AUTOR: WOJCIECH WIERCIOCH
MISTERIUM SAMOTNOŚCI
Kim był Henri-Frédéric
Amiel? Wykładowcą filozofii, autorem przeciętnych wierszy i rozpraw,
samotnikiem prowadzącym wyjątkowo jednostajne życie. Był introwertykiem
bezskutecznie szukającym miejsca w obcej mu rzeczywistości – „profesorem bez
powołania, filozofem bez doktryny, zakochanym bez kochanki, poetą pozbawionym
liry, pisarzem wyzutym ze stylu, estetykiem o ciasnym zmyśle artystycznym,
idealistą bez gwiazdy i wierzącym bez Boga” (Charles Du Bos).
Paradoks
Amiela: autor męczył się myślą o swej bezpłodności literackiej, a napisał
monumentalne dzieło (17 000 stron!) – arcydzieło introspekcji. Celnie
charakteryzuje go Maria Janion: „Podkreślano niejednokrotnie, że Amiel w końcu
– poza Dziennikiem – niczym innym się nie zajmował. Nawet własnym
życiem. Wszystko przerobił na dziennik. Miał napisać wielkie Dzieło literackie
– zrezygnował. Miał się ożenić i wydać na świat potomka – zrezygnował. Ciągle
się przygotowywał do czegoś, co nie miało się dokonać”.
Życie
praktyczne fascynowało go – zwłaszcza w formie impresyjnych marzeń; zawsze
jednak wycofywał się w życie teoretyczne – sferę giętką i rozległą, poddającą
się psychologicznej analizie i metafizycznej syntezie. Czas płynął i gubił się
– jednocześnie powracając pod postacią dziennika, stającego się rodzajem
rekompensaty za postępującą utratę życia. Nasuwa się tu jednoznacznie
skojarzenie z Proustem i jego arcydziełem – podróżą W poszukiwaniu
straconego czasu...
Amiel
wiódł – pozornie – życie jednowymiarowe, monotonne, spokojne; był postacią „bez
biografii”. Jego egzystencja płynęła – jak nizinna rzeka – cicho, powoli; nie
krzyczała szaleństwem wodospadów, meandrów... ale też nie znikała w piaskach
pustyni... Ten wyjątkowo monolityczny i monochromatyczny charakter miał jednak
swoje wiry, wciągające w tajemnicze głębiny. „Kiedy myślę o wszelkiego rodzaju
intuicjach dokonanych przeze mnie, wydaje mi się, żem przeżył wiele
dziesiątków, a nawet setek istnień. Odtwarzam sobie z łatwością myślowo każdą
osobistość charakterystyczną, lub raczej ona to chwilowo kształtuje mnie na
swój obraz i podobieństwo, tak że dla zrozumienia tego nowego upostaciowania
istoty ludzkiej wystarcza mi żyć i obserwować, jak żyję i czuję ja sam w danej
chwili. W ten to sposób byłem już matematykiem, uczonym, erudytą, mnichem,
dzieckiem, matką itp.” – pisał genialny introspektor. Czuł się kameleonem,
kalejdoskopem, Proteuszem podlegającym wszelkiego rodzaju modyfikacjom i
transformacjom.
Amiel
był outsiderem: człowiekiem stojącym na uboczu i obserwującym życie „przez
dziurę w ścianie”. Wpatrując się we własne ja – sięgał wzrokiem głębiej
i dalej niż jego otoczenie; miał więc poczucie obcości i nierzeczywistości.
