WOJCIECH WIERCIOCH - esej "Haiku po polsku"
AUTOR: WOJCIECH WIERCIOCH
HAIKU PO POLSKU
Jon Fosse, najświeższy norweski
noblista, powiedział w jednym z wywiadów, że literatura jest jego pasją i nie
myśli o niej inaczej jak o łasce: „Pisanie to dar, którego nie oczekiwałem, ale
któremu staram się sprostać z pokorą. Robię to, bo łaski nie można odrzucić”.
Skandynawski literat czuje, że to, co ma do przekazania w dramatach i
powieściach, już gdzieś wyżej zostało zapisane – co nadaje procesowi pisania
wymiar duchowy. Dlatego literatury nie da się zaplanować ani okiełznać.
Sztuka to misterium: tajemnica.
Od czasu, gdy Literacka Nagroda
Nobla została przyznana Czesławowi Miłoszowi, kibicuję polskim pisarzom i
cieszę się z ich sukcesów. Od kilku lat liczę na to, że kolejnym laureatem
zostanie Ryszard Krynicki. To nie tylko znakomity poeta, wybitny tłumacz i
ceniony wydawca – ale też pasjonat próbujący przeszczepić na grunt polskiej
kultury tak niesłowiański gatunek literacki, jakim jest japońskie haiku.
Jon Fosse został w Sztokholmie
nagrodzony za książki, które „dają wyraz niewysłowionemu”. To, co
niewypowiedziane… ta mistyczna cisza… stanowi – na równi z zapisanymi słowami –
o istocie haiku (o czym pisał też inny wielbiciel tego gatunku literackiego –
Miłosz). Myślę, że Fosse i Krynicki podobnie postrzegają misję literatury we
współczesnym świecie. A to powinno dać nam do myślenia.
Bolesław Miciński w swoim
eseistycznym notatniku zapisał: „Definitywny słownik filozoficzny jest trumną
filozoficznej inwencji, bo nie tylko słowa idą za myślą, ale i myśl idzie za
słowami. Polak piszący po angielsku, naginając się do typów obcej sobie, innej
składni, odnajduje nowe, niekoniecznie lepsze – ale inne walory treściowe.
Gdyby Conrad pisał po polsku – inny byłby jego obraz świata. Prężność myśli
nagina i modeluje słowa – ale barwa i blask słów dają myśli nowe élans i
otwierają przed nią nowe perspektywy, których myśl sama w sobie znaleźć by nie
mogła”. Inne kultury, obce słowa, obrazy, wizje, metafory – to narzędzia, które
wprowadzają nas w odmienne stany świadomości, pozwalają mentalnie asymilować
to, co niewypowiadalne, niewysławialne, niepojęte. Dlatego stawiam tezę:
tłumacze i twórcy, którzy wgryzają się w kulturę japońską, przeżuwają jej
poetyckie treści oraz dają temu wyraz w języku polskim, inspirując się
słowiańską tradycją literacką oraz lokalną tematyką – poszerzają granice języka
i zakres oglądu świata. Wszak już Ludwig Wittgenstein stwierdził: „Granice
mojego języka oznaczają granice mojego świata”.
Niech zatem ten szkic choć w
drobnej mierze przyczyni się do rozwoju polskiej poezji, a w rezultacie niech
będzie skromną cegiełką budującą potężny gmach naszej kultury.
Kultura danego narodu czy kraju
potrzebuje silnego poczucia własnej tożsamości, osadzonej na mocnych
fundamentach tradycji, na twórczym dorobku przeszłych pokoleń. Ale kultura – by
mogła być żywotna – powinna tu i teraz wędrować (pamięcią i fantazją) w czasoprzestrzeni.
Polscy myśliciele i literaci lubią i potrafią korzystać z dorobku historii,
umieją wybiegać w przyszłość (science fiction), nie boją się czerpać z
nieraz bardzo niezwykłych płodów wyobraźni, tworząc swoje uniwersa (fantasy).
Treściowo i formalnie polska literatura chętnie korzysta z inspiracji kultur
Wschodu i Zachodu (stąd mocna pozycja naszego reportażu na światowym rynku
książki).
Niestety, zbyt często Polska
jest pawiem i papugą narodów, importując gotowe wzorce postrzegania i
opisywania rzeczywistości. A nawet przemycając z zagranicy modne tematy i
skuteczne schematy produkowania bestsellerów.
Kultura jest jak żywy organizm.
Żyje i rozwija się dzięki przemianie materii, poprzez metabolizm energetyczny i
informacyjny (vide: Antoni Kępiński). Duchowy organizm potrzebuje bodźców i
pokarmów z zewnątrz, ale dla zachowania równowagi fizjologiczno-filozoficznej
(homeostaza i hormeza) wymiana materii, energii i informacji z otoczeniem
przebiegać musi według optymalnych reguł… Kultura ma drążyć w głąb, zgłębiać
wartości duchowe i transcendentne. Każdy autentyczny twórca musi zatem – jak
twierdzi Nikołaj Bierdiajew – czerpać ze źródła własnej jaźni, w aktach
introspekcji docierając do jądra ciemności i jasności. Takie inicjacyjne
przekraczanie smugi cienia wymaga – według Josepha Campbella – udania się w
daleką i niebezpieczną podróż, w wymiarze realnym i symbolicznym. Wędrówkom
archetypowego bohatera sprzyja wiedza filozoficzna i teologiczna, wspomagają
też ją szczere i pełne pasji zainteresowania sprawami herosów i bóstw, mitycznych
bogiń i mistycznych zjaw.
Wydawać by się mogło, że w
katolickiej Polsce żadnemu artyście czy rzemieślnikowi pióra nie powinno
zabraknąć religijnych inspiracji. Jednak rzeczywistość jest inna. Nie zamierzam
teraz analizować kryzysu w polskim Kościele rzymskokatolickim, nie zamierzam
też być misjonarzem obcych bogów, gdyż jestem chrześcijaninem – chciałbym tylko
przytoczyć biblijną frazę: „Duch wieje, kędy chce”. Chcę zaproponować mentalną
podróż na Wschód – w stronę duchowości związanej z filozofią (a nie religią)
zen, duchowości na tyle uniwersalnej, że może być ciekawym rezerwuarem
inspiracji dla naszych sarmackich wojowników pióra, dla współczesnych słowiańskich
samurajów.
