Opowiadanie opublikowane niedawno w "Nihil Novi" (red. nacz. Stanisław Chyczyński)
TARTACZNIK
Ubi
onus, ibi sonus
[Gdzie
ciężar, tam jęk]
Gniewko lubił
podsłuchiwać.
Znajdował w
tym i przyjemność, i szczyptę adrenaliny.
Ten niewysoki
muskularny mężczyzna, kawaler, miał czterdzieści lat, oczy czarne jak smoła i
wiecznie zaciśnięte usta. Ktoś mógłby rzec, że doskwiera mu szczękościsk, ale
byłby w błędzie. Gniewko nie lubił otwierać ust bez konkretnego powodu. A tym
konkretnym powodem było picie, jedzenie, mycie zębów i przyjmowanie
Eucharystii. Taką już miał manierę i nie obchodziło go zdanie innych w tej
kwestii, ignorował wszystkich, którzy chcieli go zmienić, pociągnąć za język,
by w końcu – jak mówili – dla swojego dobra komuś się wygadał. Bo jeśli się
człowiek komuś zwierzy, wszystko się zmienia, nawet powietrze. Gniewko jednak
nigdy nie dał się ani wodzić za nos, ani ciągnąć za język. Lubił wprawdzie
słuchać ludzi, ale z nimi nie rozmawiał. Nie widział w tym sensu. Po śmierci
Moniki, kobiety, którą kochał nad życie, nie potrafił już cieszyć się żadnym
dniem i żadną nocą, wiódł życie prawie pustelnicze. Był sobie dla siebie i
powietrzem, i ziemią, i ogniem, i wodą. Gdy mu było źle, lał wodę na swój
ogień, gdy mu było dobrze, unosił się z wiatrem nad ziemią. Ale z czegoś żyć
musiał, więc już od szesnastu lat pracował jako tartacznik. W tartaku zwykle
sterował żurawiem lub wciągarką bębnową przy mygłowaniu i rozmygłowaniu
surowca, ale bywało też, że ciął drewno pilarką łańcuchową. Praca ta, mimo
używania nauszników przeciwhałasowych, nie służyła mu. Po ośmiu godzinach warkotu
i turkotu potrzebował jedynie ciszy.
Prawdziwą
ciszę odnalazł jednak w Bogu, w Jego świątyni. Pomógł mu w tym ksiądz Bożydar,
otwierając przed nim swoją bibliotekę, za co Gniewko odwdzięczył mu się, robiąc
co kilka dni porządek w kościele. Pewnego dnia Gniewko przestał czytał, zaczął
pisać. Pisał wieczorami i nocami. Stos zapisanych kartek A4 rósł w
zastraszającym tempie. Gniewko nie wiedział, co z tym począć, komu to pokazać,
więc machnął ręką i pisał dalej. I wciąż chodził do kościoła, by spotkać się z
Bogiem i podsłuchać ludzi.
Odkurzył
właśnie dywan przed ołtarzem i wyniósł odkurzacz do magazynu przy zakrystii. Jeszcze
miał błoto spod chóru pozamiatać, bo ktoś naniósł wczoraj. To była ostatnia
czynność, jaką miał dziś wykonać przed wieczorną mszą świętą. Wkrótce mieli się
zjawić kościelny i ksiądz Bożydar. Gniewko pomyślał, że zanim nałoży na siebie
komżę, by później, podczas liturgii usługiwać księdzu, zdąży sobie puścić dymka.
Już nacisnął mosiężną klamkę i już wychodził z kościoła bocznymi dębowymi
drzwiami, gdy nagle zobaczył panią Wandę, żonę wójta, i jakąś szesnasto- czy
siedemnastoletnią ładną blondynkę. Siedziały tuż obok wejścia, na ławeczce pod
lipą. Gniewko cofnął się szybko do przedsionka kościoła, zostawiając drzwi
lekko podchylone, i nadstawił uszu.
