Jolanta Szymska-Wiercioch
TRZEJ BRACIA
Borys miał w
sobie cuchnące zwierzę.
Brudne,
zawszone, tak włochate, że oczu nie było widać.
Weszło w niego
z całą swoją mocą.
Bestia
wtargnęła, gdy jako piętnastolatek stanął w lesie nad podziurawionym ciałem
wujka, którego podobno zabił sąsiad. Borys stał tam chyba pół dnia. Jak
zahipnotyzowany wpatrywał się w zakrwawioną białą koszulę. Czerwone strużki
żłobiące maleńkie doliny, wąwozy cienkie i długie niczym makaron, wiodące może
do nieba, może do piekła. Patrzył tak długo, aż
Pierwsza
Co jakiś czas
Borys czuł go dotkliwie. Jak matka swoje dziecko w brzuchu. Kudłaty podkurczał
nogi, by potem błyskawicznie je rozprostować. Łup – i Borys leżał. Czy to koło
stodoły, na sianie czy na miedzy, którą akurat przechodził, albo w autobusie. W
autobusie było najgorzej. Za każdym razem, tracąc przytomność, wzlatywał w bure
chmury, a potem spadał, na łeb, na szyję, byle jak. Wracał. Czasem sam, czasem
uderzany przez kogoś w twarz. Ale gdy już stał albo gdy leżał twardo na ziemi,
czuł się Bogiem.
Bogiem
karzącym, skazującym, nieprzytomnie surowym.
Starotestamentowym
Bogiem unurzanym we krwi niewiniątek.
Innego Boga
nie znał.
Bóg odszedł,
gdy człowiek pierwszy raz zabił człowieka.
Gdy Borys
leciał, nie było go, nie czuł niczego prócz ulgi. Mikołaj, jego brat starszy o
pięć lat, miał zwyczaj walić go wtedy z całej siły, krzycząc: „Wróć do nas,
Borysek, wróć”. A kiedy wracał, Miko narzekał, że braciszek zamiast pracować na
gospodarce, liczy chmury. Lekarz był pewien swego, Borys jest fizycznie równie
zdrowy jak Klarysa, trzyletnia klacz wyścigowa medyka. I że pewnie przeżyje
wszystkich.
Podczas gdy
Mikołaj wzdychał i próbował – jak mówił – złapać oddech po ocuceniu Borysa, ten
wstawał i szedł do drewutni szukać siekiery. Długo dzierżył ją w dłoniach, aż w
końcu rzucał w ciemny kąt. Doskonale wiedział, że steruje nim Kudłaty, że to on
wskazuje mu drogę. Ale dokąd ona wiodła, Borys nie wiedział.
Nienawidził
rodziny.
Ojciec bił go
widłami i batem, matka poniżała przy dziewczynach, Miko zaś zwalał na niego
całą robotę i wyśmiewał się z niego przy obcych. Nienawidził również Kudłatego.
Ten z kolei walił go po głowie i odbierał rozum. We wsi byli też inni
prześmiewcy. Gdyby mógł, Borys zabiłby wszystkich. Kudłatego także.
Musiał się
bacznie kontrolować. Nie nosił niczego ostrego, niczego ciężkiego, niczego,
czym można by zabić. Ale ręce przywykłe do ciężkiej pracy na roli wciąż miał
silne niczym atleta. Rąk też musiał pilnować.
Nie oddałby
swojej wolności za żadną kroplę krwi.
To przecież
Kudłaty łaknął oczu wywróconych na wierzch, śmieszności bezradnego ciała,
czerwieni pomidora rozlanej na piersiach, purpury skapującej z ramion bezradnie
skręconych na trawie, sączącej się wolno jak keczup wyciekający z
cheeseburgera. A Borys jedynie trawy, muzyki i świętego spokoju.
Ale gdy rozum śpi, budzą się demony.
♦ ♦ ♦
Już od godziny
próbował poskromić wierzgającego Kudłatego, wpatrując się w swój martwy
zegarek. Zegarek z klasą. Ponoć długowieczny.
