JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH - OPOWIADANIE FANTASY

 


AUTORKA: JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH


GŁUPIE SERCE LIMA

W księstwie Kra 

– Lim pewnie już nie żyje…

– Nie ma go prawie dwa miesiące…

– Cóż, sam wybrał swój los…

– Żony mu brakowało…

– A może żyje, ale zabłądził?

– No cóż, Lim kochał Jurę jak wariat.

– Jak nic, poszedł jej szukać!

– Chyba mu odbiło!

– Pięć lat temu stara zielarka zrobiła to samo…

– I nigdy nie wróciła!

– On też nie wróci…

Była pierwsza niedziela września. Słońce obudziło się dwie godziny temu. Najstarsi z mieszkańców Cienistej Doliny w księstwie o nazwie Kra zebrali się, jak w każdą niedzielę, w karczmie „Młyn”. Reszta Krańczyków gapiła się na przyleśne łąki, wisząc na swoich płotach albo siedząc na wiadrach pod stodołami. Robili to codziennie. Rankiem obserwowali lesiste wzgórze, obrzeża księstwa, a wieczorem omawiali te swoje wizje lokalne z rodziną. Miejsca czuwania wybierali byle jak, ale zawsze blisko lasu, najbliżej jak mogli.

Starszyzna przepijała teraz każde zdanie winem, jakby za glinianym kielichem chciała ukryć swój strach, wyłażący z oczu, pełznący po policzkach. Temat nie zmienił się od kilkudziesięciu lat.

– Dzisiaj jest tam, gdzie był…

– Tak, stoi w tym samym miejscu.

– Może jutro się przesunie…

– Ongiś granica w ciągu roku przesuwała się o pół oczka. Schodziła z górki jak ślimak. Dziś jest inaczej.

– Masz rację, rok temu od lasu było trzydzieści oczek, teraz jest czterdzieści pięć.

– Cień zbyt szybko się rozrasta…

– To staje się coraz bardziej niebezpieczne.

– Ale przecież nie możemy stąd odejść. Korzeni się nie zabiera.

– Brak korzeni zniszczy naszą wspólnotę. Rozpłynie się…

– Energie Kra znikną jak bańka mydlana.

– A może wykopiemy rów? Może wtedy już bardziej się nie zbliży…

– Tak, wykopmy rów, Cień wpadnie do niego, a my go zasypiemy.

– A jeśli wyjdzie?

– Zatłuczemy łopatami!

– Ha, to czemu teraz nie tłuczemy?

– No… teraz jest za duży.

– Za szeroki.

– Wymknie się szparami.

 

W osadzie Dareta 

Las wypluł Lima niczym człowiek pestkę.

Mężczyzna stanął na jego skraju, obolały i niemal zupełnie nagi, słaniając się na nogach. Dopiero teraz mógł spokojnie rozejrzeć się za łopianem. Jest cała kępa! Zanim jednak zdołał do niej dojść, upłynęły minuty zdające się wiecznością. W końcu zerwał kilka liści, trochę trawy o mocnych łodygach i przysłonił nim swoją nagość, a potem nagle zwalił się na trawę jak nieszczęśnik ukamienowany jednym rzutem. Po długiej chwili wstał z wielkim trudem i ogarnął wzrokiem okolicę. W oddali majaczyły jakieś domy. Ruszył.

Gdy dotarł do pierwszego z brzegu domostwa, podbiegło do niego kilkoro mężczyzn i kobiet, a Lim, przedstawiwszy się, upadł po raz drugi, tym razem już bez tchu, na ziemię.

Do tej pory nie widzieli jeszcze tak zakrwawionego człowieka.

Na oko miał koło czterdziestu lat. Średniego wzrostu, szpakowaty, mała łysina nad czołem, na brodzie kilkudniowa siwa szczecina. Na szyi i klatce piersiowej skrawek potarganego materiału, na ręce, tuż przy nadgarstku, kawałek rękawa, a przy prawej stopie strzęp pokrytej błotem nogawki. Buty ledwo się trzymały na stopach i świeciły dziurami w podeszwach. Na całym ciele widniały głębokie zadrapania, ale najpoważniej zranione były uda. Między plamami krwi, którymi ubabrany był od stóp do czubka głowy, tymi jasnoczerwonymi i tymi pochodzącymi z najwcześniejszych ran, brunatnoczerwonymi, gdzieniegdzie prześwitywał prawdziwy, biały kolor skóry. Na twarzy – świeża, dosyć głęboka, podłużna rana, jakby od noża, rozpoczynająca się w okolicy ust, a kończąca przy prawym uchu. Z nosa też sączyła się krew.