Duchowość zen plus mała (ale o
wielkich możliwościach) forma literacka, jaką jest haiku, już od jakiegoś czasu
próbuje wrosnąć w polski grunt. Ma szansę wykorzystać swój japoński potencjał i
w połączeniu z rodzimą tradycją literacką wzbogacić kulturę w jej wymiarze
tematycznym i formalnym, rynkowym i duchowym.
Wydaje
mi się, że największe zagrożenia dla współczesnego świata są dwa: zupełna atrofia
duchowa (obojętność na wartości transcendentne, hedonizm, materializm,
przyziemny pragmatyzm) oraz wojownicza pseudoduchowość: podboje militarne i
chęć wprowadzenia ideologicznego totalitaryzmu pod płaszczykiem troski o rozwój
człowieka (różne odłamy islamu, imperializm rosyjski instrumentalnie
wykorzystujący tradycję prawosławia, niektóre zachodnie „postępowe” mody
intelektualne). Można wręcz rzec, że XXI wiek może się stać konfrontacją –
rywalizacją między tymi dwiema odmianami schorowanej duchowości.
Wiele jest definicji duchowości. I
wiele sposobów jej rozumienia. Jednym określenie „duchowy” kojarzy się z
duchami albo osobami stanu duchownego, inni uważają to słowo za synonim
jakiegoś dziwacznego marzycielstwa i bujania w obłokach; są też tacy, którzy
twierdzą, że nie są religijni, ale pociąga ich duchowość, ba, pojawiają się
nawet opracowania w stylu „Duchowość ateistyczna”. Oksymoron? Czy można być
człowiekiem uduchowionym, nie wierząc w Boga, Absolut, jakiś wyższy,
transcendentny porządek rzeczy? Cóż, to zależy od definicji.
Pojęcie „duchowość” może mieć
szerszy bądź węższy zakres. Możemy mówić o duchowości jako o pewnej ogólnej
postawie egzystencjalnej, cechującej się potrzebą kształtowania życia
wewnętrznego, a więc doskonalenia myśli, uczuć, woli, czyli uwalniania się od zwierzęcych
odruchów i popędów. Inspiracją do tego rodzaju duchowych poszukiwań najczęściej
są różne twory i utwory kultury. Religioznawca i teolog P. Joseph Cahill
wyszczególnia kilka ich kategorii: pisma religijne; tematyka duchowa zawarta
nie tylko w traktatach teologicznych, ale i opowieściach, pieśniach, legendach
i mądrościach ludowych; sztuki wizualne (malarstwo, rzeźba, architektura);
muzyka; niektóre aspekty historii ludzkości. W podobnym duchu wypowiada się James
A. Wiseman: „Cały obszar poezji religijnej otwiera szerokie pole do badań dla
badaczy duchowości. Wystarczy wspomnieć chociażby o kluczowej roli, jaką w
duchowym rozwoju Simone Weil odegrał wiersz George’a Herberta Miłość,
jak to opisuje ona w swojej duchowej autobiografii. Dotyczy to również powieści
i opowiadań – i to nie tylko tych o wyraźnie religijnej tematyce”. Również David
Tracy twierdzi, że „dzieła literackie otwierają nasze umysły, naszą wyobraźnię
i nasze serca na nowe, autentyczne i potencjalnie przekształcające czytelnika
sposoby bycia w świecie”. Także krytyka literacka może być terenem duchowych
eksploracji, o czym świadczą eseje Thomasa Mertona (np. o twórczości takich
pisarzy, jak Albert Camus, William Faulkner, Flannery O’Connor, Borys
Pasternak) czy jego korespondencja z Czesławem Miłoszem. Poszukiwaniem
duchowości w różnych sferach kultury przesiąknięta jest ponadto znacząca część
filozofii rosyjskiej (Lew Szestow, Mikołaj Bierdiajew, Wasilij Rozanow). Polacy
nie są gorsi w tej interdyscyplinarnej szkole prawdy (Stanisław Brzozowski, Henryk
Elzenberg, Zbigniew Herbert, Antoni Kępiński, Kazimierz Dąbrowski, Józef
Tischner, Karol Wojtyła, Józef Życiński, Jacek Bolewski, Tadeusz Gadacz, Edward
Staniek, Leon Knabit, Jan Trąbka, Jerzy Prokopiuk, Jan Tomkowski i wielu
innych).
W węższym zakresie możemy mówić o
duchowości buddyjskiej, muzułmańskiej, żydowskiej, chrześcijańskiej, a
zawężając temat – o duchowości katolickiej, w której można wyodrębnić duchowość
benedyktyńską, dominikańską, karmelicką, franciszkańską czy jezuicką (a w tej –
ignacjańską).
Profesjonalizm w każdej dziedzinie
osiąga się dzięki ciężkiej i wytrwałej pracy. Praca nad sobą nie jest
wyjątkiem.
Dlaczego duchowość wymaga treningu, ćwiczenia?
„Pojęcie «ćwiczeń» zakłada, że chodzi `o powtarzanie pewnych czynności,
które mają pomóc człowiekowi w przyswojeniu określonej postawy czy
umiejętności. Przysłowie mówi: «Ćwiczenie czyni mistrzem». Wiedzą o tym dobrze
sportowcy i artyści. Mówienie o ćwiczeniach «duchowych» wiąże się z przekonaniem,
że również w sferze ducha potrzebne jest «wprawianie się», stopniowe
przyswajanie różnych umiejętności. Skupienie się na wymiarze «duchowym» nie
oznacza, jak jeszcze zobaczymy, wyłącznie wymiaru cielesnego, lecz wskazuje
hierarchię obu wymiarów. Właśnie duch wyróżnia człowieka pośród innych
stworzeń, jest znakiem jego szczególnej bliskości wobec Stwórcy. Dlatego duch
(można go nazwać także duszą) wymaga szczególnej uwagi i troski” – pisze Jacek
Bolewski w książce Zająć się ogniem. Odkrywanie duchowości ignacjańskiej.
Każdy rodzaj aktywności twórczej
(kształtowanie charakteru, walka z wadami i wypracowywanie cnót to również
rodzaj twórczości, dziedzina tworzenia siebie) wymaga treningu – stałej,
systematycznej, cierpliwej, wytrwałej pracy. Także literatura jest wymagającym
polem treningów. Żeby zostać znawcą tej dziedziny, należy czytać prozę i
poezję, książki z zakresu historii i teorii literatury, opracowania z
pokrewnych dyscyplin naukowych. Większej pracy wymaga przejście od teorii do
praktyki. Pisarz musi bowiem posiąść jeszcze umiejętność przekuwania wiedzy o
języku i świecie w konkretny utwór, który zachwyci czytelnika i coś mu da (nie
tylko doświadczenia estetyczne, ale i epistemologiczne, metafizyczne, etyczne).