Przebłysk siły, wynikający z kontaktu z rzeczywistością transcendentną, dał mu
świadomość istnienia nowych, odmiennych stanów świadomości, pojawiających się w
sytuacjach granicznych – chwilach uczuciowego napięcia. Te uczucia były dla
niego pasmem udręczeń i ukojeń, z których wyrastają prawdziwe, rozstrzygające
wybory. Amiel czuł się niezdolny do działania, do sprawnego podejmowania
decyzji – a przecież postanowienie, by roztrząsać i zapisywać stany duszy, było
radykalnym, decydującym wyborem. „Wyboru tego dokonywają w nas nasze uczucia
najbardziej wybitne i najsilniej rozwinięte. One to stanowią coś w rodzaju
centrów krystalizacji, coś w rodzaju stałych punktów, naokoło których grupują
się i skupiają inne, bardziej bierne pierwiastki naszej świadomości, a więc
przede wszystkim pierwiastki czysto poznawcze. Jeżeli jednak uczuć takich,
które mogłyby odegrać rolę centrów skupienia, jest zbyt wiele i jeżeli są one
zbyt różnorodne – wszelki wybór, wszelka organizacja stała naszych poglądów
staje się rzeczą niemożliwą” (Stanisław Brzozowski). Umysł szwajcarskiego
myśliciela oscylował więc między stanami ekstremalnymi: ekstazą i apatią.
Ekstaza stymulowała jego pragnienia, apatia graniczyła z rezygnacją, skrajną
depresją i dezintegracją. Takie stany ducha mogą degradować charakter – mogą
też stymulować rozwój osobowości. Ernst Kretschmer w swojej pracy Ludzie
genialni wyraził opinię, że u jednostek wybitnych występują z reguły
elementy psychopatologiczne, które – gdy zostaną zintegrowane na wyższym
poziomie – dynamizują potencjał twórczy (por. Cesare Lombroso, Geniusz i
obłąkanie).
O
jednostkach zdezintegrowanych pozytywnie pisał Kazimierz Dąbrowski: „Są oni
często niezupełnie przystosowani do zwykłej rzeczywistości albo nawet wyraźnie
do niej nie przystosowani. Wahają się, są często skrępowani, bojaźliwi,
zahamowani, w różnych sytuacjach pełni refleksji, nie decydują się łatwo na
działanie lub – jeśli się decydują – nie ma to ich działanie nic wspólnego z
przemyślaną strategią, jest jedynie dążeniem do wytkniętego celu. W rezultacie
jednostki takie napotykają różne trudności, przeżywają konflikty wewnętrzne, są
narażone często na niepowodzenia życiowe, przeżywają smutek, depresję i liczne
stany lękowe. Cechy te potęgują się często u ludzi zdolnych, u ludzi wybitnych.
Może świadczyć o tym zachowanie i postępowanie większości wielkich poetów,
malarzy, rzeźbiarzy, dramaturgów, aktorów, muzyków, a także wielkich uczonych o
szerokich zainteresowaniach, którzy są często uważani przez społeczeństwo za
dziwaków. Skupieni zwykle na jednym czy kilku terenach działania, wykazują
jednocześnie brak przystosowania się do spraw życia codziennego, brak
przystosowania społecznego. Są często «niezgrabni» psychicznie, nawet
fizycznie, zapominają w wielu rzeczach praktycznych, pochłonięci sprawami dla
nich ważnymi i absorbującymi ich całkowicie. Są to osoby, które przebywają w
innych rzeczywistościach aniżeli my wszyscy, są one pochłonięte przeżywaniem
twórczym w innych niż ogół wymiarach, przywiązują dużą wagę do słów, do marzeń,
do pomysłów często uważanych za dziwaczne. Są to ludzie o ogromnej wrażliwości,
którym rzeczywistość nie przedstawia się tak jak nam – jest ona zazwyczaj
szeroka i wielopoziomowa, bogata i twórcza. Mają mnóstwo pomysłów
przetwarzających tę rzeczywistość zgodnie z ich różnymi formami wrażliwości,
formami potencjału rozwojowego. Swoją innością, swoją dziwacznością narażają
się na trudności natury społecznej, rozluźniają więzi z otoczeniem. Zamykają
się w świecie własnych przeżyć i pomysłów, nawiązują kontakt tylko z wybraną
grupą osób, której nie rażą swym zachowaniem, która rozumie ich potrzeby i
dążenia”.
