Poniżej OSTATNI ROZDZIAŁ książki Wojciecha Wierciocha "Pamięć i fantazja. Autobiografia" (Miniatura, Kraków 2011), z księgi szóstej "Mag".
ĆWIERĆFINAŁ, PÓŁFINAŁ, FINAŁ
Wkrótce skończę Pamięć
i fantazję i rozpocznę najbardziej upokarzający etap pracy pisarza –
szukanie wydawcy. Co zresztą będzie pewnie tematem na kolejną książkę. Bo w
dziennikach będę zdawał relacje z tych poszukiwań.
Czytelnik, który nie próbował nigdy niczego napisać
i wydać, nie ma w ogóle pojęcia, jak długa, kręta, stroma, kamienista, śliska i
samotna jest droga krzyżowa literata – od stacji pierwszej, pierwszego błysku
inspiracji, pierwszego wybuchu intuicji, poprzez opluwanie, biczowanie,
cierniem koronowanie, upadek pierwszy, upadek drugi, upadek trzeci, aż po
zdarcie szat i przygwożdżenie do drzewa hańby i chwały.
Nasze wady narodowe, tak często przeze mnie
obnażane i piętnowane, nie są obce także kręgom wydawniczym. To też ludzie. Tylko
ludzie. Ich słabostki są takie ludzkie, choć ich instynkty (zysk, zysk, zysk)
są nieraz zwierzęce, bestialskie…
Tyle od siebie. Teraz oddam głos autorowi książki Jak wydać książkę. Paweł Pollak –
tłumacz, autor powieści, wydawca – zna rzecz od środka, gdyż wielokrotnie
walczył na pierwszej linii frontu. Pisze, bo wie…
Słuchajcie! Kabaret! Słuchajcie: „Kto jest
najważniejszą osobą w wydawnictwie? Naiwnie można mniemać, iż autor, a zaraz po
nim tłumacz. Ta odpowiedź jest z gruntu błędna, autor i tłumacz plasują się w
hierarchii wydawnictwa daleko za sprzątaczką, jej miotłą i brudami, które ma
zetrzeć. Wszyscy w wydawnictwie poza autorem i tłumaczem pracują na etat, mają
zapewnioną stałą miesięczną pensję, ubezpieczenie emerytalne i zdrowotne i
płatny urlop. Autor i tłumacz, twórcy produktu, ze sprzedaży którego
wydawnictwo się utrzymuje i dzięki któremu w ogóle istnieje, mogą liczyć
jedynie na gołe honoraria. Jak chcą stałej pensji i urlopu, mogą wziąć w
wydawnictwie etat sprzątaczki. To tak jakby właściciel firmy zaproponował
inżynierowi: «Wie pan, rozkręćmy interes, ja ten pana wynalazek będę
sprzedawał, wszystko wskazuje, że świetnie na nim zarobimy, ale sam pan
rozumie, że etatu nie będę mógł panu dać, bo to za drogie, etaty dla ludzi,
którzy zajmują się obróbką pańskiego produktu, pochłoną majątek, zresztą, co
będę panu mówił, sam pan wie, jakie są w Polsce koszty pracy, ale dostanie pan
tantiemy, groszowe, bo groszowe, ale sam pan rozumie, że jak prowadzę firmę, to
na te Bahamy muszę odłożyć, nie po to użeram się z ludźmi i urzędasami, żeby po
tej mordędze wypoczywać w Ustce, no więc tantiemy panu dam, płatne
nieregularnie, jak wpłynie kasa, no bo sam pan rozumiesz, etatowcowi muszę
zapłacić w terminie, bo jego chroni prawo pracy, a z panem mam umowę o dzieło,
to generalnie możesz mi pan skoczyć i pisać sobie pozew do sądu, który
rozpatrzy sprawę za dwa lata, ale żadnej PIP-y pan na mnie nie naślesz». Każdy
się zgodzi, że układ proponowany inżynierowi jest chory, a jednocześnie podobny
wyzysk autorów i tłumaczy przez wydawnictwa uznaje się za coś oczywistego.
Skoro autor i tłumacz są pariasami polskiego wydawnictwa, to kto jest w nim
najważniejszy? Najważniejszy jest Bardzo Ważny Redaktor. Cerber, który stara
się zniechęcić autora i tłumacza do kontaktów z wydawnictwem. Charakteryzuje go
brak kultury i kompleks, że jest tylko redaktorem, a nie autorem. Niestety, nie
da się go w żaden sposób ominąć, bo tekst przysłany do wydawnictwa musi przejść
przez jego ręce”.