Tego junghansa
dał mu piętnaście lat temu brat. Przed swoim weselem, przed przeprowadzką nad
morze. „Jak przestanie działać, przyjedź na mój pogrzeb. Zegarek prawdę ci
powie, ha, ha, ha”. Te słowa Mikołaja zdziwiły Borysa, ale zachwyciły
Kudłatego. Borys obiecał, że przyjedzie. Raz dane słowo było dla niego czymś
świętym, inne święte rzeczy nie istniały. Kudłaty wciąż mu powtarzał, że ludzi
przeżyją tylko słowa. Rodzice opowiadali, co mówili dziadkowie, dziadkowie o
tym, co ich rodzice, a pradziadkowie o jeszcze wcześniejszych czasach.
Najczęściej były to historie oblane krwią, epizody zakrzepłe w ludowym
bełkocie, niczym kalafior opieczony w pomidorowym cieście.
Bracia
widzieli się w ciągu tego czasu tylko raz, dwanaście lat temu, gdy Mikołaj wraz
z żoną przyjechali na pogrzeb rodziców/teściów, którzy zginęli w wypadku
samochodowym, wracając z tygodniowej wizyty u starszego syna.
A zegarek
chodził prostymi drogami. Raz na pięć lat wymiana baterii – i tyle. Borys
czekał. Czekał również Kudłaty. Niecierpliwili się obaj.
Wreszcie stało
się.
Zegarmistrz
nie uratował junghansa.
Borys ogolił
się, wyciągnął z szafy najlepszą marynarkę, wypastował buty. Na spód
niewielkiej torby włożył siekierę i ruszył z domu, z Kudłatym kopiącym go po
trzewiach. Miał do przebycia ponad dwieście kilometrów.
Już
zmierzchało, gdy stanął przed domem brata, schowanym za ścianą dzikiego
bluszczu, na obrzeżach miasta, jakiś kilometr od lasu. Zadzwonił. Zza
uchylonych drzwi wyłonił się Mikołaj i dwójka dziesięcioletnich dzieciaków z
borówkowymi ustami. Właściciel domu stał, dłuższą chwilę wpatrzony w brata,
zupełnie bez słowa.
Na twarzy
Borysa zarysował się cień uśmiechu, Kudłaty wrzasnął jak poparzone pokrzywą
dziecko.
– Przyjechałem
na twój pogrzeb. – Borys wskazał na pusty przegub ręki. – I cóż widzę? Ty
żyjesz!
– Borys,
Borys, kopę lat! – Uprzejmość rozlała się po ciele Mikołaja. – Nie wierzę, że w
końcu cię widzę. Myślałem, że ten cholerny zegarek zepsuje się znacznie
wcześniej i ruszysz dupsko z tej swojej wsi. Dobrze, że jesteś… – Rozwarł drzwi
na oścież i gestem zaprosił Borysa do środka.
Ten postawił
już nogę za progiem, gdy nagle, spojrzawszy na dzieci, zawahał się i cofnął.
– Nie, lepiej
nie – rzekł ostro, ale zaraz złagodniał. – Ładnie tu u ciebie, przejdziemy się?
Może do lasu?
– Jasne, może
być do lasu. – Gospodarz był trochę zdziwiony, ale nie okazał tego po sobie. W
końcu las zawsze był drugim domem Borysa. – Prawie Anielka dom trochę ogarnie,
bo przy dzieciach nie sposób utrzymać porządku na dłużej niż godzinę. Zostaw tu
torbę, nie zginie.
– Nie, wolę ją
zabrać ze sobą. Lekka jest…
Przez całą
drogę Mikołaj opowiadał o swoim życiu, rodzinie, pracy u teścia stolarza.
Słowami chciał przysypać dziwne uczucie, że z Borysem wciąż jest coś nie tak.
Chory umysł brata stanowił dla niego nie lada zagadkę. Matka ciągle powtarzała,
że Borys walczy z demonem, a od demonów trzeba się trzymać z daleka. Nikt jej
nie wierzył. A może jednak miała rację…
Mikołaj
próbował odegnać fatalistyczne myśli i wzbierający niepokój.