Amiel
był mistrzem introspekcji, autoanalizy... Introspektor – to ktoś, kto spogląda
w głąb, starając się zrozumieć samego siebie. Oczekuje objawienia – nagłego
wglądu w istotę życia. Potrafi także wykorzystywać małe, codzienne olśnienia,
krople jasności. Oscylacje między nastrojami maniakalnymi a przypływami
przygnębienia poszerzają zakres jego doświadczeń i dają świadomość, że nawet
banalne zdarzenia mogą zawierać głębokie prawdy. Burzliwe życie wewnętrzne –
pełne radości i cierpień – może stanowić podłoże oryginalnych, olśniewających
wizji, spostrzeżeń i wniosków. Nawet największa klęska może być początkiem
odrodzenia, transformacji. Wirginia Woolf pisała, że „w najgorszym dołku
psychicznym jest się najbliżej prawdziwej wizji świata”.
Żeby
doświadczenia – pozytywne i negatywne – ułożyły się w spójny światopogląd,
muszą być uporządkowane, przemyślane, zapisane. Huragan bodźców osłabia naszą
zdolność myślenia, słuchania, odczuwania – rodzi niepokój i dezintegracyjny
lęk. Pisanie dziennika może więc być próbą zapanowania nad chaosem. Zapisywanie
doświadczeń harmonizuje stany umysłu. Dziennik może być wyzwaniem, sprawdzianem
– ćwiczeniem duchowym.
Michel
Foucault twierdzi, że pisanie można traktować – obok ascezy,
rozpamiętywania, rachunku sumienia, medytacji, milczenia – jako pracę nad samym
sobą. Pisanie jest rozmyślaniem, a więc ćwiczeniem myśli. „Hypomneumata w
sensie technicznym to księgi rachunkowe, rejestry publiczne, zapiski prywatne
służące do utrwalania rzeczy ulotnych. Używanie ich jako przewodników duchowych
było, jak się zdaje, stałą praktyką ludzi wykształconych. Zapisywano w nich
cytaty, fragmenty dzieł, przykłady i opisy zdarzeń, których było się świadkiem
lub o których czytano, refleksje i przemyślenia, które usłyszano lub które
właśnie przyszły komuś do głowy” (M. Foucault). Hypomneumata tworzą
materiał i ramy dla częstych ćwiczeń: wielokrotnej lektury, medytacji, spotkań
z samym sobą lub innymi. „Dlatego też nie powinny one spoczywać w studni
pamięci, lecz głęboko zapaść w duszę, «wyryte w niej», jak mówi Seneka, i w ten
sposób stać się częścią nas samych. Krótko mówiąc, dusza powinna nie tylko je
sobie przyswoić, ale się nimi stać” – twierdzi autor Szaleństwa i literatury.
Seneka
podkreślał, że „praktykowanie siebie” zakłada lekturę, gdyż nie wszystko można
wyciągnąć z zasobów własnego umysłu. Nie należy jednak oddzielać czytania od
pisania. Nadmiar lektury rozprasza. „Przechodząc bez przerwy od jednej książki
do drugiej, nie zatrzymując się ani przez chwilę i nie wracając do ula z porcją
zebranego przez siebie nektaru, w konsekwencji zaś nie prowadząc notatek i nie
gromadząc w skarbcu materiału do dalszej lektury, nic na nich nie skorzystamy,
zagubimy się w labiryncie myśli i w końcu stracimy z oczu samych siebie.
Pisanie, rozumiane jako sposób gromadzenia efektów lektury i skupiania się na
sobie samym, jest ćwiczeniem rozumu, wymierzonym przeciwko wielkiej ułomności stultitia,
którą zdaje się faworyzować lektura bez granic. Stultitia definiuje się
przez pobudzenie umysłu, niestałość uwagi, zmienność opinii i zamiarów i w
konsekwencji słabość w obliczu możliwych zdarzeń” (M. Foucault).
Pisanie
było dla Amiela psychoterapią i treningiem mądrości. Dziennik – forma bez formy
– utrwala bowiem mijający czas, umożliwia samorealizację, pozwala myśleć na papierze,
odkrywać prawdę o sobie i świecie. Im bogatsza osobowość piszącego, im
barwniejsze jego życie, tym ciekawsze zapiski – i tym więcej materiału
budującego i reorganizującego duszę czytelnika.