Po tym wprowadzeniu następują przykłady, po czym
idą wnioski: „Pisząc lub tłumacząc książkę, trzeba mieć więc świadomość, że w
większości wydawnictw przyjdzie nam się użerać z Bardzo Ważnym Redaktorem
pokroju Katarzyny R. [to pseudonim – przyp. W.W.]. I albo przyjmiemy, że Bardzo
Ważny Redaktor jest czwartą osobą boską i będziemy oddawać mu należną cześć,
albo – jak w moim przypadku – możemy pożegnać się z wydaniem książki” (P.
Pollak).
Autorzy, zwłaszcza ci na dorobku, przebijający się
dopiero na szczyty, pozbawieni są wsparcia i pozostawieni sobie samym. Nikt nie
staje się od razu chodzącą ni siedzącą doskonałością. Perfekcyjnie dopracowane
dzieło jest zwykle dziełem całego zespołu ludzi. Wszyscy zaznajomieni z zakulisowymi
rozgrywkami literackimi dobrze wiedzą, że teksty Andrzeja Stasiuka dopieszcza
jego (była?) żona Monika Sznajderman, a taki Antoni Libera dopisywał nawet całe
akapity i rozdziały w książkach Jerzego Pilcha. Wystarczy też spojrzeć na Biegunów Olgi Tokarczuk, by przekonać
się, jak powstawała ta świetna powieść i jaka chmara ludzi miała w tym udział:
jest tu redaktor prowadzący, trzyosobowy zespół redakcyjno-adiustacyjny oraz
cztery korektorki. No!
Jak słaba – wobec powyższego – jest pozycja
debiutanta, który sam dla siebie musi być autorem, redaktorem, korektorem,
recenzentem… Jeśli – zdany tylko na siebie – prześle swój maszynopis do
wydawnictwa, i nie będzie to rzecz dopracowana w najdrobniejszych szczegółach –
nie ma co liczyć na publikację. Ba, nawet się nie dowie, jakie poprawki
(formalne, fabularne) powinien do tekstu wprowadzić, żeby zwiększyć swoje
szanse wydawnicze. Nic. On się niczego nie dowiaduje, a więc nie może się
doskonalić. Żadnych recenzji wewnętrznych. Żadnej informacji zwrotnej!
Nie ma w Polsce organizacji, która wspierałaby
pisarzy i broniła ich praw. SPP? ZLP? Wolne żarty! To „spady” i „zlepy”. To
tylko kliki! Klika klikę kliką (i klaką) klika…
Na pomysł utworzenia fundacji, o której parokrotnie
już była tu mowa, wpadłem, śledząc funkcjonowanie Muzycznej Owczarni w
Jaworkach koło Szczawnicy. Gdzieś na końcu świata, za Wąwozem Homole,
Wieńczysław Kołodziejski, plastyk z Nowego Targu, uratował budynki rozpadającej
się owczarni i zrobił z niej galerię sztuki oraz salę koncertową, a potem
zaczął organizować plenery malarskie i warsztaty muzyczne. Głucha wieś stała
się mekką artystów, którzy zechcieli tam nie tylko dawać koncerty, ale również
kupować działki, budować i mieszkać.
Nawiązałem kontakt z Wietkem Kołodziejskim,
korespondowałem z nim, odwiedzałem jego Owczarnię i jego owce i trochę
podpatrzyłem. Zazdroszcząc mu nieco – postanowiłem coś takiego stworzyć w
Gorcach (dlaczego Pieniny miałyby być lepsze?). Marzy mi się więc Fundacja
„Talenty” mająca swój dom pracy twórczej i pomagająca ludziom wchodzącym na
górskie ścieżki sztuki. (Zresztą nie tyle mi się marzy, co właściwie już
powstaje: wszystkie pomysły spisuję w specjalnym zeszycie. Można więc powiedzieć,
że na razie jestem z fundacją w ciąży). Chciałbym, żeby otaczała pieczą młodych
i początkujących (starszych) twórców, głównie literatów, i to na każdym etapie
procesu twórczego i edytorskiego. Dla tych, którzy stawiają pierwsze kroki,
byłyby wykłady i warsztaty. Ci, którzy już coś napisali, mogliby liczyć na
współpracę ze strony doświadczonych korektorów i redaktorów oraz opinie znanych
recenzentów. Fundacja odgrywałaby też rolę impresariatu i mecenatu
artystycznego, miałaby swoich agentów literackich oraz działy promocji i PR.