– A ty,
dziecko, coś taka markotna? I łezka się w oku kręci? Dobrze, że do Pana Boga
przyszłaś, dobrze. On pomoże.
Dziewczyna
mówiła cicho, Gniewko jej nie słyszał.
– Nie
wchodzisz? Drzwi już uchylone, można wejść. No tak, do mszy jeszcze ze dwa
kwadranse, za wcześnie. Ja też sobie usiądę. Pusto pewnie w kościele, na te
wieczorne w środku tygodnia to mało kto chodzi. Ciebie nie widziałam, stąd to
chyba nie jesteś, ja tu wszystkich znam. Z miasta pewnie przyjechałaś, prawda?
Do gimnazjum już chodzisz, tak? Na podstawówkę to za duża jesteś. Młoda
panienka, życie przed nią, a popłakuje smutna pod kościołem! Ty jeszcze,
dziecko, problemów nie masz, tak, tak, wierz mi, problemy dopiero się zaczną.
Nie żebym ci życzyła kłopotów, nie, absolutnie nie życzę, ale życie, jak to
mówią, usłane różami, co to kłują, ile wlezie… Pięknie dziś, prawda? Ale na
jutro to już deszcze zapowiadali.. Tak, tak… Widziałaś tego tam, co z kościoła
przed chwilą wyszedł? Rafałek. Syn Marioli, co to w naszym sklepie pracuje.
Chudy jak niteczka, studencik, on to dopiero chodzi naburmuszony, jakby go tymi
różami pokłuli. Oj, życie to nie przelewki! Co to za dzień paskudny Rafałek ma
dzisiaj, żeby tak w środku tygodnia do kościoła zachodzić?! Boga przyszedł
prosić o coś, na pewno! Ale nie myśl, że egzaminów nie zdał i poprawiać musi!
Nie, nie, wiem od Mariolki, że najlepszy jest, prymus taki, że marzenie, a cudak
tak zdolny, że ministrem może zostanie, Mariola mi biadoliła, że pobił jakiegoś
Jędrka, o dziewczynę się pobił, Maję jakąś tam… Maja… Piękne imię… Zakochał się
tragicznie, bidula, nieboraczek, a ja jej mówię, że to jest właśnie szczęście,
że ta Maja tego Jędrka wybrała, bo po co Rafałkowi teraz jakaś panna, nauką
trzeba się zająć, pracę znaleźć, dom zbudować, drzewo zasadzić, a Mariola się
boi, oj, boi się bardzo, bo na jego komputerze podpatrzyła, że on nie tylko
wiersze Grochowiaka czyta! Ja ze szkoły pamiętam, że Grochowiak o jakiejś
płonącej żyrafie i mięsie pisał, nic przyjemnego ci powiem, a Rafałka to może
do kobiecego mięsa ciągnie, pomiędlić by chciał, a tu Maja kuku zrobiła! I
zioła go dziwne zainteresowały, nie takie zwyczajne, tylko trujące, takie, co
to śmierć niosą, no i ona się boi, że Rafał o trupach czyta i że mu coś
głupiego do głowy przyjdzie… A pilnować go stale nie może, bo przecież wyjeżdża
taki w niedzielę do wielkiego miasta, do akademika, gdzie, jak wszyscy mówią, w
każdym kącie rozpusta – a piekło już czeka na nich, nie będą mieli się gdzie
schować – i w piątek wraca, i w niedzielę znów jedzie, i czasem w ogóle nie
wraca. Skaranie boskie z tymi studentami, natura zmącona, ale jedno ci powiem,
dziecko, każdy bunt przemija, ale jak się komuś dusza wyrywa, to już jest
inaczej, już po nim, nic mu nie pomoże. Kiedyś rozwiązaniem byłby pas na dupę,
a dziś? Teraz to młody człowiek ma drogę do piekła prościutką jak od linijki.