„Poeta
lub myśliciel są niezbywalnie samotni, a zarazem wystawieni na napór mnogich możliwości. Za progiem
milczenia rozpoczyna się zgiełk zarodkowych form i wola artykulacji” (George
Steiner). Słowa te znakomicie komentują stan ducha samotnego mędrca z Genewy.
Samotność
niejedno ma imię. Bywa samotność narzucona przez los, trudna, upokarzająca,
wyniszczająca, dusząca i jałowa. Zdarza się też samotność świadomie wybrana
(choć nieraz są to bolesne wybory), poszukująca prawdy i szczęścia, wypełniona
kontemplacją i medytacją, ascezą i modlitwą, błagająca Boga o twórcze upojenia
i ciche ekstazy.
Samotność
płynąca z wyboru może zaludniać się głosami z książek, upajać się legionami
cytatów i owocować wzruszającymi zapiskami. Dobrym przykładem jest tutaj Michał
Montaigne, który ze swej wieży uczynił sanktuarium płodnego odosobnienia.
Podczas swojej pracy nad Próbami, autobiograficznymi esejami, kiedy
pogrążał się w przygotowawczych lekturach i milczących polemikach, trzymał z
dala od siebie nawet najbliższe osoby. Charakterystyczne słowa padają w jego
księdze: „Trzeba sobie zachować jakiś zakamarek, wyłącznie nasz zupełnie wolny,
w którym byśmy pomieścili prawdziwą swobodę i uczynili zeń najmilszą samotnię i
ustroń. Tam trzeba się chronić na rozmowy z samym sobą, częste i stałe, i tak
poufne, aby żadne zbliżenia ani wpływy nie miały do nich przystępu; tam można
sobie gwarzyć i śmiać się swobodno, jak gdyby się nie miało żony ani dzieci,
ani dobytku, ani dworu i służby, i kiedy trafunkiem przygodzi się stracić
wszystko, aby, powiadam, nie było nam dziwne obejść się bez tego”.
W
takiej samotności tkwi naturalny arystokratyzm, odmowa przynależenia do
bezmyślnego tłumu. To właśnie odraza do profanum vulgus decyduje
o „świetności górskich szczytów”, właściwej dziedzictwu geniuszy myśli i słowa
(vide: Heraklit, Pascal, Kartezjusz, Spinoza, Schopenhauer, Nietzsche,
Kierkegaard, Wittgenstein, Elzenberg).
Istnieje samotność szczytów i samotność celi,
samotność rozległych horyzontów i nieznośnych ograniczeń. Żeby lepiej zrozumieć
gorzko-słodką samotność Amiela – porównajmy z nią z odosobnieniem innych
wybitnych twórców.
Fryderyk
Nietzsche przeżywał swoją alienację wśród alpejskich szczytów: na samotnych
wędrówkach – z notesem, w którym zapisywał swoje aforyzmy. Stany wielkiej
witalności przeplatały się u niego z okresami załamań i depresji. Jego
natchnione teksty rozpływały się w ciszy i całkowitej obojętności; w desperacji
nasłuchiwał jakichkolwiek oddźwięków. Rewelacyjne i rewolucyjne księgi szybko
szły na przemiał lub były zwracane autorowi (który sam opłacał ich druk). Gdy
nową publikację przyjęto z niemal całkowitym milczeniem – napisał: „Po tym
okrzyku, jakim był Zaratustra, okrzyku z głębin duszy, w odpowiedzi nie
usłyszałem najmarniejszego choćby pisku: nic, nic, tylko bezgłośna samotność
pomnożona tysiąckroć; jest w tym coś przeraźliwego, niepojętego, nawet
najzdrowszą osobę mogłoby to powalić, a ja wszak nie należę do tych
najzdrowszych. Od tego czasu mam wrażenie, że błąkam się pośród śmiertelnie
rannych i dziw to istotnie, że jeszcze żyję”. Wiedział jednak zarazem, że
właśnie owa izolacja jest źródłem i dowodem jego wyjątkowej pozycji...