Wprawdzie Daretczycy pamiętali, co napisał pewien mędrzec – że krew jest duchem – ale żeby aż tyle ducha wyszło z nagusa, trudno im było uwierzyć. No i nie uwierzyli. Zresztą, jak mówili, człowiek, który traci ducha, nie może być szczęśliwy, a ten człowiek, który się u nich zjawił, najwyraźniej taki był. Na jego twarzy uśmiech błąkał się nawet wówczas, gdy mężczyzna leżał bez tchu na trawie. Pomyśleli, że odparł atak gromady dzikich kotów wałęsających się w pobliżu Darety. Ostrożne koty o spojrzeniach przyprawiających o dreszcze nigdy nie podchodziły nawet pod płoty domostw. Na polach też nie zbliżały się do ludzi. Nie oczekiwały dokarmiania, w swoim kocim życiu doskonale radziły sobie same. Ale kto wie, może to ich sprawka, może czatowały na swoje ofiary w lesie?! Nie na kilka ofiar, ale właśnie na jedną, na samotnych wędrowców. Daretczycy nie sprawdzili tego na własnej skórze, gdyż do lasu wyruszali zawsze w grupie.

Zgromadzeni przyglądali się przybyszowi z lękiem i nieufnością aż do chwili, gdy zajęła się nim Mira, znachorka, która przydreptała z garnuszkiem i ziołami. Wlała mu trochę wody do ust, a potem opatrzyła jego zakrwawione, pocięte, pokłute cierniami, poparzone pokrzywami ciało. Potem przenieśli go do jej domu.

♦ ♦ ♦ 

Dareta przyjęła Lima z otwartymi ramionami. W osadzie brakowało mężczyzn, nie miał kto obrabiać pól i budować nowych domów, w każdym domostwie było bardzo ciasno. Daretczycy widzieli w nim silnego mężczyznę, który pomoże w budownictwie i pracy na roli. Białogłowy Piro, najstarszy z ponad pięciuset ludzi mieszkających na tym terenie, pomyślał, że dziś wszyscy w mieście upiją się ze szczęścia wiśniową nalewką, ale już jutro musi się zebrać Rada. Nadeszło coś, co może wywrócić ich dotychczasowe spokojne życie do góry nogami, a to właśnie na członkach Rady spoczywał obowiązek przygotowania mieszkańców Darety na wszelkie zmiany.

Lim oprzytomniał dopiero po trzech dniach, po miesiącu był zdrów jak ryba, a po dwóch znał już każdy kamień w Darecie. Okazał się dobrym budowniczym, stolarkę miał we krwi. Ale on sam, im dłużej obserwował osadę i jej mieszkańców, tym większy czuł niepokój. Działo się tu coś nieprawdopodobnego. Nie zdradzał jednak swoich wątpliwości nikomu, robił to, czego od niego oczekiwali i pokornie odpowiadał na każde z ich pytań.

Każdy dzień przynosił tubylcom jakąś informację o nim.

Pochodził z małego księstwa o nazwie Kra, mającego kształt gruszki, otoczonego z trzech stron liściastymi lasami nazywanymi Wstęgą Cienia, i mieszkał właśnie tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, to znaczy pod lasem, na granicy Wstęgi – w Cienistej Dolinie, której mieszkańcy bali się wychodzącego z lasu Cienia. Ciemnoszarej smugi rozlanej na łąkach rozciągniętych przy starych leśnych drzewach. Smugi, która bez względu na położenie słońca nie zmieniała koloru i nigdy nie znikała. Można ją było zobaczyć nawet nocą – czy to przy pełni księżyca, czy w świetle kilku pochodni, również w zimie, na kołderkach śniegu skrywających te podleśne tereny.

Daretczycy dowiedzieli się też, że kilka miesięcy temu stracił żonę.

Monstrualna burza zastała Jurę daleko w polu, kobieta nie zdążyła się ukryć, zginęła od pioruna. Tego dnia Lim przestał wierzyć w Niebo. Bóg zabrał mu kobietę, którą kochał nad życie, przyjaźnić się już z Nim więc nie zamierzał. Przez cały miesiąc po pochówku mężczyzna siedział przy mogile żony niemal na okrągło, mało co jadł, spać też nie mógł. Ludzie mówili, że jest już stracony, dzieci nie mogły mu pomóc, bo ich nie miał. Rzekomo stracił wówczas nie tylko Jurę, ale i samego siebie.