Nie mówię, że ty, panienko, nie, nie, inni. A jak ci na imię? Danusia, no,
ładnie. Piękne imię. A rodzice żyją? To dobrze, że żyją, dobrze, dziecko
powinno mieć i ojca, i matkę jak najdłużej. Ile tu już siedzisz, Danusiu?
Lepiej wróć już do domu, bo martwić się będą.
Nagle Gniewko
usłyszał, że dziewczyna się rozpłakała.
– Matko
Przenajświętsza, co tak ryczysz, dziewczyno? Weź, smarknij do chusteczki i
powiedz. Razem coś zaradzimy, co dwie głowy to nie jedna. No, nie rycz już,
mała, nie rycz, nie chcesz wracać, to siedź… A co, w domu niedobrze? No tak,
niedobrze, nigdzie łatwo nie jest. Biją cię tam, jeść nie dają? Nie chcesz, to
nie mów, ale na twojej ręce to ja już widziałam siniaka. Dziwnie kiwasz tą
głową, ale chyba biją, a to naprawdę niedobrze. Tak żyć dalej się nie da, z tym
coś trzeba zrobić, na policję zgłosić czy jak. Nie? Ojciec policjant?! Jezus
Maria! No to ci powiem, że nic tylko się utopić, ja bym się utopiła, bo kto by
mi uwierzył, jakbym tak na ojca policjanta doniosła!? Wszyscy święci boży, co
ja wygaduję?! Nie ty, dziecko, ty tego nie rób, trzeba pomyśleć, jak to
rozwiązać. Bije, bo pije, aha, nie dość, że policjant, to jeszcze pijak. A
pije, bo co? Znalazł sobie jakiś pretekst? Bo lubi? No proszę, to jest właśnie
najgorsze w moczymordach, lubią i nie chcą przestać lubić, już cię nie biją za
przesoloną zupę, za ziemniaki rozgotowane, za kopnięte pod łóżko pantofle, to
już przeżytek, teraz biją, bo bić lubią… O, choćby taki Florek! Biedaczysko.
Tak go ojciec bił, że chłopak ogłupiał, coś mu nie styka w głowie, włóczy się
po wsi i tylko kotów szuka, a palcem w domu nie kiwnie. I na co to było
staremu? Teraz już Florek w niczym nie pomoże, nauczył się uciekać od ojca, no
i zamiast za babami, to za kotami lata. Zupełnie postrzelony, kaleka taka
życiowa, a jak kogoś zobaczy, o złotówkę prosi. Śmieją się z niego młodzi, a
zdarza się, że i pobiją, a człowiek z nim w ogóle nie pogada. Nie da się ze
wszystkim, nie! Rano poszłam do sąsiadki na kawę, zawsze z nią gadam, jak mnie
coś gryzie, i tak mną u niej wytrzęsło, jakby mnie do pralki kto włożył! Ale ta
Maryśka mnie wkurzyła! Kłapie jęzorem, ile wlezie. Wszyscy we wsi wiedzą, jaka
z niej plotkara, ale lubić da się, nie powiem, życzliwa taka i uczciwa, niech
jej Bóg wybaczy całe to gadanie. Połóż się tu, Wandziu, mówi, o tu, i pokazuje
ten swój twardy jak kamień tapczan, i dalej nawija jak ta katarynka Prusa, kapę
czystą dziś narzuciłam, ale to nic. A co? Ja to niby brudas jakiś czy co?! I
stuka tymi swoimi obcasami, bo po domu w butach chodzi, i stuka prosto do kuchni,
i trzaska drzwiczkami szafki, i woła: NervoCalmu ci zaraz przyniosę, połkniesz
trzy tabletki i zaraz będzie dobrze. Żeby niby jak? Mnie ma pomóc ta kapeczka
melisy lekarskiej, kapeczka szyszek chmielu, kapeczka różeńca górskiego i
krzynka czegoś innego, co wypisali na opakowaniu? Niedoczekanie moje! Niech
sama łyka, leżeć też nie będę, bo nie uleżę. Potem rosołem mnie chciała napoić,
bo ja niby taka mizerotka jestem. A jak tu nie być?! Rogi mi Pyzdra przyprawia
już od roku, niech go Bóg skarze, niech go piekło pochłonie. Lamentuję jak nie
ja. Rzadko narzekam, bo właściwie na co się tu żalić, jak człowiek zdrowy?! No
i w końcu Marycha radzi, żeby go zostawić, uciec. Pytam ją, a z dziećmi co?
