Na załączonym obrazku: zestaw fotografii pochodzących z archiwum rodzinnego Wojciecha Wierciocha, umieszczonych na wewnętrznych stronach okładki jego autobiografii.
Poniżej PIERWSZY ROZDZIAŁ książki Wojciecha Wierciocha "Pamięć i fantazja. Autobiografia" (Miniatura, Kraków 2011):
KSIĘGA PIERWSZA
NIEWINNY
Lata życia: 0–7
ŚRODOWISKO
Urodziłem się w czwartek,
Ale to nie tego dnia wyłoniłem się z nicości. Przecież –
wcześniej – przez dziewięć miesięcy pływałem sobie w wodach płodowych… A nad
wodami unosił się Duch.
Swoją egzystencję rozpocząłem (załóżmy – w przybliżeniu
– dla lepszego efektu) w dniu Świętego Mikołaja. Na Księżycu miała miejsce próba
miękkiego lądowania: sonda Łuna 8 nie wykonała zadania. Natomiast na
Ziemi…
„Żałuję, że mój ojciec albo moja matka, albo raczej
oboje, ponieważ oboje jednako byli do tego zobowiązani, nie pomyśleli, co
robią, kiedy mnie poczynali… Gdyby bowiem zastanowili się we właściwy sposób,
jak wiele zależy od tej ich czynności: że tyczy ona nie tylko wytworzenia
istoty obdarzonej rozumem, lecz przypuszczalnie również szczęśliwego
ukształtowania i konstytucji jej ciała, a być może talentów i typu umysłowości,
oraz – chociażby o tym nie wiedzieli – że skłonności i humory, jakie w nich
wówczas górowały, mogą wpłynąć na przyszłość całego rodu tej istoty… Gdyby to
należycie zważyli i przemyśleli, i postąpili zgodnie z wynikiem swych
rozumowań, najgłębiej jestem przekonany, że ukazałbym się światu w postaci
zgoła innej niż ta, w jakiej ujrzą mnie zapewne czytelnicy”. Tak wspominał i
fantazjował Laurence Sterne.
Zaistniałem (niewidocznie) w wyniku połączenia się
gamety męskiej i żeńskiej. Stałem się zygotą zwycięzcą: pokonałem stan
wewnętrznego rozdwojenia; dwie komórki, tęskniące do siebie jak mityczne
stworki Platona, zlały się w jedno. Mój pierwszy sukces miał też inny wymiar (i
rozmiar): wygrałem w wyścigu plemników, który jest dopiero pierwszym etapem
wyścigu szczurów… Zakładając koszulkę (błonę komórkową) lidera, mogłem
powtórzyć za świętym Pawłem: „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem,
wiarę ustrzegłem. Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który mi
w owym dniu odda Pan, Sprawiedliwy Sędzia, a nie tylko mnie, ale i wszystkim,
którzy umiłowali przyjście Jego”. Wiarę ustrzegłem? – zapyta ktoś. Tak, wiarę w
sens istnienia!
Z nadzieją i miłością zacząłem się dzielić – bruzdkować.
Powoli stawałem się zarodkiem…
Czy już wówczas byłem człowiekiem? Cóż, nie pamiętam, wszystkie
powyższe fakty to wiadomości z drugiej i trzeciej ręki… Wiarę ustrzegłem! Do
dzisiaj wierzę, że już wówczas miałem godność dziecka Bożego… i dumę dziecka
moich skromnych rodziców. Nie, zdecydowanie nie byłem jakimś zlepkiem komórek!
Już wówczas byłem wyjątkowy, choć (a może właśnie
dlatego) tak bardzo przypadkowy – jako wypadkowa nieprawdopodobnych spotkań i
splotów długiego szeregu pokoleń… Wyłoniłem się – jak wygrana w Dużym Lotku – z
olbrzymiej liczby możliwości, prawdopodobieństw i zbiegów okoliczności.
Wylosowany z nicości, powołany do istnienia i spełnienia, równie dobrze (a
nawet lepiej) mógłbym nigdy nie zaistnieć, nie stać się bytem jednostkowym i
świadomym. Mógłbym też być zupełnie inny… Ale wtedy nie byłbym sobą.
O roli przypadków i wypadków ciekawie pisze w swoim Dzienniku Jean Guitton (francuski filozof i teolog): „W niewoli zabawialiśmy się dla spędzenia czasu, opowiadając sobie, w jakich okolicznościach nasi ojcowie poznali nasze matki. Zapamiętałem niektóre okoliczności niezwykle dziwne: jakiś pukiel włosów, jakiś żart, jakaś znaleziona rękawiczka, pociąg, na który się spóźniono, jakieś pozory… Niedługośmy się tak bawili, gdyż każdy z nas poważniał, uświadamiając sobie z przerażeniem, od jakiego spiętrzenia przypadków zależał. A jednak istnienie, to smakowite i rozkoszne istnienie, jest utkane z nieprawdopodobnych nici. W moim pojęciu to właśnie nadaje mu cechy dziwaczności i migotliwego blasku”.