Mieszkańcy Cienistej Doliny każdego ranka stawali przy granicy Kra i patrzyli na drogę biegnącą do lasu. Jakby na kogoś lub na coś czekali. Każdego dnia na warcie stało co najmniej dwóch ludzi. Lim też stróżował. Od dzieciństwa uczono go, że trzeba czekać.

Z dziada pradziada szła po Dolinie legenda, że dawno, dawno temu ktoś rzucił urok na całe Kra, księstwo zmniejsza się i zmniejsza, jego obszar z roku na rok ginie w szczerym polu. a i to pole wpada w jakąś nicość. Cienia zaczęto się bać już w zamierzchłych czasach, bo każdy Krańczyk, który wszedł do lasu, nigdy już z niego nie wracał. Kiedy tylko wchodził w smugę Cienia, stał przez chwilę jak zahipnotyzowany, a potem – nie zwracając uwagi na prośby o zawrócenie z drogi – ruszał w las. Sto lat temu, jak mówią Starsi, kilkunastu mężczyzn świadomie poświęciło się dla dobra społeczności. Udało się im zapętlić na pierwszych z brzegu drzewach grube długie łańcuchy, których końce uprzednio zostawili na krańczyckich polach. Ale zaraz potem, jakby przyciągani przez tajemne siły, w milczeniu ruszyli do lasu, by już nigdy z niego nie wyjść. Do tych łańcuchów w bezpiecznej strefie mieszkańcy Kra mogli przymocować następne łańcuchy. Dzięki nim obserwowali długość wychodzącego z lasu Cienia. Notowali, analizowali. W kilku miejscach Cienistej Doliny każdego ranka po pełni księżyca działo się to samo. Do łańcucha podchodzili najodważniejsi, wyznaczeni przez Starszyznę, ochrzczeni przydomkami: Oczko Pierwszy, Oczko Drugi, Oczko Trzeci – i tak dalej. Obecnie każdy oddelegowany musiał mieć dobry wzrok, aby móc sprawdzić położenie Cienia. Obliczał, ile oczek łańcucha – licząc od otworu, w którym wisiała szmatka – pochłonął Cień w ciągu miesiąca, po czym na pierwszym wolnym oczku, tuż za smugą Cienia, wieszał kolejną szmatkę.

Lim zaczął obserwować Cień i czekać nie wiadomo na co już jako czterolatek, i czekał do dziesiątego lipca tego roku, kiedy to ukończył pięćdziesiąt lat. Tego dnia zapragnął odejść z miejsca, które przyprawiało go o pustkę i ból w piersiach, postanowił sprawdzić, co jest po drugiej stronie Wstęgi Cienia, a jeśli przyjdzie mu zginąć – poszukać Jury gdzieś w zaświatach.

O świcie zostawił swoją zagrodę i wszedł w smugę.

W jednej chwili poczuł, że nadgarstki ma spętane jakimś niewidzialnym powrozem i że nie może się z niego wyplątać, a coś ciągnie ten sznur do lasu.

Choćby chciał, nie mógł zawrócić.

Przekroczył granicę. Las go wciągnął.

Szczęśliwym trafem nie umarł w puszczy, trafił do osady, której nie pamiętał z żadnych map będących w posiadaniu Starszych. Nikt z jego rodzinnego miasta nie będzie go tu szukał. Żadnej rodziny już tam nie miał. Sąsiedzi pewnie myślą, że umarł.

Lim jednak żył. I dotknął tego, czego wszyscy Krańczycy się bali…

♦ ♦ ♦

Któregoś dnia przy wieczornym ognisku spełnił prośbę Daretczyków i znowu opowiadał o sobie. Ludzie, którzy do tej pory kiwali głową ze zrozumieniem bądź niedowierzali i żartowali z niego, tym razem nazwali go kłamcą. Inni łagodnym tonem tłumaczyli, że głowa płata mu figle.

– Po drugiej stronie lasu nie ma żadnego kraju! Niczego tam nie ma!

– Tam jest tylko Atla, woda, tylko woda!

– Tak, tam jest tylko ocean!

– Byliśmy tam! Wiemy na pewno, że są tam tylko skały i woda. Dużo wody.

– Wariat!

– Kra, kra, kra, kracze jak wrona i kłamie w żywe oczy!

– Skąd naprawdę jesteś?

– Czemu kłamiesz?