Wymaga to pracy, pracy i jeszcze raz pracy (znana reguła dziesięciu tysięcy
godzin). Żeby to zadanie stało się możliwe do zrealizowania, twórca musi nie
tylko tworzyć dzieło, ale i autora – siebie (nie tylko jako operatora „maszyn”
literackich, ale i jako człowieka).
Wydawać by się mogło, że powyższe
zdania są tak oczywiste, że wystarczy je zapisać i na tym poprzestać. Ale chyba
oczywiste nie są, bo nawet uznani teoretycy i praktycy literatury zdają się
wyznawać bardzo prostą (prostacką?) filozofię sztuki pisania. Sprowadza się ona
do łopatologicznej wykładni: Masz talent albo go nie masz; jeśli jesteś
utalentowany, osiągniesz coś jako twórca; jeśli zaś tego talentu jesteś
pozbawiony, to już na zawsze zostajesz skazany na bycie grafomanem. I koniec
pieśni! Z tego wynika w sposób oczywisty, że jeśli ktoś w danym okresie życia
nie pisze jak mistrz czy arcymistrz, to choćby sobie żyły wypruł – nigdy nie
stanie się prawdziwym artystą. Tego rodzaju determinizm duchowy jest
szczególnie bliski polskiej kulturze. Albo jesteś wieszczem, bo muza pocałowała
cię w czoło, albo jesteś zwykłym gryzipiórkiem, żałosnym i śmiesznym.
Żeby nie być gołosłownym, poprę
powyższą tezę dwoma przykładami. „Czy można kogokolwiek – uczynić poetą?
nauczyć – jak być poetą? Nie, oczywiście, że nie. Czy można nauczyć – jak pisać
wiersze? Także – nie (choć to «nie» już nie tak stanowcze i absolutne jak
poprzednie...)” – napisał Bronisław Maj, co nie przeszkodziło mu zarobkować
uczeniem warsztatu literackiego w jednej ze szkół kreatywnego pisania. Ale nie
bądźmy złośliwi i cytujmy dalej: „Czy można – nauczyć pisania wierszy? To
zdumiewające, że powyższe pytanie bywa traktowane zupełnie inaczej niż na
przykład pytanie, analogiczne przecież: czy można nauczyć grania na trąbce? I
podobna jest na oba pytania odpowiedź. To jasne: z nikogo, kto nie ma w sobie
talentu i osobowości Milesa Davisa (tylko Miles Davis ma talent Milesa Davisa;
tylko Ty, nikt inny, masz Twój talent) – nie da się poprzez naukę i ćwiczenia
zrobić Milesa Davisa. Ale można – i warto, bo to naprawdę pomocne i pożyteczne
– delikatnie zasugerować młodemu adeptowi, że dźwięk trąbki wydobywa się,
dmuchając w jej cieńszy otwór, a nie – wciągając powietrze przez otwór
szerszy”. Aha! Ale dlaczego ten Maj pisze tak, jakby w maju był grudzień i
jakby należało chwalić łąki umajone śniegiem? Załóżmy, że sympatyczny ten
skądinąd literat próbował być dowcipny. Poprzestanę zatem na zadaniu kilku
elementarnych pytań. Dlaczego istnieją akademie muzyczne i akademie sztuk
pięknych, wyższe szkoły teatralne i filmowe? Czy absolwenci muzycznych uczelni
opuszczają te dostojne mury wyposażeni jedynie w wiedzę, do której dziurki
należy przyłożyć usta, by wydała z siebie dźwięki rozkoszy? Żeby nie
eksploatować już tego Milesa Davisa, przerzućmy się na Marcela Prousta, Roberta
Musila czy Jamesa Joyce’a. To oczywiste, że jest niemożliwe – a nawet absurdalne
(gdyby było możliwe) – zrobienie z Jasia (Kowalskiego)... Marcela, Roberta czy
Jamesa. Chodzi o to, by Jaś został Janem (a czego Jaś się nie nauczy, Jan nie
będzie umiał), by ten polski Kowalski zapisał się w historii literatury
powszechnej jak ci wyżej wymienieni i pokazani za wzór. Koniec wątku (mógłby
się rozwijać i plątać w nieskończoność).
Pora na kolejny autorytet polskiej
szkoły pisania, nieistniejącej zresztą. Jerzy Pilch wyznał kiedyś, że
nie wierzy w żadne lekcje pisania, szkoły pisania (a też w takowej prowadził
warsztaty) i wszelkie kursowe pisarskie edukacje: „Sama Litera, jeśli nawet ją
opanujesz, jeśli ją wkujesz na blachę i tak ci nic nie da, a Ducha i tak się
nie nauczysz”. Skoro guru tak rzecze, coś tu musi być na rzeczy. Wierni –
wierzą; sceptycy – próbują sprawdzić. Ja należę do tych drugich. Jeśli ktoś
twierdzi, że Ducha nie można się nauczyć, to tym samym podważa sens istnienia
ćwiczeń duchowych. A te są znane ludzkości od tysiącleci. Wystarczy się
zapoznać na przykład ze sposobami kształcenia adeptów przez mistrzów – szamanów
(ale to już temat na seminarium doktoranckie). Uporządkujmy materiał. Słowo
„duch” brzmi po łacinie spiritus i w języku polskim prosto i ładnie się
kojarzy. Spirytus, alkohol, piwo i inne dziwo – oto jest pytanie. Czy bez wódki
i innych dopalaczy pan Pilch mógłby napisać swoje największe dzieła? Myślę, że
wątpię. Wątpię, więc jestem pewien, że Pilch coś tu ukrywa i jest bardzo
nieszczery. Alkohol zrobił z niego artystę, ale ten nie chce się do tego
przyznać, a zatem ucina dyskusję na temat istnienia mniej destrukcyjnych
środków dopingujących.