Marcel
Proust mocował się z samotnością, która miała przyczyny somatyczne
(zaawansowana astma) i psychiczne (heroiczne próby utrwalenia odchodzącej w
niebyt egzystencji). W hermetycznej, zadymionej kryjówce Proust wysnuł z siebie
tłumne towarzystwo, miasto myśli, uczuć i wrażeń. Mocą podświadomej księgowości
(podobną prowadził Kierkegaard) genialny prozaik zespolił swe życie cielesne z
życiem magnum opus – i oba dobiegły kresu w tym samym momencie...
Dlaczego
Nietzsche nie miał czytelników? Dlaczego wydawcy odsyłali Proustowi (niekiedy
bez przeczytania) rękopis arcydzieła? Dlaczego Kierkegaard zdychał z lęku i
głodu (bo cały majątek przeznaczył na wydanie własnych dzieł)? Dlaczego Amiel
pisał „sobie a muzom”?
Skąd
bierze się okrutna samotność geniuszy? „Owa radykalna samotność w jamach
własnej psychiki może mieć aspekt cielesny, duchowy, społeczny, a wyrastać może
z niewczesności – równie dobrze można powiedzieć: oryginalności dzieła bądź
koncepcji. «Na zewnątrz» nie ma nikogo, kto potrafiłby rozpoznać novum
narzędzi ekspresji, filozoficznego przesłania, stylu czy logiki, żadne echo nie
odpowiada na impet wypowiedzi (na nowatorski głos z twórczych głębin) i jest
tylko milczenie albo drwina, chociaż nieuchronnie jest też zawsze «skryty
powiernik», inna osoba, która może ukoić lub wyzwolić strach, a czasami i
jedno, i drugie. W istocie ukojenie i strach są od siebie nieodłączne jak w
nocnych rozmyślaniach Pascala czy w Elegiach duinejskich Rilkiego
(arcydzieło współczesnej samotności ontologicznej)” – wyjaśnia G. Steiner.
Dzisiaj
Amiel jest klasykiem, mistrzem w swoim gatunku. Jawi się nam jako wtajemniczony
mistyk, wybitny analityk duszy, wnikliwy obserwator życia społecznego i wyrafinowany
nauczyciel mądrości. Jednak gdy żył – uchodził za zdziwaczałego odludka,
przewrażliwionego neurotyka, zdeformowanego frajera, aseksualnego grafomana,
zbzikowanego cudaka i faceta bez jaj. Do swojej inności potrafił podchodzić
jednak z pogodnym dystansem i stoickim spokojem: „Sceptycyzm jest może
najrozumniejszym stanowiskiem, ale wyzwalając nas od błędu, zabija on życie.
Dojrzałość umysłu polega, być może, na tym, ażeby dobrowolnie brać udział w
przymusowej grze życia, zachowując pozory kogoś, co grę tę traktuje poważnie.
Taka dobrowolna rezygnacja, uzupełniona przez lekki uśmiech ironii, zachowuje
nam przynajmniej pozory swobody... Kto wpadł już w potrzask życia, powinien los
swój znosić pogodnie; opór nie prowadzi do niczego, co najwyżej – do szaleństwa,
jeżeli już odmawiamy sobie samobójstwa. Rezygnacja pełna pokory – czyli
stanowisko religii – lub też pogodne rozczarowanie z pewną domieszką ironii –
oto jedyne dwa wyjścia”.
Amiel
wydawał zbiory aforyzmów (przeciętne), które nie przyniosły mu sławy. Większość
z tysięcy stron Dziennika intymnego zawiera przegadane rozważania,
sentymentalne roztkliwiania nad sobą, ględzenia starego kawalera, czułostkowe
marzenia i nudne wspomnienia. Ale... Ale setki stron – to genialne minieseje i
aforyzmy: przenikliwe refleksje, liryczne perełki, błyskotliwe paradoksy,
oryginalne konstatacje, zniewalające prowokacje i wzruszające wyznania...
Wojciech Wiercioch
Kraków, kwiecień
2005 r.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
NIECH ŻYJE KULTURA I ETYKA SŁOWA!