– Uciekłeś ze swojego księstwa, bo zrobiłeś coś złego?

– Oszust!

– Przyjęliśmy cię do nas, okazałeś się mądry, życzliwy i pracowity…

– …a teraz wciskasz nam jakieś brednie?

– Lepiej zamknij usta i żyj z nami nadal tak, jak dotąd żyłeś.

– Powinieneś sam zobaczyć!

– Chodź z nami, pokażemy ci Atlę!

Lim nic więcej im nie powiedział. Przez resztę wieczoru spoglądał w milczeniu na bukowe pnie, które żarłocznie połykał ogień.

Następnego dnia usiadł nad stawem na ściętym pniu, tuż obok białogłowego starca wyłożonego na trawie na zielonożółtej derce, i przez chwilę przyglądał się spacerującym nieopodal gęsiom i biorącym kąpiel kaczkom. Siedzieli tak dłuższą chwilę w milczeniu. Gdzieś z pól wiatr niósł w ich stronę odgłosy nawoływań rolników i ich śmiechy.

– Chyba nie jestem w stanie wejść po raz drugi do tego lasu – szepnął Lim.

– A to dlaczego? – huknął Piro. – Jest bezpieczny, niewiele w nim dużego dzikiego zwierza. A poza tym zawsze idziemy uzbrojeni. Czego można się bać?!

– Cienia. Lasu…

– Tak, mówiłeś… Ale sam pomyśl: jak można bać się cienia?! – Starzec zachichotał jak dziecko i puścił do niego oko.

– Nie boję się swojego czy twojego cienia. – Lim pochylił głowę i zapatrzył się w spaloną słońcem trawę. – Boję się Cienia z Kra. To nie jest zwykły cień. Dawno temu otoczył Kra. Rośnie na polach pod lasem już ponad dwieście lat, a może i dłużej. Od zimy do zimy przybywało mu najpierw tylko jedno oczko łańcucha, potem co roku po dwa oczka, tak było może, jeśli mnie pamięć nie zwodzi, przez dziesięć lat. Aż tu nagle trzy lata temu ubyło w ciągu roku aż siedem oczek, a ostatnio Cień wydłużył się o piętnaście w stosunku do ostatniego rocznego pomiaru. Rośnie coraz szybciej. Chce chyba wejść do Kra. Ludzie nie znaleźli na niego sposobu, nawet Starszyzna. Czułem ten Cień… Gdy szedłem przez las, nie odstępował mnie ani na krok. Czułem jego chłód, ciężar, ukrytą pogardę. Z godziny na godzinę było coraz gorzej. Bawił się mną jak lalką. W końcu zaczął mnie kopać, drapać i dźgać. Czasem też miałem wrażenie, że chce mnie rozgnieść jednym zdecydowanym ruchem, tak jak człowiek zgniata butem mrówkę, ale człowiek to nie mrówka, z nim więcej problemu, więc pewnie dlatego jeszcze żyję…

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz, ale bądź pewien, że z nami nic ci nie grozi. W końcu wielu z nas przechodzi przez las w drodze nad ocean, aby łowić ryby. Ta woda rzeczywiście tam jest. Nie wierzysz? Przecież jadłeś z nami ryby. To jak myślisz, skąd je mamy?!

– Może przyjeżdżają do was rybacy, a ja nie miałem okazji ich zobaczyć…

– Nie, do nas nikt nie przyjeżdża – zaśmiał się Piro. – Mieszkamy na końcu świata. Świat o nas zapomniał. Opowiadasz o jakimś Kra za lasem, ale według nas Kra tam nie ma. Nie ma tam żadnej Cienistej Doliny. Tam. Może jest zupełnie gdzie indziej albo w ogóle nie istnieje… Może przyszedłeś z Trimu; na mapach, które mamy, to wieś najbliższa naszej Darecie. Chcielibyśmy ci udowodnić, że straciłeś pamięć, a wszystko, o czym mówisz, zobaczyłeś we śnie. I może tak się stanie, zobaczymy. Ale najpierw opowiedz, co tak naprawdę stało się w lesie, przed którym tak drżysz.

Lim długo milczał, wpatrując się w staw.

Zapadła niezwykła cisza. Nie słychać było ludzi, drobiu, ptactwa, niczego. Zamilkły nawet liście na drzewach. Mężczyzna miał wrażenie, że uleciał w bezgłośną próżnię, gdzie czas się zatrzymał. Że jest w środku bańki mydlanej, która lada chwila pęknie. Że zaraz coś się stanie i nie wróci do Darety, do białogłowego starca, do wschodów i zachodów słońca.