„Miejcie nadzieję, nie tę lichą, marną” – to byłoby
nasze przesłanie skierowane do autorów, którzy mieliby świadomość, że zawsze
mogą na nas liczyć. Gdyby się nawet okazało, że ktoś nie ma talentu, tej
tajemniczej iskry bożej, nie zostałby odrzucony, bo dzięki erudycji zdobytej
ciężką pracą mógłby na przykład zostać korektorem albo rozwijać swój potencjał
i odnaleźć swój prawdziwy talent (menedżerski, organizacyjny itp.) poprzez
kontakt ze środowiskiem prawdziwie innowacyjnym, kreatywnym.
Tak nam dopomóż Bóg!
Jak Bóg da… stworzymy naszą małą utopię – Rezerwat Twórczości
z widokiem na Tatry i Wieczność. „Wpisane jest w duszę człowieka wezwanie do
nieśmiertelności. Wpisane jest ono w duszę artysty, gdy dziełem swego talentu,
swego geniuszu, stara się przekroczyć granicę przemijania i śmierci” – tako
rzecze Jan Paweł II.
* * *
Moja opowieść dobiega końca. Wkrótce się pożegnamy.
Niech po naszym spotkaniu pozostanie dobre wspomnienie i trwały ślad.
Sztuka jest grą wieloznaczności, światłocieni, ale
też często źródłem nieporozumień. Nawet tytuł powieści czy autobiografii może
budzić dwuznaczne skojarzenia. Dlaczego Pamięć
i fantazja?
Pomysł przyszedł podczas czytania
wspomnieniowo-eseistycznej książki Jana Pawła II pod tytułem Pamięć i tożsamość. Pamięć jest źródłem
i katalizatorem tożsamości człowieka, tak jak historia jest podstawą tożsamości
narodu. Żeby być tożsamym ze sobą, wiernym sobie, trzeba pamiętać, czyli uczyć
się na doświadczeniach przeszłości. Trzeba ćwiczyć pamięć i utrwalać pamięć o
ludziach, rzeczach, zdarzeniach, ideach. Moje JA to pamięć o meandrach mojego
życia. To oczywiste – zwłaszcza w kontekście autobiografii, prozy
wspomnieniowej.
Więcej niejasności budzi drugi człon tytułu –
FANTAZJA. Tak, mowa jest źródłem nieporozumień, jak mawiał Exupéry. Zdarza się,
że znajomi (na przykład D. P. Klimczak) pytają mnie, czy te moje
wspomnienia zawierają wymyślone zdarzenia i postaci. Odpowiadam wprost i z
naciskiem: NIE!
Napisałem prawdę, samą prawdę (no, może widzianą
trochę subiektywnie, ale obiektywizm jest tylko niedościgłym ideałem); ale nie
zawarłem tu całej prawdy, musiałem przeprowadzić ostrą selekcję (poza mimowolną
selekcją, której dokonała sama moja pamięć). To też powinno być jasne, wyraźne
i oczywiste. Na opisanie całego życia byłaby potrzebna cała wieczność…
Fantazja to zdolność do wyobrażania sobie czegoś,
do przedstawiania sobie sytuacji, zdarzeń niespotykanych, mało realnych,
zadziwiających, to zdolność będąca istotnym warunkiem wszelkiej twórczości –
nie tylko literackiej, plastycznej, muzycznej, ale także naukowej. Życie jest
grą i walką, a sukces zawdzięczamy pewnym predyspozycjom, o których ciekawie
pisze w swej książce Jak życie naśladuje
szachy Garri Kasparow, największy szachista, arcymistrz wszech czasów: „To,
co nazywamy «talentem», jest w rzeczywistości zestawem pewnych cech, nie zaś
pojedynczą zaletą pojawiającą się i znikającą na zawołanie. Pianista koncertowy
musi charakteryzować się fizyczną zręcznością oraz dobrym słuchem i wyczuciem
rytmu. Większość uzdolnień da się podzielić na takie zbiory umiejętności.
Zastanówmy się, jakie warunki trzeba spełniać, aby być dobrym menedżerem,
dobrym generałem albo dobrym ojcem czy matką. Szachy nie są tu wyjątkiem i
osiągnięcie w nich doskonałości wymaga syntezy rozwiniętego talentu i nabytej
wiedzy. Może wydawać się to niezwykłą parą, jednak jako najważniejsze wrodzone
zalety wymieniłbym pamięć i fantazję. Najwięksi gracze dysponują obfitymi ich
zasobami”.