Ona, że z dziećmi uciec. To ja się pytam, a niby dokąd? Ona na to, żebym do
matki wróciła. Nie wytrzymałam i mówię jej: Maryśka, ty to już mnie nie
pouczaj, bo w takiej samej czarnej dupie jesteś jak ja. Ona pytluje dalej, że
Pyzdra nie pierwszy i nie ostatni, któremu się w głowie popieprzyło, że może mu
przejdzie, że czekać trzeba. Ale ile ja się już naczekałam, to Bóg tylko wie,
ile ja tą kurą w domu na życzenie byłam! Trzydzieści lat po ślubie przecież, na
studia nie poszłam, tylko brudy prałam, gotowałam, sprzątałam, dzieci chowałam,
kury oporządzałam. Na szczęście tylko kury mamy. I na co mi przyszło? Gdy go
wójtem zrobili, nawet się nie obejrzałam, a już na językach u ludzi byłam!
Żelazkiem po koszulach machałam, choć wcześniej koszule tylko w święta wkładał.
No i wciąż te spotkania, służbowe, mówił. Do tego pustego łba nie docierało, że
to nie wójt, a proboszcz trzęsie gminą, i niby wielką politykę zaczął Pyzdra
uprawiać, i zawsze jakąś wymówkę sobie znalazł, żebym tylko przy gospodarstwie
została. I ja ciągle przy tych garach stałam, i krochmaliłam, i rozwieszałam.
Pyzdra, mówiłam, ja to wszystko dla ciebie i dzieci robię, z miłości robię,
więc robić dalej będę, a ty mnie tylko kochaj, to dobrze będzie, a on mi na to,
że miłość to mu dawno z głowy wywietrzała, że jak obowiązki są, to trzeba
robić. Ciągle poza domem. Ale gdzieżbym tam myślała, że Pyzdra się szlajać
może! A Maryśka to jakaś ślepa chyba, bo jej Paweł to już od ślubu innych bab
szuka. Mnie też za dupę łapał i pchał do stodoły, do stu diabłów go posłałam, i
mówię jej to, niech wie, że jej też wcale święty nie jest, a ona mi w pysk
daje, jakbym jej w oczy kłamstwem jakimś rzuciła! Oddałam, a co?! Ale trochę
wstyd, że drugiego policzka nadstawić nie umiem, nerwowa zawsze byłam, a Pyzdra
przed ślubem mówił, że za to mnie kocha, że jestem jak klacz narowista i dzika.
A Maryśka wtedy w ryk, no i się zaczęło pomstowanie, ona na mnie, ja na nią, aż
w końcu za drzwi mnie wyrzuciła, kulawa krowa! Niech mi Bóg odpuści, w imię
Ojca i Syna. No, wstawać trzeba, ksiądz Bożydar zawsze punktualnie mszę
zaczyna.
Czas wyjść z
ukrycia, pomyślał Gniewko. Jego organizm domagał się nikotyny.
– No nie,
krucafiks! Ten znowu pewnie za drzwiami stał i słuchał, a przecież kościół ma
sprzątać, a nie ludzi podsłuchiwać! Już niejeden go przyłapał, jak tak stoi jak
ta żona Lota, co się obróciła w słup soli, i słucha, ale po co słucha, nikt nie
wie.
Głos pani
Wandy był już cichszy, ale nie na tyle, by go Gniewko nie słyszał. Płonąca
zapałka przypaliła papierosa. Tartacznik się zaciągnął.