Nagle zapiał kogut. Rozdarł ciszę jak człowiek koszulę naprędce przygotowywaną na opatrunek.

Lim otrząsnął się z odrętwienia. Wrócił do Darety.

– To właśnie najtrudniej ująć w słowa… Gdy wszedłem, a właściwie zostałem wciągnięty w las, w Cień, poczułem, że coś zaczyna mnie oplatać, tworząc ze mnie kokon, nie mogłem się poruszyć, myślałem, że umieram…

– A ty znowu swoje… – szepnął Piro.

Cichy głos Lima zdawał się płonąć i topnieć wzorem przechylonej lekko świecy, z której wosk ścieka wprost na trawę.

– W jednej chwili krew zastygła mi w żyłach, było mi bardzo zimno, a przecież w Kra mieliśmy wówczas lato. Cień owinął się wokół mnie i otulił całunem jak matka niemowlę. Ułożył w kołysce mchu. Nagle ocknąłem się i ruszyłem, najszybciej jak mogłem, w głąb lasu. Z godziny na godzinę traciłem swoje myśli; przeraźliwe dźwięki, głosy lasu zawładnęły moją głową… Słyszałem, jak paprocie machają liśćmi niczym nietoperze skrzydłami, jak krzaki rozpuszczają korzenie, aby ruszyć za mną w pogoń, widziałem, jak drzewa naginają gałęzie do granic swoich możliwości, by dotknąć moich pleców. I nagle wszystkie te zielone stwory utworzyły szpaler, przez który mogłem przejść, ale przechodząc, otrzymywałem razy. Uderzenia zdawały się być i kopniakami, i cięciami noża, i dźgnięciem jakiegoś szpikulca. Biłem bity jak jakiś złoczyńca. Nie wiem, jak długo. Możliwe, że były to trzy godziny, ale i trzy dni są prawdopodobne. Nie miałem sił, by biec, czułem, że w tym chłodzie zamarzam; ale po jakimś czasie skóra rozgrzała się od uderzeń. Teraz myślę, że ktoś, a raczej coś, bijąc mnie, nie pozwoliło mi zamarznąć. Ale to bicie było niemal jak kamienowanie… Gdy zobaczyłem z daleka jakiś spory prześwit między drzewami, wśród strasznego zgiełku w mojej głowie usłyszałem myśl: „Las się kończy, las się kończy, las się kończy”… Zebrałem wszystkie siły, by pobiec do światła. No i znalazłem was.

– Trudno ci uwierzyć, żadnego z nas nigdy to nie spotkało. Chcesz się na własne oczy przekonać, że nie ma Kra?

Lim milczał dłuższą chwilę.

– Dobrze, wejdę z wami w ten las.

♦ ♦ ♦ 

Kilkunastu mężczyzn weszło głęboko w mroczną leśną gęstwinę.

Nic się nie działo. Las subtelnie pieścił ich oczy, uszy i nosy. Zachwycał swoimi zapachami, ale nie odurzał.

Gdy zbliżali się do wybrzeża, Lim, idący ramię w ramię z białogłowym, nie zobaczywszy jeszcze oceanu, już go wyczuł w powietrzu.

– Wkrótce będziemy na miejscu – krzyknął jeden z idących przodem Daretczyków.

– Czuję, ale… chyba już nie jestem zdziwiony – oznajmił Lim starcowi.

– Nie?! – Białogłowy spojrzał na niego podejrzliwym wzrokiem.

– Nie – Lim uśmiechnął się, już wiedział, co wkrótce zrobi. Dodał: – Jeśli udowodnię wam, że Kra istnieje, pozwolicie mi odejść?

– Przecież… – szepnął, lekko zakłopotany Piro i spojrzał ze smutkiem na Lima. – Przecież nikt cię tu nie trzyma na siłę. Przykro mi, że tak myślisz.

– Boję się tu zostać. Boję się waszego świata. Tutaj… z dziwnego powodu czas się zatrzymał. Kobiety nie krwawią i nie rodzą, choć są w stosownym wieku, mężczyźni się nie golą i nie strzygą, bo włosy im nie rosną. Czy ktoś tu się w ogóle starzeje? Budujemy coś, a to coś po jakimś czasie zapada się pod ziemię i budowanie trzeba zaczynać od nowa. Jak to wytłumaczysz?

– Bystry jesteś – zaopiniował starzec i ciężko westchnął.