Główną tezą mojego eseju jest: Da
się doskonalić nie tylko Literę, ale i Ducha. Istnieją zatem takie ćwiczenia,
które zjadacza chleba potrafią w anioła przerobić. Choć nie do końca. Tak jak
trudno jest zmusić nastolatka, którego fascynują wyłącznie gry komputerowe, do
przeczytania z zainteresowaniem szkolnej lektury – tak również nie da się
zachęcić do pisania wierszy prymitywnego kibola czy innego dresiarza. I nie o
to przecież chodzi. Geny oraz wczesne wychowanie dziecka to nieraz czynniki,
które definitywnie determinują los dorosłego. Osobnicy pozbawieni pewnej
wrażliwości, subtelności czy zarodków duchowości nigdy nie będą w stanie
zrozumieć, że kultura ma znaczenie, a literatura to jądro kultury. Oni nas
jednak teraz nie interesują. Przedmiotem moich rozważań są ludzie bardziej
wyrafinowani, bardziej skomplikowani. Niektórzy z nich chcą – po prostu –
pisać. Nieważne, co ich motywuje. Istotne jest tylko to, że mają coś do
powiedzenia i chcą to wyrazić, ale nie zawsze potrafią. Czegoś im brakuje.
Gdyby mieszkali na Zachodzie, mogliby zapisać się na jakiś kurs creative
writing, ale w Polsce mają ograniczone możliwości. Mogą oczywiście
przeczytać Alchemię słowa Jana Parandowskiego czy Karafkę La
Fontaine’a Melchiora Wańkowicza, ale i tam nie znajdą wszystkiego (co
najważniejsze). Muszą szukać dalej.
Wróćmy jednak do pytania, czy
naprawdę kształtowanie Ducha ma sens. Kto wątpi, powinien przeczytać Listy
do młodego poety Rainera Marii Rilkego. Nie znajdzie tam informacji, jak
dobrać rym czy jak wygładzić rytm, ale na pewno się dowie, w jaki sposób
kształtować swoje doświadczenia i swoją wrażliwość, by zdobyć tę nieokreśloną,
tajemniczą właściwość osobowości, która jest podstawą dobrego pisania. A podstawą
dobrego pisania jest mądrość (nie należy mylić jej z erudycją), jak nauczał
rzymski poeta Horacy w Ars poetica (zresztą już wcześniej zajmował się
tym zagadnieniem Arystoteles w swojej Poetyce).
Żeby móc współkształtować kulturę,
trzeba być człowiekiem kulturalnym. Niektórzy twórcy mają ułatwione zadanie, bo
wychowali się w środowisku przesiąkniętym bogactwem języka, muzyką, plastyką i
innymi wytworami Ducha, inni zaś muszą samodzielnie wspinać się po szczeblach
nauki, sztuki (polska szkoła średnio do tego przygotowuje). Istnieją też
odmienne potencjały inteligencji, odmienne skale talentów. „Jedni łatwiej
wchłaniają wiedzę, mniej lotni muszą się nad nią mozolić. Szekspir dowiedział
się więcej prawdziwej historii od Plutarcha, niż wielu ludzi wyczyta ze
wszystkich ksiąg British Museum. Poeta musi zdobyć i rozwijać w sobie
świadomość przeszłości i pogłębić tę świadomość w toku całej swojej kariery” –
napisał (w eseju Tradycja i talent indywidualny) Thomas S. Eliot,
dodając, że przy pisaniu wierszy ważny jest też udział świadomego namysłu i
rozmysłu, żeby na przykład wiedzieć, kiedy użyć świadomości, a kiedy
nieświadomości.
Wróćmy jeszcze do niesamowitego
Szekspira – mędrca bez wykształcenia (formalnego). Jak on tego Plutarcha (czy
Michała z Montaigne) czytał, że tak wiele wyczytał? Na to pytanie pewno nigdy
nie poznamy odpowiedzi, bo przecież nie znamy nawet prawdziwej biografii
angielskiego geniusza, ale niech czar tego pytania stale nad nami trwa.
I tak oto wkraczamy – kuchennymi drzwiami – do salonu Ducha. Ćwiczenia
duchowe kojarzą się powszechnie z jakimiś nieokreślonymi średniowiecznymi
rytuałami zacofanego chrześcijaństwa albo też z modnymi technikami parapsychicznej
mistyki Wschodu. A przecież niemal trzy tysiąclecia kultury europejskiej
ukształtowały wiele metod zgłębiania prawdy – tej zewnętrznej (świat) i tej
wewnętrznej (uczucia i myśli każdego z nas). Hermeneutyka, filozoficzna metoda
interpretacji tekstów, powstała stosunkowo niedawno, ale od wielu wieków
badacze Pisma kształtowali techniki egzegezy. Zastanówmy się, czy można się od
nich nauczyć (żeby Montaigne inspirował nas tak jak Szekspira) wnikliwego
czytania.
Egzegeci wyznaczyli kolejne stopnie wtajemniczenia w tekst. Mamy więc poziom
literalny (dosłowny), analogiczny, moralny oraz anagogiczny (mistyczny). Dzieci
odbierają każdy tekst literalnie; szkoła zaś tylko uczy, jak posługiwać się
analogiami. Także – bardzo często – szkoły wyższe nie wzbijają się ponad ten
poziom, stąd nawet krytycy literaccy bywają kretynokrytykami. Etap moralny
hermeneutycznej analizy tekstu zaczyna się w punkcie, gdy czytelnik zadaje
sobie podstawowe pytania: Czego ten Don Kichot może nauczyć mnie – tu i teraz,
w Polsce XXI wieku (a nie w jakiejś mitycznej Hiszpanii)? Czy Dante to jakiś
prymitywny, zacofany katotalib, czy może w jego sztuce tkwią prawdy, do których
zrozumienia powinienem – ja, człowiek nowoczesny, współczesny – dorosnąć?
Dlaczego muszę przeżyć (a nie tylko pobieżnie przeczytać) przygody Fausta,
poznać metody działania sił demonicznych, a nawet nauczyć się niektórych
fragmentów arcydzieła Goethego na pamięć? To pierwszy krok na drodze ku mądrości.
Dopiero wówczas, gdy się nam uda wejść na ten stopień – będziemy gotowi, by
wkroczyć na poziom anagogiczny.
A jak konkretnie powinny wyglądać te ćwiczenia lekturowe? Egzegetyka
biblijna mówi o czterech kolejnych etapach kontaktu z tekstem: lectio,
oratio, meditatio, contemplatio.