* * *
Miejsce i czas akcji: restauracja „Zdrojowa” w
Szczawnicy;
Z oficjalnych życzeń noworocznych dowiedział się, gdzie
Maria, panna, pracuje. A zadzwoniwszy do miejsca pracy, poznał jej nazwisko –
Jeziorczak – które zapewne mu się nie podobało, bo postanowił je zmienić.
Dwudziestoczteroletnia panna urzędniczka została
Geny moich rodziców połączyły się. Wyszły z królestwa
przypadku i stworzyły cesarstwo chaosu. Gdy się urodziłem (a nawet wcześniej –
vide: psychologia prenatalna), rozpoczęły się zabiegi urabiania, kształtowania
i wychowywania mnie. A jednak – jak to powiedział pewien mędrzec – edukacja
dziecka zaczyna się już kilkadziesiąt lat przed jego urodzinami, zaczyna się od
wychowania jego rodziców… Ale proces kształcenia tych rodziców ma swój początek
jeszcze wcześniej… I tak dalej… Itd…
Każdy z nas jest dynamicznym systemem – niestabilnym
połączeniem genów i memów (mem jest analogiczną do genu jednostką informacji,
która wpływając na przebieg określonych wydarzeń, przyczynia się do powstania
swoich kopii w umysłach innych ludzi). Można kreślić drzewa genealogiczne,
można badać rodowody – i coś z tego wynika (przynajmniej dla niektórych), ale niewiele.
Wiele tajemniczych zdarzeń i zagadek egzystencji dałoby się wyjaśnić po
prześledzeniu niezliczonych ścieżek, którymi podążały memy. Niestety, zwykle
jest to zadanie niewykonalne. Można tylko zbierać poszlaki, domysły, hipotezy i
duchowe skamieniałości.
Są rody, których wzloty i upadki da się zidentyfikować.
Ich historia biologiczna i duchowa jakoś się utrwaliła: pozostały po niej
pałace, pomniki ogrodowe i nagrobne, meble i książki, kroniki rodzinne,
diariusze, raptularze. Członkowie tych rodów zapisali się w dziejach ojczyzny
czy regionu, w dziennikach i kwartalnikach.
Niestety, historię mojej rodziny spowiła mgła entropii…
Ludzie odeszli, groby zniknęły. Została ziemia, gnijące i rdzewiejące na niej
(i w niej) przedmioty, które niegdyś służyły przetrwaniu, ciężkiej, monotonnej
walce o byt i nędzne promyki zadowolenia.
Co z tym ulotnym dziedzictwem zrobić? Trzeba dać
świadectwo – iść za radą Herberta? Należy – jak Proust – starać się odzyskać
utracony czas? Albo – jak nauczał Mikołaj Fiodorow – naszym obowiązkiem jest
nie tylko tworzenie (w łóżku) potomków, ale i wskrzeszanie (w książce)
przodków?
Po moich pradziadkach (by już nie brnąć dalej) nie
zostało nic. Tylko cisza. I szum gorczańskich i pienińskich lasów. I niemy
szept Kowańca i Grajcarka. Po moich dziadkach nieco zostało. Babka i dziadek ze
Szczawnicy snują się teraz między cmentarnymi nagrobkami i zaglądają do swego
drewnianego domku. Natomiast babcia i dziadek z Nowego Targu wyrywają sobie z
głów coraz bardziej siwe włosy, spoglądając z zaświatów na pola i zabudowania,
o które toczy się braterska i siostrzana wojna domowa. W wielkim trudzie
budowali swój mały (choć mający ponad pięć hektarów) świat i ich życzeniem
było, by nadal trwała tam wieś spokojna, wieś wesoła, by ich dziedzina
pozostała trwałym i szanowanym dziedzictwem. A teraz ich dzieci i wnuki
wyrywają sobie – pazurami i paragrafami – tę czarną (choć kamienistą) i piękną
(choć bezwzględną) ziemię jak postaw czerwonego sukna.
Starzy górale mawiali: „Dutki przycyniajom ślebody”.
Młodzi wykrzykują: „Dutki dutków przycyniajom”. I chcą – po wyrwaniu jak
największej części spadku – sprzedawać, dzierżawić, budować, niszczyć dorobek
(materialny i duchowy) swych przodków, bezcześcić imiona tych, którzy dali im
życie i którzy pragnęli dać wychowanie i szacunek dla pewnych – Pewnych,
Nieśmiertelnych! – wartości. Starsze pokolenie chciało z Oleksówek uczynić oazę
pracy i modlitwy, a nowa generacja zamierza na tych uroczych miejscach hodować
kurę znoszącą złote jajka.
À propos drobiu. Zacznijmy AB OVO, czyli od jaja Ledy, z
którego wykluła się Helena – powód (czy raczej: powódka) wojny trojańskiej.
Jak już wspomniałem, nie mam do dyspozycji kronik
rodzinnych, więc do jajka się raczej nie dostanę. Gdy w drugiej klasie liceum
postanowiłem ukradkiem zapełniać dziennik, zacząłem od reminiscencji. Rozmowy z
mamą i babcią dały mi tylko bardzo pobieżny przegląd dziejów moich
protoplastów…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
NIECH ŻYJE KULTURA I ETYKA SŁOWA!