– Patrz,
dziecko. To Gniewko, który nigdy się nie gniewa. Spokojny, cichy jak myszka. A
wiadomo, mysz w domu nie wadzi nikomu. Tylko te jego uszy wielkie jak u słonia.
Tu we wsi wszyscy go znają, bo kto by się w takiej dziupli osobno uchował…
Dziwny jakiś ten Gniewko, ale pecha ma od urodzenia, ojciec mu takie kolczaste
nazwisko zostawił, a potem rodzice poumierali, a że jego jednego mieli, to
teraz sam jeden mieszka, tam, pod lasem. Za to modli się ładnie od dziecka. Z
Bogiem na wojnę poszedł, gdy mu narzeczona na raka umarła. I studiów wtedy nie
skończył, i od miasta już się trzymał z daleka. Młody jeszcze, mógłby znaleźć
inną, ale pewnie nie chce. W tartaku pracuje, a po nocach książkę pisze.
Dziesięć lat już pisze. Po polach lubi się włóczyć, czasem jak na miedzy stanie,
to stoi godzinę i ani drgnie, a ludzie się śmieją, że robi za stracha na
wróble. Ale on się nie gniewa, w ogóle, spokojny taki, ale dziwaczny… A te jego
oczy ciągle za ludźmi wodzą, jakby ich chciał przewiercić na wylot, ale złego
słowa nigdy nie powie. Szanują go ludzie, choć dziwny. Przyjrzyj się mu,
dziecko, później, spójrz w te czarne, sama zrozumiesz. Oczy jakieś takie
wywrócone na drugą stronę… Aż człowieka ciarki przechodzą. Taki ten Gniewko
jakiś odwrócony, z Bogiem trzyma, ale Boga to chyba się nie boi, bo zamiast
zamiatać, uszy wystawia, tajemnice łowi, a przecież sprzątać trzeba, prawda? W
domu Bożym musi być czysto.
♦♦♦
Gniewko
kiwnął głową księdzu Bożydarowi, gdy ten wychodził po mszy świętej z kościoła.
Kiedy trzasnęły drzwi, zgasił świece na ołtarzu i przy tabernakulum, po czym
wszedł do zakrystii, aby wyłączyć światło bocznych lamp i dwóch żyrandoli.
Kościół zalała ciemność. Tylko przed tabernakulum paliła się wieczna lampa. Gniewko
założył czołówkę i włączył ją, następnie zamknął zakrystię na klucz.
Pobrzękując kluczami, ruszył do wyjścia. Światło jego latarki czołowej omiotło
kilka ostatnich ławek. Przez ułamek sekundy coś złapało, coś na posadzce za
ławką, i wypuściło. Gniewko zatrzymał się, zdezorientowany i trochę
przestraszony, i znowu skierował latarkę w tamto miejsce.
Coś tam
leżało.
Podszedł
ostrożnie bliżej.
Nie coś. Ktoś
leżał.
Następny
krok.
Blondynka…
Danusia…
Dziewczyna,
która wcześniej siedziała na ławce z panią Wandą.
No tak, była
na mszy świętej, widział ją, myślał, że dawno wyszła z kościoła. Musiała upaść
dopiero, gdy skończyło się nabożeństwo. Po wyjściu ludzi, bo przecież ktoś by
ją zauważył. Przed wyjściem księdza Bożydara. Gdyby siedziała w ławce w czasie,
gdy on opuszczał kościół, na pewno by ją zobaczył i podszedł do niej, zagaił
rozmowę.
Co się
stało?! Zemdlała? Jest chora?
Gniewko
zbliżył się prędko do dziewczyny leżącej na wznak, ukląkł i dotknął ramienia.
Przełamał się i otworzył usta.
– Danusiu… –
Z jego gardła wydostał się chrapliwy głos. Pewnie dlatego, że długo nie mówił.