Przeczytaj tekst – powoli, dokładnie, spokojnie, z namysłem – potem powtarzaj go z uporem, streszczając,
zapamiętując coraz dokładniej, stopniowo
przerabiając na obraz i podobieństwo swoje, powtarzaj, mówiąc i pisząc;
następnie medytuj: analizuj poszczególne zdania, akapity, rozdziały, rozkładaj
to wszystko na czynniki pierwsze, biorąc pod lupę treść i formę, analizuj tak
długo, aż poszczególne fragmenty układanki złożą się w całość; na końcu jest
kontemplacja, czyli (ciągłe) życie sprawami Ducha, przerabianie teorii na
praktykę codzienności.
Kto tak dokładnie nauczył się wchodzić w cudze dzieła – może zacząć pisać
własne. Najpierw terminowanie – potem gwiazdorzenie.
Płodne ziarno duchowości tkwi nie
tylko w religiach, w sztuce czy nauce, ale również – potencjalnie – w wielu
innych segmentach życia. Dla człowieka reaktywnego (wrażliwego) i aktywnego
(otwartego na świat), a przy tym sprawnego analityka, zdolnego do tworzenia
syntez, każda forma egzystowania staje się okazją do ćwiczeń, które wiodą w
stronę doskonałości (nazywanej świętością, kreatywnością, mądrością lub jeszcze
inaczej).
Każdy krąg kulturowy tworzy własne
wzorce, wartości, techniki doskonalenia osobowości. Kultura europejska
ukształtowała wiele dróg rozwoju duchowego – od aforystycznych porad kapłanów
egipskich po niezwykle błyskotliwe poradniki, których autorem jest Alain de
Botton (szczególnie warto polecić następujące: Sztuka podróżowania;
Jak Proust może zmienić twoje życie; O pocieszeniach, jakie daje
filozofia; Religia dla ateistów).
Gdzieś pośrodku mieści się Ignacy Loyola ze swoimi Ćwiczeniami duchownymi (vel:
duchowymi), w których wykazał się niezwykłą przenikliwością i
znajomością natury człowieka, a jego metoda wizualizacji, przykładowo, została
potem naukowo opracowana przez Carla Gustava Junga. Warto ciągle o tym
przypominać w czasach, gdy tradycję chrześcijańską stawia się na równi z
jakimiś gusłami czy zabobonami, jednocześnie duchowej odnowy szukając wyłącznie
w modnych religiach i filozofiach Wschodu. Ale to oczywiście nie znaczy, że
należy mistykę i ezoterykę Chin czy Japonii traktować tak, jak to robi słynny
ksiądz Piotr Natanek, fanatyczny krzewiciel katolickiego obskurantyzmu...
Jak już napisałem, istnieje pewien
wspólny mianownik różnych nurtów duchowości, tak odmiennych w różnych
kulturach. Moim zdaniem najlepiej do pokazania tego zjawiska nadaje się zen.
Wyrasta on oczywiście z buddyzmu i taoizmu (które zresztą bardziej są filozofiami
praktycznymi, niż religiami), ale tak naprawdę jest spójnym zestawem ćwiczeń
duchowych – i jako taki może inspirować wyznawców judaizmu, chrześcijaństwa czy
islamu. Pokazuje to na przykład Thomas Merton, katolicki mnich, w książce Mistycy
i mistrzowie zen.
Zen – jak europejska mistyka – uczy
przekraczania banalnego bycia w świecie (porównaj: Martin Heidegger), czyli
osiągania stanu ekstazy – zagubienia siebie i ponownego odnalezienia, śmierci i
powtórnych, symbolicznych narodzin. Drogą do tej duchowej przemiany jest
rygorystyczny trening emocji, intelektu i woli. Należy ćwiczyć koncentrację,
uważność; trzeba poddać dyscyplinie ciało (asceza) i duszę (medytacja).
„Przedmiotem medytacji jest koan. Wymaga on szczególnego psychicznego
zaangażowania i pozwala na długotrwałe zogniskowanie świadomości. Oto kilka
przykładów koanu: jaka jest twoja prawdziwa twarz sprzed twoich narodzin? Jeśli
spotkasz na ulicy kogoś, kto poznał prawdę, powinieneś przejść obok niego, nie
mówiąc, ale i nie milcząc. Jak to zrobisz? Kapłan Shusan uniósł swój kij przed
zgromadzeniem mnichów i powiedział: Jeśli nazwiesz to kijem, będzie to okropne.
Jeśli nie nazwiesz tego kijem, będzie to błąd. Jak więc to nazwiesz? Hakuin
uniósł w powietrzu rękę, pytając uczniów: jaki jest dźwięk klaśnięcia jedna
ręką?” (Eugen Herrigel). Na marginesie można dodać, że również absurdy i
paradoksy zawarte w aforyzmach (nasz krąg kulturowy) mogą powodować analogiczny
efekt psychologiczny. Wróćmy jednak do japońskiego słowa „koan”, które w
historii przechodziło ewolucję znaczeniową. „Obecnie słowo to oznacza
opowiastkę o jakimś dawnym mistrzu lub rozmowę pomiędzy mistrzem a mnichami,
albo też stwierdzenie lub pytanie zadane przez nauczyciela. Niezależnie od
formy koanów, wszystkich używa się w celu otwarcia umysłu na przyjęcie prawdy
zen” (Daisetz Teitaro Suzuki). Tak więc koanem może być zarówno europejska
przypowieść (np. ewangeliczna lub talmudyczna), anegdota czy fraszka, jak i
azjatyckie haiku.
Jaka jest instrukcja obsługi koanu
(przypowieści, anegdoty, aforyzmu, fraszki, haiku)? Przez długi czas adept
skupia się na określonym zadaniu-zdaniu; zapadając w głęboką medytację, bada
problem we wszystkich możliwych kierunkach. „Ogarnięty pasją rzuca się na
problem, już nie tylko samym rozróżniającym intelektem, lecz połączonymi siłami
ciała, duszy i ducha. Napięcie to nigdy go nie opuszcza. Ściga go podczas
wypoczynku, podczas posiłków, podczas codziennej pracy. Towarzyszy mu nawet
podczas snu. Nie trzeba teraz specjalnie się wysilać, żeby o tym myśleć! Nawet
kiedy umysł chciałby się od tego oderwać, nie jest w stanie. Wszystko na
próżno, rozwiązanie nie przychodzi. Zaczyna wątpić w swoje możliwości, popada w
rozpacz, nie wiedząc, gdzie się zwrócić. Może zostać wybawiony ze skrajnej
rozpaczy jedynie przez zachętę mistrza, który wskaże mu drogę do rozszerzenia
koncentracji, aby uwolnił się od nastrojów. Musi nauczyć się czekać cierpliwie
i ufnie, aż rozwiązanie przyjdzie samo z siebie, bez żadnego wysiłku” (E.