– Wytłumacz mi to, starcze?!

– Każdy z nas jest uczepiony swojego łańcucha czasu, a łańcuch dynda między ziemią a niebem. Gdy człowiek umiera, puszcza łańcuch. Dareta stoi pomiędzy łańcuchem a ziemią. Tylko tyle mogę ci powiedzieć.

– Nie rozumiem tego, ale teraz to nieważne. Mówisz zatem, że jeśli będę odchodził, naprawdę nikt mnie tutaj nie zatrzyma? – Lim nie spuszczał wzroku z wodza Starszyzny ani na sekundę.

– Naprawdę! Czemu ktokolwiek miałby to robić?! – Piro równie zacięcie patrzył mu prosto w oczy.

– No, sam nie wiem… Sprawdzę…

– Co takiego?

– Wkrótce zobaczysz.

Chwilę później stali już całą grupą nad urwiskiem i wszystkimi zmysłami wchłaniali w siebie Atlę. Przez Lima przelewał się ocean możliwości.

♦ ♦ ♦ 

Lim budował swoje dzieło prawie pół roku, pracując wyłącznie wtedy, kiedy w Darecie nie było dla niego innej pracy, czyli wieczorami i nocami, przy mocnym świetle pochodni. Pomagała mu gromada Daretczyków. Gdy skończyli pracę, rzekł do nich:

– To jest mój dowód. A raczej coś, co dopiero stanie się dowodem, coś, co udowodni wam, że moja głowa ma się całkiem dobrze. Proszę, pomóżcie mi to przewieźć nad Atlę, na skały. Jest tam takie jedno niezbyt strome wzgórze, będzie odpowiednie. Jeśli wszyscy pociągniemy za sznury przy płozach, uda nam się tę konstrukcję umieścić na wzniesieniu. Trzy dni! – Gorejące oczy Lima uchwyciły skupione, poważne spojrzenie Pira. – Trzy dni… Tyle czasu moi ziomkowie będą pewnie potrzebować na podjęcie decyzji. Jeżeli w ciągu tego czasu drewno zacznie się palić, a nikt z nas go nie podpali, to będzie znaczyć, że Kra istnieje. Ogień będzie mówił za tych, których kiedyś znałem. Dlaczego? Wszyscy moi rodacy znają legendę, którą symbolizuje to dzieło. Jeśli rzeczywiście jest tak, jak mówię, mieszkańcy Cienistej Doliny, ci po drugiej stronie lasu, najpierw będą tę moją rzeźbę obserwować, nawet przez kilka dni, a potem spalą, tak jakby chcieli spalić przyszłe nieszczęścia, jakby chcieli unicestwić ryzyko wtargnięcia zła. To ogień będzie ostatecznym dowodem. Jeśli zaś nie spalą tego, co stworzyłem, przyrzekam, że nigdy więcej nie wspomnę już o Kra.

 

W księstwie Kra

Ledwie słońce przestało się wstydzić, już cała Cienista Dolina stała przy płotach.

Ci, którzy zobaczyli go jako pierwsi, byli tak oszołomieni, że stracili głos. Na wzgórzu, na skraju lasu, poza Cieniem, stał wielki drewniany koń. W kłębie miał chyba pięć metrów. Radośnie podniesiony łeb, oczy łapiące chmury. Sierść w różnokolorowe paski. Długi irokez na grzbiecie zdawał się falować jak żagle Achajów. Choć niezgrabność, kanciastość konia widoczna była z daleka, w ogóle nie raziła. Zwierzę było piękne, dostojne.

Drewniana konstrukcja wzbudziła podziw, ale i strach.

Ktoś wreszcie drgnął i pobiegł Cienistą Doliną, krzycząc:

– Chodźcie, zobaczcie! Szybko!

Cienista Dolina poruszyła się jak wstrząśnięta lekko w salaterce, nie do końca wystudzona galaretka.

– Ludzie, wyjdźcie z domów, szybko, szybko!

– Bijcie w dzwony! Niech kobiety i dzieci ukryją się w świątyni!

Zbiegło się ponad dwustu mieszkańców Doliny. Jako ostatni pojawili się Starsi.

– Co to jest, u licha?!

– Koń?! Co tu robi koń?!

– Skąd on się wziął?!

– To zły znak.

– Jak koń trojański…

– Spalmy go!

– Tak, spalmy go! Nie wiadomo, co to za czort!

– Spa-lić-ko-nia-spa-lić-ko-nia-spa-lić-ko-nia! – skandował rozjuszony tłum.