Przełknął ślinę, odchrząknął, po czym znowu wypowiedział imię blondynki.
Nie
zareagowała.
Potrząsnął za
jej ramię, krzycząc, żeby się obudziła. Też nic. Prawie nic. Z dłoni dziewczyny
wypadła pusta fiolka po jakichś medycznych specyfikach.
– O kurwa!
Zażyła coś! – oświadczył nie wiadomo komu, czując jednocześnie, że jego serce
przyspieszyło.
Znowu kilka
razy wymówił jej imię. Odgarnął blond włosy i spojrzał na twarz. Nadal nic.
Wydawała się blada jak jakaś mara. Jakby jedną nogą była już po drugiej
stronie. Jakby tonęła już w jakichś odmętach.
Sprawdził
puls. Słabiutki. Skóra ciepła.
Przyłożył
ucho do ust. Cichy świst.
– Jezus
Maria, ona chyba umiera – szepnął do siebie. – Taka młoda, taka młoda…
Wyciągnął
szybko komórkę i wezwał pogotowie. Zerknął zegarek na ręce, dziewiętnasta
dwadzieścia. W głowie szeleściło pytanie, ile czasu zajmie ratownikom droga?
Czy zdążą?
Gniewko
wstaje jak z bicza strzelił i – szukając naprędce właściwego klucza w pęku –
biegnie do zakrystii, by włączyć światło w kościele. Po powrocie ponownie
sprawdza puls Danusi. Ledwo wyczuwalny. I oddech.
– Kurwa, nie
oddycha.
Nie ma
wyjścia, musi natychmiast reanimować. Klęka bokiem do klatki piersiowej
dziewczyny, lekko podciąga jej brodę do góry i zaczyna, licząc na głos.
Trzydzieści
uciśnięć, wdech.
Jego usta na
ustach nastolatki.
Lekki szok!
Czuje
obrzydliwą mieszankę jakichś medykamentów leczniczych i kwaszonej kapusty.
Drugi wdech.
Miękkość warg
Danusi przywołuje obraz Moniki, jej usta, uśmiech, piersi i pępek. Nagie ciało
rozpostarte na niebieskim prześcieradle, smakujące konwalią i trawą. Ekspresowo
odcina od siebie te myśli.
Trzydzieści
uciśnięć, dwa wdechy, trzydzieści uciśnięć, dwa wdechy, trzydzieści uciśnięć,
dwa wdechy, trzydzieści uciśnięć, dwa wdechy… Trzydzieści uciśnięć, dwa wdechy,
trzydzieści uciśnięć, dwa wdechy, trzydzieści uciśnięć, dwa wdechy, trzydzieści
uciśnięć, dwa wdechy…
Wycie koguta.
Jest erka! Nareszcie!
Trzydzieści
uciśnięć, dwa wdechy, trzydzieści uciśnięć, dwa wdechy, trzydzieści uciśnięć,
dwa wdechy… Trzydzieści uciśnięć, dwa wdechy, trzydzieści uciśnięć, dwa wdechy,
trzydzieści uciśnięć, dwa wdechy, trzydzieści uciśnięć, wdech…
Gniewko już
lekko sapie, czuje pot na czole i pod pachami.
– Oddychaj,
Danusia, oddychaj… – szepcze, roztrzęsiony.
Drugi wdech.
Kątem oka
widzi, że do kościoła wchodzą ratownicy i się rozglądają.
Bogu niech
będą dzięki!
– Tutaj! –
krzyczy do czerwonych koszulek i znowu zaczyna liczyć. – Jeden, dwa, trzy,
cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć…
– Przejmuję
po wdechu – woła jeden z nich. Drugi stawia obok torbę medyczną i skrzynkę
defibrylatora, wkłada rękawiczki ochronne. Wyjmuje z torby samorozprężalny
worek i czerwone opakowanie w kształcie gruszki, a z niego silikonową maskę
tlenową. Podpina ją do worka.