Herrigel). Tak oto meditatio przechodzi w contemplatio, a poziom
moralny interpretacji tekstu w poziom anagogiczny (porównaj: Umberto Eco).
W stanie duchowego napięcia może się
zdarzyć, że problem niejako rozwiąże się sam, a rozwiązanie będzie nosić
znamiona oślepiającej oczywistości. Bodźcem wyzwalającym tę reakcję łańcuchową
może być praktycznie wszystko: widok, odgłos, zapach, smak itd. Napięcie
przejdzie przez ekscytujące momenty, dojdzie do punktu krytycznego i umysł
eksploduje. W jednym błysku nadejdzie oświecenie, iluminacja. Satori. Brzmi to
bardzo ezoterycznie, ale czyż nie takich stanów ducha doznawał genialny Marcel
Proust? Zresztą również współczesna psychologia metodycznie zbadała procesy
twórcze – te wszystkie inspiracje, natchnienia, pocałunki muz – dochodząc do
wniosku, że każdy rodzaj aktywności twórczej można sprowadzić do czterech faz.
Otóż na proces twórczy składają się następujące etapy: preparacja, inkubacja,
iluminacja, weryfikacja (na tym poprzestanę, dużo na ten temat napisałem wszak
i w autobiografii, i w dziennikach).
Żeby doznać twórczej iluminacji, trzeba wpierw poddać swój mózg
starannej, wytrwałej preparacji: „Ujęcie koanów w system jest najbardziej
charakterystyczną cechą zen. To go właśnie chroni przed zapadnięciem w trans,
przed wyłącznym zagłębieniem się w kontemplacji i przekształceniem w ćwiczenie
wyciszające umysł. Zen usiłuje schwycić życie w jego toku. Ale chcąc je zbadać,
nie zamierza bynajmniej wstrzymywać jego biegu. Stała obecność koanu w naszej
psychice dostarcza umysłowi stałego zajęcia, tzn. utrzymuje go w ciągłej
aktywności. Satori osiąga się w trakcie owej aktywności, a nie, jak sądzą
niektórzy, poprzez jej stłumienie. Z tego, co powiedziano wyżej o istocie
koanu, widać teraz wyraźniej, jak bardzo zen różni się od «medytacji», tak jak
się ją powszechnie rozumie i praktykuje” (D.T. Suzuki).
Celem dyscypliny zen jest zdobycie nowego punktu widzenia, z którego
można dostrzec istotę rzeczy. Właśnie satori jest tym intuicyjnym wejrzeniem,
wglądem, zerknięciem pod podszewkę świata; uderza w samą podstawę bytu i
stanowi punkt zwrotny w życiu. To wyzwolenie moralne, intelektualne i duchowe.
Istotę tego przełomu tak opisuje Suzuki: „Satori to nieoczekiwany rozbłysk w
świadomości nowej prawdy, o której się nawet nie śniło. Jest to rodzaj
duchowego kataklizmu, który występuje nagle po okresie długiego nawarstwiania
się tworzywa do rozmyślań i przykładów. Ale zgromadzony stos przekracza granicę
równowagi i cała budowla wali się w gruzy, a wtedy, spójrzcie, otwiera się
przed wami na oścież nowe niebo. Osiągając temperaturę krzepnięcia, woda nagle
przemienia się w lód; płyn zmienia się nagle w ciało stałe i przestaje
swobodnie poruszać. Satori nadchodzi, kiedy człowiek najmniej się go spodziewa,
gdy czuje, że dał już z siebie wszystko. W sensie religijnym są to nowe narodziny,
w sensie intelektualnym – zdobycie nowego punktu widzenia” (podobnie do sprawy
podchodzi Henryk Elzenberg, wybitny polski filozof i aforysta).
Zen wskazuje dwie drogi do oświecenia: poprzez słowa
(werbalizm) i poprzez działanie (aktywizm). Podejście aktywistyczne kładzie
nacisk na praktyczne lekcje, naukę podczas wykonywania różnych czynności,
uczenie się w akcji. Stąd szczególne znaczenie sztuki. Oraz cel starań, by z
dowolnej czynności uczynić przedmiot aktywności twórczej. Każdy segment
ludzkiej egzystencji może zatem wzlecieć ponad banalny pragmatyzm i stać się
sztuką – dlatego dla kultury japońskiej tak istotna jest sztuka walki mieczem,
sztuka parzenia i picia herbaty, sztuka układania kwiatów (ikebana) i tworzenia
kontemplacyjnych ogrodów zen; w tym kręgu tkwi również poezja, kaligraficzny
styl malarski, teatr nō czy podróż medytacyjna.
Ćwiczenia duchowe powinny być praktykowane w każdym momencie i miejscu.
Alan W. Watts twierdzi, że każda aktywność człowieka może stać się formą
medytacji, zazen: „Zastosowanie zen w działaniu nie ogranicza się jedynie do
sztuk formalnych i nie wymaga bezwzględnie owej szczególnej «techniki
siedzenia» spotykanej we właściwym zazen. Niedawno zmarły doktor Kunihiko
Hashida, redaktor dzieł Dogena, praktykował zen przez całe życie, lecz nigdy
nie stosował formalnego zazen. Jego «praktyką zen» była – ni mniej, ni więcej –
tylko fizyka, którą się zajmował zawodowo, i aby wyrazić swoją postawę, zwykł
mawiać, że przez całe życie bardziej «naukował», niż «zajmował się nauką»”. Tak
więc nawet nauka może być sztuką życia.
Człowiek zen jest artystą: przekształca swoje życie w twórcze dzieło. I
każde dzieło sztuki ma być jak prawdziwe życie – żywe, pełne energii, sensu i
piękna.