– Ludzie, przestańcie! – krzyknął w końcu ktoś ze Starszyzny, krępy, niski brodaty starzec. – Na razie obserwujmy go. Może ktoś lub coś jest w środku?!

Mieszkańcy struchleli. Zapadła cisza.

– Rozstawimy straże. – Staruszek podrapał się po brodzie i uniósł ku niebu dłoń z rozczapierzonymi palcami. – Pięciu ludzi co noc. Kto się zgłasza?

Pod czujnym okiem mieszkańców Cienistej Doliny upłynęły dwa dni, a trzeci właśnie dogasał.

Zmierzch skradał się cicho jak polujący wąż. Oni także. Dziesięciu Krańczyków wciągnęło na wzgórze wielki wóz z sianem i wepchnęło go pod brzuch konia. Kilku zablokowało koła kamieniami. Wszyscy pozostali mieli pochodnie w rękach i równie jednoznaczne zamiary.

 

W osadzie Dareta

Wieczorem Daretczycy, którzy już po raz czwarty przeszli z Limem przez las, już od pół godziny w milczeniu wpatrywali się w ogień pochłaniający drewnianego konia. Stali w bezruchu pod drzewami, twarzami zwróceni w stronę swojego oceanu.

Płomienie pojawiły się znikąd.

Najpierw pieściły brzuch, ogon, przednie nogi i grzywę zwierzęcia. W końcu zaiskrzyły kopyta. Zwierzę zatrzęsło się i upadło na rozgrzany pysk, aby konać jeszcze przez kilka godzin w bezgłośnych mękach i zostawić po sobie jedynie kupkę popiołu i trochę metalu.

Nadeszła zwyczajna noc, rozjaśniona ogryzkiem księżyca i gwiazdami.

Na ramieniu Lima zawisł płócienny worek z kilkoma jego osobistymi rzeczami. Mężczyzna stanął na skraju przepaści i spojrzał na ocean. Granatowozielone fale z impetem kopały pionową skalną ścianę.

Nagle odwrócił się i spokojnie powiódł wzrokiem po twarzach zgromadzonych już wokół niego Daretczyków.

– Żegnajcie… Wybaczcie, że nie potrafię żyć tu z wami… – Znowu spojrzał na Atlę i już miał uczynić krok w przepaść, gdy Piro złapał go za rękę.

– Stój! Poczekaj! To nie tak. Tam już nie ma nic. Tam jest tylko pustać. Tego oceanu też nie ma. Gdy łowimy ryby, ocean jest jak najbardziej realny, ale jeśli chcemy poczuć go, znika jak deszcz wsiąkający w ziemię. Chcesz dowodu, zejdź niżej tą ścieżką… – Palcem wskazał kierunek. – No i spróbuj dotknąć fal. Fal nie ma. Wody nie ma. Dotkniesz pustki. Ten ocean to iluzja.

Lim spojrzał z niedowierzaniem na białogłowego.

– Nie zatrzymamy cię – ciągnął dalej starzec, wypuszczając z uścisku ramię Lima. – Nie jesteśmy w stanie tego zrobić. Możesz wybrać pustkę albo zostać tu, w limbusie.

– W limbusie?! – parsknął Lim. – Cóż ty mówisz, starcze?

Piro spuścił głowę, przez chwilę milczał.

– Dareta to limbus, coś jak czyściec, otchłań, miejsce dla pokutujących żywych trupów. – W słowach białogłowego zafurkotał gorzki żal.  – Dla umarłych, którzy rękami i nogami wzbraniają się przed śmiercią swojego mózgu. Dla wszystkich ze zbolałą duszą.

– Czemu wcześniej mi tego nie powiedziałeś? Czemu to ukrywaliście?!

Lim znowu obrzucił wzrokiem Daretczyków, ich twarze przyoblekał smutek. Powoli jeden po drugim odwracali się od niego i starca i ruszali w stronę lasu.