Gniewko liczy
dalej, do trzydziestu, po czym przesuwa się na kolanach w stronę głowy Danusi,
robiąc miejsce ratownikowi. Dociska usta do warg dziewczyny. Dwa razy, po czym
wstaje, zaciskając zęby. Ból w kolanach. Zaraz jednak go ignoruje i przygląda
się działaniom ratowników.
Ten, który
krzyknął, kontynuuje resuscytację. Gniewko nadal czuje niepokój. Ściska go Gdy
dolicza do trzydziestu, drugi ratownik przykłada do twarzy nastolatki maskę
tlenową. Naciska worek dwa racy i pochyla się nad twarzą dziewczyny.
– Jest
oddech! – krzyczy. – Lecimy!
Dwie czerwone
koszulki z napisem „RATOWNICTWO MEDYCZNE” podstawiają nosze. Jeszcze chwila i
Danusia pojedzie już w karetce.
Na zewnątrz
świat bodły promienie zachodzącego słońca. Oślepiły Gniewka na moment. Zamknął
kościół i od razu poczuł się fizycznie bardzo zmęczony. Za to lekki duchem.
Jakby wzleciał na iglicę wieży kościelnej i tam, smagany wiatrem, rozpostarł
ramiona, chcąc polecieć jeszcze wyżej. Wiedział, że zrobił, co musiał, i
najlepiej jak potrafił. Może dziewczyna się wyliże.
Wyciągnął z
kieszeni cienkiej kurtki paczkę LD, a z niej papierosa, przypalił i zaciągnął
się, obserwując kościelny dziedziniec. Spostrzegł księdza Bożydara, który
rozmawiał z jednym z ratowników, ale udał, że go nie widzi. Ratownik wsiadł za
kierownicę, trzasnęły tylne drzwi karetki. Ambulans ruszył.
Gniewko też. Minął wielką kałużę, która pozostała po wczorajszej ulewie, i wdepnął między pola kukurydzy. Po dziesięciu minutach Gniewko przekręcał już klucz w drzwiach, chwilę później spał na fotelu, w ubraniu.
♦♦♦
Dwa później
Gniewko wsiadł na rower i przed pracą podjechał do sklepu po maślankę i bułki.
Zanim wszedł, usłyszał głos pani Wandy. Stanął więc tuż pod drzwiami,
niewidoczny dla ekspedientki i klientów. Zawsze tak robił. Sporo rzeczy
usłyszał, tak stojąc.
– Ksiądz
Bożydar z moim Pyzdrą rozmawiał. Stąd wiem. Bohatera we wsi mamy! Życie
dziewczynie uratował! I kto by pomyślał?! Taki spokojny, boczkiem chodzący, i
ani me, ani be, ani kukuryku. Żeby on tylko takich uszu długich nie miał! Ja to
jestem wściekła na to jego podsłuchiwanie. Ale dobry chłop z niego, dobry. A ta
dziewczyna na mszy ze mną była. Widziałam pod kościołem, że płacze na ławce,
bidula, to się przysiadłam. Musiała się wcześniej tych świństw nałykać, bo nic
nie zauważyłam, a przecież przy mnie siedziała. Danusia, tak mi się
przedstawiła. Ale skąd dziewczyna jest, nie mam pojęcia, nic nie mówiła. Całe
szczęście, że Gniewko ją zobaczył. Umarłaby jak nic! Wielki ten nasz Gniewko,
ale i wielkie uszy ma. Trzeba by go oduczyć tego podsłuchiwania. Kiedyś jeszcze
w pysk dostanie od kogo za te uszy, i na co mu na to, się pytam. Ale patrzcie,
chodził po wsi jak ten duch, ale siłę człowieka pokazał! Ja wiem, on ma własną
drogę, nie trzeba się wtrącać. Ale uszy trzeba by przyciąć! Tak dalej być nie
może!
JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
NIECH ŻYJE KULTURA I ETYKA SŁOWA!