Kreatywność posiada naturę paradoksalną, wewnętrznie sprzeczną: jest
ćwiczeniem techniki, a zarazem nie może rezygnować ze spontaniczności; jest
fuzją heroicznej pracy i beztroskiej zabawy. Na przykładzie łucznictwa Watts
pokazał istotę zen: „Herrigel spędził prawie pięć lat na próbach odnalezienia
właściwego sposobu zwalniania cięciwy, czynność ta bowiem musi być wykonywana
«niechcący» – w podobny sposób, w jaki pęka skóra dojrzałego owocu. Jego
problem wymagał rozwiązania paradoksu polegającego na tym, aby ćwiczyć
bezustannie, nigdy niczego «nie usiłując», i zwalniać napiętą cięciwę
nieświadomie. Mistrz jednocześnie przynaglał go do niezmordowanej pracy i do
zaprzestania jakichkolwiek wysiłków. [...] Ta sama zasada obowiązuje podczas
posługiwania się pędzelkiem w kaligrafii i malarstwie. Pędzelek musi sam
malować. Jeśli nie będziemy ćwiczyć bez przerwy, nigdy nam się to nie uda.
Jeśli jednak będziemy podejmować w tym kierunku jakiekolwiek wysiłki, również
nic z tego nie będzie. [...] Nagłe wizje przyrody, stanowiące treść wierszy
haiku, powstają w ten sam sposób, kiedy ich bowiem szukamy, nigdy nie możemy
ich odnaleźć. Czytając sztuczne haiku, zawsze ma się wrażenie, że jest to kawałek
życia, który został z rozmysłem wydzielony czy wyrwany z całości wszechświata;
prawdziwe haiku wydzieliło się z niego samo i zawiera cały wszechświat w
sobie”.
A jak na twórcę i tworzywo zapatrują się mistrzowie kreatywności z kręgu
kultury europejskiej? Umberto Eco twierdzi, że prawdziwa literatura to
literatura trudna, wymagająca, pełna zagadek i tajemnic, będąca ćwiczeniem
duchowym dla jej adresatów: „Pisarze kreatywni proszą swych czytelników, by
spróbowali poszukać rozwiązania; nie oferują im gotowych, definitywnych formuł
(oczywiście z wyjątkiem autorów kiczowatych, sentymentalnych tekstów, których
celem jest dostarczenie taniej pociechy)”.
Stephen King, mistrz literatury popularnej, pokazuje, że praca musi być
zabawą, a talent to nic innego jak efekt ciężkiej pracy, która przychodzi nam z
radością i łatwością: „Jeśli brak w czymś radości, nic z tego nie będzie.
Lepiej przerzucić się na coś innego, tam, gdzie pokłady talentu mogą okazać się
głębsze, a poziom radości wyższy. Talent sprawia, że sama idea prób kompletnie
traci sens. Kiedy znajdujemy coś, do czego mamy talent, robimy to (cokolwiek to
jest), póki nie zaczną krwawić nam palce bądź oczy nie zamkną się same. Nawet
gdy nikt nie słucha (ani nie czyta czy ogląda), każda próba zmienia się w
brawurowy występ, bo jako twórcy jesteśmy szczęśliwi, może nawet bliscy
ekstazy. Dotyczy to tak samo gry na instrumentach, jak czytania i pisania, uderzania
w piłkę baseballową czy biegów długodystansowych. Mozolny program czytania i
pisania, jaki zalecam – cztery do sześciu godzin dziennie – nie wyda się
naprawdę mozolny, jeśli naprawdę lubicie czytać i pisać i macie talent”.
Podobnie twierdzi Ken Follet, który zawsze lubił marzyć i bawić się językiem –
i z tego uczynił swoją profesję.
Ale trzeba się umieć bawić: „«Zabawa w lekturę» wymaga od ciebie,
czytelniku, czynnego udziału, wykorzystania twego doświadczenia życiowego i
twej niewinności, a także uwagi i przebiegłości” – radzi Amos Oz.
Ćwiczenia duchowe to przysmaki edukacyjne, świat karnawału, podróż w
nieznane – aż do kresu nocy, do olśnienia wywołanego dotykiem Niewyobrażalnego
(vide: Jon Fosse).
Orhan Pamuk w Pisarzu naiwnym i sentymentalnym pisze:
„Pielęgnowanie w sobie miłości do powieści i podtrzymywanie nawyku ich czytania
świadczy o nawyku ucieczki od dwuwartościowej logiki kartezjańskiego świata, w
której ciało i umysł, logika i wyobraźnia tworzą system wyraźnych opozycji.
Wyjątkowość powieści polega na tym, że pozwalają one bez niepokoju zestawiać
sprzeczne myśli i uwzględniać jednocześnie różne punkty widzenia. [...]
Powieści prowadzą nas do obiecanej ukrytej prawdy, do punktu centralnego,
wychodząc od drobnych szczegółów i zdarzeń, które dostrzegamy wszyscy w
codziennym życiu i z którymi na swój sposób jesteśmy obeznani”.
Dobrym wprowadzeniem w japońską poezję mogą być refleksje japońskiego
prozaika. „Somerset Maugham napisał kiedyś, że każde golenie jest filozofią.
Trudno się z nim nie zgodzić. Bez względu na to, jak przyziemna wydaje nam się
jakaś czynność, jeśli zajmuje nas wystarczająco długo, staje się aktem
kontemplacyjnym, a nawet medytacyjnym. Zatem jako pisarz i jako biegacz uważam,
że napisanie i opublikowanie książki z osobistymi przemyśleniami o bieganiu nie
sprowadza nas na manowce. Być może należę do ludzi nazbyt drobiazgowych, ale
nie potrafię niczego pojąć dogłębnie bez przelania myśli na papier, więc
musiałem czymś zająć ręce i zapisać te słowa. W przeciwnym razie nigdy bym się
nie dowiedział, czym jest dla mnie bieganie” – wyznał Haruki Murakami w książce
O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu. „Tego, co wiem o pisaniu prozy,
dowiedziałem się podczas codziennego biegania”. A czego się dowiedział? Że...
„Jeśli mamy przed sobą długie lata, znacznie lepiej jest przeżyć je z
jasno wytyczonymi celami i najpełniej jak można, a nie we mgle. Moim zdaniem
bieganie bardzo w tym pomaga. Zmuszenie się do największego wysiłku, do jakiego
jesteśmy w stanie się zmusić przy wszystkich naszych ograniczeniach – oto
istota biegania i metafora życia, a dla mnie również pisania”. Ale i tu trzeba
zachować umiar, żeby nie przekroczyć progu wyczerpania, pisarskiego wypalenia.