– Przekroczyłeś granicę Cienia z własnej woli – ciągnął Piro – ale to nie oznacza, że możesz zrobić to ponownie, w dodatku w drugą stronę. Nie masz innego wyjścia, twoja droga z Kra była jednokierunkowa. Dowód potrzebny był wyłącznie tobie. My, Daretczycy, wiemy, kim jesteśmy i gdzie jesteśmy. Teraz i ty wiesz. Kiedyś i ja się dziwiłem. Dlaczego właśnie ja? Dlaczego właśnie tu? Potem zrozumiałem, że limbus stał się bardzo żarłoczny, wciąga również ochrzczonych i zrozpaczonych, nawet tych o czystych duszach. Przyciąga po prostu wszystkich udręczonych. A dusza jest udręczona, gdy ignoruje Boga. Ona za karę nie umiera, a ciało jest skazane na wieczne zaczynanie od nowa. Wasz lęk był uzasadniony. Limbus rośnie. Ten Cień wychodzący z lasu to dym z jego komina. Z komina otchłani. Dym, mgła, cień, wszystko jedno, jak to nazwiemy, wychodzi spoza świata żywych, aby mamić tych po drugiej stronie. My nazwaliśmy swoje księstwo Daretą, a Bóg tylko wie, ile takich Daret istnieje w całym limbusie…

– A wmawiałeś mi, że gadam banialuki o Cieniu! – Lim podniósł głos. – Krańczycy mieli rację, mieli się czego obawiać! Kra jest dobra i zdrowa, niejeden z nich miałby szansę na Niebo, prawda? Tymczasem Dareta jest chyba jak robak w zdrowym owocu!

– Zbyt ostra ta opinia – Piro pokręcił przecząco głową. – Wprowadzałem cię w błąd dla twojego dobra. Bo wierzę, że Bóg, ofiarowując nam drugie życie tu, w Darecie, daje nam jakąś szansę. Jaką, sami musimy odkryć. Ja o swojej pojęcia jeszcze nie mam. Czasem odnoszę wrażenie, że nasz limbus przypomina dom, a my wszyscy stoimy w tym domu przy gigantycznym otwartym oknie. Ty dostałeś się tutaj właśnie przez takie okno. Dareta za długo stała w jednym miejscu.

– To wy wędrujecie?

– Tak, limbus nie może stać zbyt długo w jednym miejscu. Ale, niestety, nigdy nie wiemy, kiedy „długo” znaczy „za długo”. Czasem popełniamy grzech lenistwa, otchłań wciąga kogoś, kogo nie powinna. Cień, ten dym z Otchłani, płoży się raz szybciej, raz wolniej. Nie mamy na niego wpływu.

– A gdzie ci wszyscy z Kra, których znałem, a którzy weszli do lasu i nie wrócili?!

– Nic o nich nie wiem. Nie wyszli z lasu. Przez ostatnie dziesięć lat tylko ty go pokonałeś.

– Ale czy będę jedyny?

– Prawdopodobnie tak. Tylko Rada wie, że limbus stwarza zagrożenie dla żywych, inni idą za Radą niczym ślepcy za głosem. Możemy tylko pewnego dnia zostawić Cień tam, gdzie jest, i pójść dalej. I teraz nadszedł ten czas. Znowu ruszymy w drogę. Cała Dareta musi porzucić swoje domy i pola i po raz kolejny podjąć syzyfowe prace. I ty razem z nami, jeśli tylko zechcesz. Tam, gdzie zaczniemy od nowa, znowu pojawi się dym, ale zanim się rozrośnie, minie trochę czasu. Potrząsnąłeś naszą krainą, ale nie mamy ci tego za złe. Co jakiś czas to się zdarza. I właśnie wtedy Daretczycy ruszają szukać równowagi między światami. Jakiegoś miejsca, gdzie przez kilkanaście czy kilkadziesiąt lat będą mogli spokojnie żyć pomiędzy światami.

Piro pochylił głowę, dając tym samym znak, że zakończył rozmowę. Odszedł.

Lim jeszcze długo jak zahipnotyzowany wpatrywał się w ciemną oceaniczną głębię, której ponoć tak naprawdę nie było. Wspominał swoją Jurę. Tak bardzo teraz za nią zatęsknił, że aż w piersi go zabolało.

– Raz kozie śmierć, poszukam jej – szepnął i postąpił naprzód.

Zniknął w oceanicznym niebycie.

 

W księstwie Kra

Nazajutrz, jak co rano, mieszkańcy Cienistej Doliny wyszli z domów, aby jak zwykle podejrzeć Cień i obejrzeć pogorzelisko. Stanęli oniemiali, nieufni, przyglądając się przyleśnym łąkom.

Już go nie było.

Cień rozpuścił się jak miód w kubku gorącego mleka.

Ale choć krańczyckie lęki obróciły się w perzynę, Kra nie zwariowała z radości.

Mieszkańcy poczuli się dziwnie. Jakby coś stracili.

Uśmiechy spełzły do traw.


Komentarze