Słowo „fantazja” ma wiele znaczeń. Fantazja to
także pewność siebie, animusz, odwaga, a nawet zuchwałość. Mówi się o
kawalerskiej, ułańskiej fantazji. Takie twórcze męstwo powinno charakteryzować
każdego, kto chce się trwale zapisać na kartach dziejów. Żeby zbudować coś
wielkiego i niezniszczalnego, należy iść za głosem serca i nie sprzeciwiać się
powołaniu, należy robić wszystko dla fantazji i robić to zawadiacko, z brawurą
i wyobraźnią. By się coś mogło zdarzyć – trzeba marzyć. Francuski pisarz Anatol
France, mistrz i przyjaciel Marcela Prousta, pouczał jego i nas: „Aby dokonać
rzeczy wielkich, musimy nie tylko działać, ale i marzyć”.
Fantazja to również kaprys, dziwactwo, wybryk,
zachcianka. Każdy z nas ma swoje osobliwości, śmiesznostki, słabostki.
Niektórzy z nas muszą dogadzać czyimś fantazjom, a nawet znosić, tolerować
dzikie fantazje bardziej lub mniej bliskich osób. Takie jest życie – dałem temu
wyraz w tej autobiografii, historii upojnych spotkań i upiornych rozstań…
„Fantazja” to także termin muzyczny i oznacza utwór
instrumentalny o swobodnej budowie, oryginalne dzieło oparte na kilku
kontrastujących ze sobą tematach. Słucham Fantazji
f-moll Chopina i pytam Ciebie i siebie: Czy ta autobiografia ekscentryka
nie jest fantazją, splotem motywów i melodii operowych, operetkowych, ludowych?
Kończę. Jeszcze kilka taktów… ostatni akord… po
którym zalegnie cisza – cisza oczekiwania na aplauz, na bisy i owacje. Tego
pragnie próżność i pycha…
Jest taka dyrektywa prakseologiczna: Wyczekując najlepszego,
przygotuj się na przyjęcie najgorszego. Pisze o tym na zakończenie Siedmiopiętrowej góry – swojej genialnej
młodzieńczej autobiografii – Thomas Merton: „Wszystkie rzeczy wokół ciebie
uzbroją się przeciw tobie, aby się wyrzec ciebie, aby cię ranić, aby ci sprawić
ból, a przez to doprowadzić cię do osamotnienia. Ich wrogość sprawi, że pozostaniesz
wkrótce zupełnie sam. Wyrzucą cię precz, opuszczą cię, odrzekną się ciebie i
będziesz samotny”.
Odrzucą maszynopis… Ale nigdy nie należy tracić
nadziei… Nadejdzie godzina prawdy. I sukces – ulotny, dwuznaczny. Bo droga do
prawdziwej wielkości to podróż do gwiazd: długa, samotna, w chłodzie i
ciemnościach, nasączona goryczą i zwątpieniem. Tak mówił Chrystus do autora Siedmiopiętrowej góry – żarliwej odysei
duszy: „Ludzie będą cię chwalić, ale ich pochwały staną się dla ciebie płonącym
stosem – pokochają cię, lecz to tylko uśmierci twoje serce i zawiedzie cię na
pustynię. Otrzymasz wiele darów i załamiesz się pod ich ciężarem. Doznasz wielu
słodyczy w modlitwie, ale one zbrzydną ci i uciekniesz od nich. A gdy zażyjesz
już trochę sławy i trochę miłości, odbiorę ci wszystkie twoje dary i pochwały,
i przywiązania i będziesz całkowicie opuszczony i zapomniany, aż staniesz się
niczym, rzeczą martwą, odrzuconą. I wówczas dopiero przyjdziesz do posiadania
tej samotności, której tak długo pragnąłeś. A twoja samotność wyda wielkie
plony w duszach ludzi, których nigdy nie zobaczysz tu na ziemi. Nie pytaj,
kiedy ani gdzie, ani jak to się stanie. Czy na jakiejś górze, czy w więzieniu,
czy na pustyni, czy w obozie koncentracyjnym, czy w szpitalu, czy też w
Gethsemani. To nie ma znaczenia. Nie pytaj mnie więc, bo ci i tak nie odpowiem.
Nie będziesz wiedział, dopóki się tam nie znajdziesz”.
W drogę, Drodzy Moi!
SIT
FINIS LIBRI, NON FINIS QUAERENDI.
Niech będzie koniec książki, nie koniec szukania!
Wojciech
Wiercioch
Kraków, maj 2007 – kwiecień 2010

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
NIECH ŻYJE KULTURA I ETYKA SŁOWA!