pogoda: złota podhalańska jesień…

Ale to nie tego dnia wyłoniłem się z nicości. Przecież – wcześniej – przez dziewięć miesięcy pływałem sobie w wodach płodowych… A nad wodami unosił się Duch.

Swoją egzystencję rozpocząłem (załóżmy – w przybliżeniu – dla lepszego efektu) w dniu Świętego Mikołaja. Na Księżycu miała miejsce próba miękkiego lądowania: sonda Łuna 8 nie wykonała zadania. Natomiast na Ziemi…

„Żałuję, że mój ojciec albo moja matka, albo raczej oboje, ponieważ oboje jednako byli do tego zobowiązani, nie pomyśleli, co robią, kiedy mnie poczynali… Gdyby bowiem zastanowili się we właściwy sposób, jak wiele zależy od tej ich czynności: że tyczy ona nie tylko wytworzenia istoty obdarzonej rozumem, lecz przypuszczalnie również szczęśliwego ukształtowania i konstytucji jej ciała, a być może talentów i typu umysłowości, oraz – chociażby o tym nie wiedzieli – że skłonności i humory, jakie w nich wówczas górowały, mogą wpłynąć na przyszłość całego rodu tej istoty… Gdyby to należycie zważyli i przemyśleli, i postąpili zgodnie z wynikiem swych rozumowań, najgłębiej jestem przekonany, że ukazałbym się światu w postaci zgoła innej niż ta, w jakiej ujrzą mnie zapewne czytelnicy”. Tak wspominał i fantazjował Laurence Sterne.

Zaistniałem (niewidocznie) w wyniku połączenia się gamety męskiej i żeńskiej. Stałem się zygotą zwycięzcą: pokonałem stan wewnętrznego rozdwojenia; dwie komórki, tęskniące do siebie jak mityczne stworki Platona, zlały się w jedno. Mój pierwszy sukces miał też inny wymiar (i rozmiar): wygrałem w wyścigu plemników, który jest dopiero pierwszym etapem wyścigu szczurów… Zakładając koszulkę (błonę komórkową) lidera, mogłem powtórzyć za świętym Pawłem: „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiarę ustrzegłem. Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu odda Pan, Sprawiedliwy Sędzia, a nie tylko mnie, ale i wszystkim, którzy umiłowali przyjście Jego”. Wiarę ustrzegłem? – zapyta ktoś. Tak, wiarę w sens istnienia!

Z nadzieją i miłością zacząłem się dzielić – bruzdkować. Powoli stawałem się zarodkiem…

Czy już wówczas byłem człowiekiem? Cóż, nie pamiętam, wszystkie powyższe fakty to wiadomości z drugiej i trzeciej ręki… Wiarę ustrzegłem! Do dzisiaj wierzę, że już wówczas miałem godność dziecka Bożego… i dumę dziecka moich skromnych rodziców. Nie, zdecydowanie nie byłem jakimś zlepkiem komórek!

Już wówczas byłem wyjątkowy, choć (a może właśnie dlatego) tak bardzo przypadkowy – jako wypadkowa nieprawdopodobnych spotkań i splotów długiego szeregu pokoleń… Wyłoniłem się – jak wygrana w Dużym Lotku – z olbrzymiej liczby możliwości, prawdopodobieństw i zbiegów okoliczności. Wylosowany z nicości, powołany do istnienia i spełnienia, równie dobrze (a nawet lepiej) mógłbym nigdy nie zaistnieć, nie stać się bytem jednostkowym i świadomym. Mógłbym też być zupełnie inny… Ale wtedy nie byłbym sobą.

O roli przypadków i wypadków ciekawie pisze w swoim Dzienniku Jean Guitton (francuski filozof i teolog): „W niewoli zabawialiśmy się dla spędzenia czasu, opowiadając sobie, w jakich okolicznościach nasi ojcowie poznali nasze matki. Zapamiętałem niektóre okoliczności niezwykle dziwne: jakiś pukiel włosów, jakiś żart, jakaś znaleziona rękawiczka, pociąg, na który się spóźniono, jakieś pozory… Niedługośmy się tak bawili, gdyż każdy z nas poważniał, uświadamiając sobie z przerażeniem, od jakiego spiętrzenia przypadków zależał. A jednak istnienie, to smakowite i rozkoszne istnienie, jest utkane z nieprawdopodobnych nici. W moim pojęciu to właśnie nadaje mu cechy dziwaczności i migotliwego blasku”. 

*  *  *

Miejsce i czas akcji: restauracja „Zdrojowa” w Szczawnicy; noc sylwestrowa, zwieńczenie 1961 roku. Powiatowy Związek Gminnych Spółdzielni sprezentował swoim pracownikom bilety. I planistka z Nowego Targu zabrała na zabawę planistę z Jabłonki Orawskiej. Nie zaplanowali jednak tego, że na imprezie pojawi się tubylec, niejaki Jan Wiercioch, pracownik Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Robót Wodnych i Kanalizacyjnych. Ponieważ każdy kogut jest odważny na własnej kupce śmieci – tubylec zaczął (ponoć nieźle) tańczyć z przyjezdną. Marysia tak mu się spodobała, że poprosił ją o adres. Gdy jednak nie uzyskał jednoznacznej i ścisłej informacji, zadeklarował z niezwykłą dla siebie stanowczością: „I tak się z panią ożenię”.