Weszli w głąb
lasu i stanęli w brzozowym zagajniku. Ściany
zieleni wydawały się gęstnieć i ciemnieć z każdą sekundą, gdy gapili się na
siebie, nie mówiąc ani słowa. Wzrok Borysa wkręcał się w ciało Mikołaja jak
młot pneumatyczny w asfaltówkę. Poczuł, że znalazł się w pułapce.
Drżały
rękawiczki drzew. Wiatr przybierał na sile.
Coś złego czai się obok – pomyślał. Jego
serce zaczęło walić jak dobosz, a oczy lekko się zamgliły.
– Musisz mnie
zabić, bo jeśli nie, ja zabiję ciebie – powiedział wreszcie, podając bratu
siekierę zwróconą w jego stronę styliskiem. – Zabij Kudłatego, proszę…
Mikołaj zaczął
się powoli cofać.
– Jaki
Kudłaty?! Borys, postradałeś zmysły! Rodzonego brata zabijesz?!
Ręka sumienia
zacisnęła się na sercu Borysa. Na chwilę stracił pewność siebie.
– N-n-n-ie
słyszysz?! Ku-kudłaty mó-mówi, że dziś powinieneś u-umrzeć… – Nieoczekiwanie i
dla siebie samego, i dla brata młodszy zaczął się jąkać. – Powiedziałeś, że
u-umrzesz, kiedy zepsuje się ze-zegarek. Musisz u-umrzeć!
– Jezus Maria,
ty całkiem zwariowałeś! Chłopie, to był tylko żart!
Borys rzucił
się z siekierą na brata, ten zrobił unik i ostrze siekiery wbiło się w pień
brzozy. W tym samym momencie Mikołaj wdepnął w żelazną pułapkę i zawył z bólu.
Nagle obaj
usłyszeli huk. Przypominał wystrzał z dubeltówki.
Borys osunął
się na trawę.
Najpierw
klęczał, potem upadł na lewy bok, patrząc z niedowierzaniem na brata.
Mikołaj,
przeklinając i stękając, z trudem otworzył potrzask kłusownika i dokuśtykał do
Borysa. W głowie starszego brata jedna myśl tłukła drugą. Kto? Dlaczego? Żyje?
Umarł?
Odchylił
postrzeloną marynarkę i spojrzał na pierś brata. Koszula oblała się rumieńcem,
zwilgotniała i przywarła do ciała. W nagłym ataku paniki poderwał brata za
klapy marynarki, lekko nim szarpnął i krzyknął:
– Nie umieraj,
Borys, proszę cię, nie umieraj!
– Przestań,
Miko, przestań… – Ryki Kudłatego były coraz cichsze.
– Masz
komórkę? – Mikołaj ochłonął, zaczął racjonalnie myśleć. – Cholera, nie masz,
wiem. Nigdy mieć nie chciałeś. Że też nie wziąłem swojej… Pójdę po pomoc.
Czekaj tu na mnie, dobrze?
– Nie, nie
trzeba. A to Kudłaty się zdziwił… – wymamrotał Borys, wskazując ranę i próbując
się roześmiać. Ręka nieoczekiwanie opadła na trawę. Tracił siły. Dłonią
poszukał w trawie ręki brata, a gdy ją znalazł, uścisnął. – Siekierą to
specjalnie chybiłem…
Otuliła go
zimna mgła. Przymknął oczy i zatrząsł się na chwilę jak epileptyk podczas
ataku.
– Wreszcie
będę mieć w głowie ciszę… – Zakrztusił się krwią i znieruchomiał, kierując
szeroko otwarte oczy w stronę brata. Wychynął z nich przytłaczający spokój.
Ciemna czeluść zwycięstwa.
Mikołaj
położył się koło Borysa twarzą w twarz. Przygłaskał jego sterczące włosy i
rozpłakał się jak bitem pasem dziecko.
W głowie
szwendały się słowa starego wiejskiego proboszcza: „Ten, co w bezdenność duchy
wieczne wpycha, rozkaże morzu i morze ucicha”.
Wiatr
przysnął.
Oniemiały
liści brzóz.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
NIECH ŻYJE KULTURA I ETYKA SŁOWA!