Z oficjalnych życzeń noworocznych dowiedział się, gdzie Maria, panna, pracuje. A zadzwoniwszy do miejsca pracy, poznał jej nazwisko – Jeziorczak – które zapewne mu się nie podobało, bo postanowił je zmienić.

Dwudziestoczteroletnia panna urzędniczka została 7 lipca 1963 roku panią Marią Wiercioch. Ślub odbył się w kościele pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa w Nowym Targu, a wesele – w domu panny młodej, na osiedlu Oleksówki, które zupełnie nie przypominało osiedla, była to raczej maleńka wioska, położona na szlaku turystycznym Nowy Targ – Turbacz…

Geny moich rodziców połączyły się. Wyszły z królestwa przypadku i stworzyły cesarstwo chaosu. Gdy się urodziłem (a nawet wcześniej – vide: psychologia prenatalna), rozpoczęły się zabiegi urabiania, kształtowania i wychowywania mnie. A jednak – jak to powiedział pewien mędrzec – edukacja dziecka zaczyna się już kilkadziesiąt lat przed jego urodzinami, zaczyna się od wychowania jego rodziców… Ale proces kształcenia tych rodziców ma swój początek jeszcze wcześniej… I tak dalej… Itd…

Każdy z nas jest dynamicznym systemem – niestabilnym połączeniem genów i memów (mem jest analogiczną do genu jednostką informacji, która wpływając na przebieg określonych wydarzeń, przyczynia się do powstania swoich kopii w umysłach innych ludzi). Można kreślić drzewa genealogiczne, można badać rodowody – i coś z tego wynika (przynajmniej dla niektórych), ale niewiele. Wiele tajemniczych zdarzeń i zagadek egzystencji dałoby się wyjaśnić po prześledzeniu niezliczonych ścieżek, którymi podążały memy. Niestety, zwykle jest to zadanie niewykonalne. Można tylko zbierać poszlaki, domysły, hipotezy i duchowe skamieniałości.

Są rody, których wzloty i upadki da się zidentyfikować. Ich historia biologiczna i duchowa jakoś się utrwaliła: pozostały po niej pałace, pomniki ogrodowe i nagrobne, meble i książki, kroniki rodzinne, diariusze, raptularze. Członkowie tych rodów zapisali się w dziejach ojczyzny czy regionu, w dziennikach i kwartalnikach.

Niestety, historię mojej rodziny spowiła mgła entropii… Ludzie odeszli, groby zniknęły. Została ziemia, gnijące i rdzewiejące na niej (i w niej) przedmioty, które niegdyś służyły przetrwaniu, ciężkiej, monotonnej walce o byt i nędzne promyki zadowolenia.

Co z tym ulotnym dziedzictwem zrobić? Trzeba dać świadectwo – iść za radą Herberta? Należy – jak Proust – starać się odzyskać utracony czas? Albo – jak nauczał Mikołaj Fiodorow – naszym obowiązkiem jest nie tylko tworzenie (w łóżku) potomków, ale i wskrzeszanie (w książce) przodków?

Po moich pradziadkach (by już nie brnąć dalej) nie zostało nic. Tylko cisza. I szum gorczańskich i pienińskich lasów. I niemy szept Kowańca i Grajcarka. Po moich dziadkach nieco zostało. Babka i dziadek ze Szczawnicy snują się teraz między cmentarnymi nagrobkami i zaglądają do swego drewnianego domku. Natomiast babcia i dziadek z Nowego Targu wyrywają sobie z głów coraz bardziej siwe włosy, spoglądając z zaświatów na pola i zabudowania, o które toczy się braterska i siostrzana wojna domowa. W wielkim trudzie budowali swój mały (choć mający ponad pięć hektarów) świat i ich życzeniem było, by nadal trwała tam wieś spokojna, wieś wesoła, by ich dziedzina pozostała trwałym i szanowanym dziedzictwem. A teraz ich dzieci i wnuki wyrywają sobie – pazurami i paragrafami – tę czarną (choć kamienistą) i piękną (choć bezwzględną) ziemię jak postaw czerwonego sukna.

Starzy górale mawiali: „Dutki przycyniajom ślebody”. Młodzi wykrzykują: „Dutki dutków przycyniajom”. I chcą – po wyrwaniu jak największej części spadku – sprzedawać, dzierżawić, budować, niszczyć dorobek (materialny i duchowy) swych przodków, bezcześcić imiona tych, którzy dali im życie i którzy pragnęli dać wychowanie i szacunek dla pewnych – Pewnych, Nieśmiertelnych! – wartości. Starsze pokolenie chciało z Oleksówek uczynić oazę pracy i modlitwy, a nowa generacja zamierza na tych uroczych miejscach hodować kurę znoszącą złote jajka.

À propos drobiu. Zacznijmy AB OVO, czyli od jaja Ledy, z którego wykluła się Helena – powód (czy raczej: powódka) wojny trojańskiej.

Jak już wspomniałem, nie mam do dyspozycji kronik rodzinnych, więc do jajka się raczej nie dostanę. Gdy w drugiej klasie liceum postanowiłem ukradkiem zapełniać dziennik, zacząłem od reminiscencji. Rozmowy z mamą i babcią dały mi tylko bardzo pobieżny przegląd dziejów moich protoplastów…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

NIECH ŻYJE KULTURA I ETYKA SŁOWA!

AKTUALNOŚCI

RECENZJA

  AUTORZY POWIEŚCI O CHOPINIE:  JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH & WOJCIECH WIERCIOCH AUTORKA RECENZJI: ANNA STASIUK „Zaklinacz dźwięków. Powie...