Dlatego warto dbać o źródło fizycznej i psychicznej energii, ćwicząc ciało. A
podczas tych ćwiczeń – jak bieganie czy spacerowanie – można dodatkowo podjąć
kolejne wyzwanie. Murakami wykorzystuje trening fizyczny, by uczyć się języka
angielskiego: „Tym, którzy mnie słuchają, powinienem pokazać, kim jestem. Muszę
ich mieć po swojej stronie – nawet przez krótki czas – jeśli chcę, żeby mnie
słuchali. Więc żeby tego dokonać, muszę ćwiczyć mowę nieustannie, co wymaga
wiele wysiłku. Nagrodą za to jest sprostanie kolejnemu wyzwaniu. Bieganie
nadaje się idealnie do uczenia się mów na pamięć. Kiedy niemal nieświadomie
poruszam nogami, układam w głowie słowa w należytym porządku. Odmierzam rytm
zdań, sposób ich brzmienia. Mając umysł zajęty czymś innym niż bieganie,
potrafię biec bardzo długo, zachowując przy tym naturalną prędkość, która mnie
wcale nie męczy”.
Można biegać, można spacerować. O sztuce chodzenia bardzo ciekawie i
wnikliwie pisał transcendentalista Henry David Thoreau, słynny pustelnik i
prekursor obywatelskiego nieposłuszeństwa. Sztuka chodzenia i wędrowania jest
niezwykle istotna; właśnie podczas pieszych podróży powstały najgenialniejsze
aforyzmy Fryderyka Nietzschego oraz najwspanialsze miniatury poetyckie takich
mistrzów haiku, jak Bashō, Buson, Issa czy Shiki.
Czas na historię haiku w pigułce.
Pieśń japońska (waka) przybierała różne formy,
ale z nich najbardziej interesuje nas tanka – krótka pieśń – która miała
istotne znaczenie w powstaniu haiku. Środki ekspresji, w związku z niewielkimi
rozmiarami tych utworów, musiały być oszczędne, skrótowe, symboliczne,
sugestywne, pełne wielokierunkowych odniesień kulturowych, nacechowane wieloznaczną
wartością emocjonalną i semantyczną. Często nawiązywano do utworów
poprzedników, na przykład w postaci przytoczenia pewnej szczególnej frazy, co
pozwalało nadać utworowi wrażenie głębi i wieloznaczności.
Ciekawym etapem rozwoju formalnego poezji japońskiej była renga,
czyli pieśń wiązana – forma żartobliwego dialogu poetyckiego, prowadzonego
przez dwie osoby. Z tej postaci poetyckiej wykształcił się w XVII wieku styl
poetycki zwany haikai, czyli żart; jego tok kompozycyjny opierał się na
ciągu skojarzeń; porównać go można z fraszkami Reja czy Kochanowskiego. Była to
rozrywka – pierwszy szczebel do wyższego stopnia wtajemniczenia.
Uejima Onitsura (1661-1738) doszedł do przekonania, że poza prawdą nie ma
haikai, co wyraził w zbiorze wierszy pt. Szaleństwo wielkiego
olśnienia. Olśnienie, które nastąpiło pod wpływem lektury jednego z utworów
Huinenga, mistrza zen, przedstawił poeta w zbiorze szkiców, gdzie wyraził
pogląd, że zręczne dobieranie słów w sytuacji, gdy nie stoi za tym próba
wniknięcia głęboko w serce, to tylko pusta zabawa.
Matsuo Bashō (1644-1694) był niezwykle ciekawą osobowością, o czym pisze
Mikołaj Melanowicz: „Wiadomo o tym, że Basho nie musiał pracować zarobkowo,
podejmując się pracy nie związanej z poezją. Mógł sobie zapewnić środki do
życia, nauczając haikai, gdyż wielu bogatych kupców i samurajów chętnie
wspomagało swoich mistrzów uczących ich haikai. Jednak Basho nie chciał być od
nich zależny, chciał prowadzić samodzielne życie i zapewnić sobie swobodę
twórczą. Można zadać pytanie, dlaczego poeta zaakceptował samotność i ubóstwo?
Otóż, jak można sądzić, zdawał sobie sprawę z tego, że społeczeństwo feudalne,
w którym wypadło mu żyć, podlegało władzy dwu potęg: samurajów sprawujących
władzę polityczną i mieszczan dzierżących w swych rękach finanse. Bashō, który
wiązał początkowo swą przyszłość z samurajstwem i zrezygnował z tej kariery na
rzecz literatury, następnie porwany nowością zjawisk literackich, starał się
dotrzymać kroku mieszczaństwu, wreszcie podjął próbę ucieczki od mieszczan, by
odkryć własną niezależną drogę. Musiał więc zaakceptować samotność i ubogie
życie. Dla niezależności duchowej musiał poświęcić pozycję samurajską i wygody
materialne mieszczanina”. I ta przemiana objawiła się w zmianie stylu poetyckiego.
Dogłębniejsze przeobrażenia stylistyczne dokonywały się później pod wpływem
pieszych wędrówek, podjętych w celach artystycznych przez poetę, który
podróżował, by kontemplować przyrodę i medytować nad kondycją człowieka.
Powtarzał, że domem poety jest droga.
Bashō przyczynił się do popularyzacji rozwiniętego przez siebie gatunku
literackiego; po jego śmierci nastąpił jednak okres degradacji i wulgaryzacji
haikai: próbowano rozmaitych sztuczek technicznych, zabawiano się zaskakującymi
zestawieniami słów, dbano głównie o pikanterię i dowcip.
Yosa Buson (1716-1784) również prowadził życie
nieustabilizowane, ruchliwe, utrzymując się ze sprzedaży rysunków i obrazów.
Zawiązał grupę poetycką i wypracowywał własny styl, starając się rozbijać
utarte schematy myślowe i formalno-językowe. Nauczał, że można zdobyć mądrość,
będącą podstawą dobrego pisania, podnosząc własny poziom kulturalny i
doskonaląc świadomość piękna poprzez studiowanie klasyków. Inspiracji szukał
też na nizinach ducha. Mawiał: „Haikai, posługując się słowami pospolitymi,
ceni jednak oddalenie się od pospolitości. Oddalając się od pospolitości,
posługuje się pospolitością. Jest to najtrudniejsza w tej sztuce zasada”.
Kobayashi Issa (1763-1827) był synem
chłopa, wcześnie stracił matkę, a z macochą nie znalazł wspólnego języka i
został przez ojca wysłany na służbę do Edo. Życie miał burzliwe i
nieszczęśliwe. Przeżył śmierć trzech synów, córki i żony, nowy ożenek i szybki
rozwód; dopiero z trzecią żoną zaznał spokoju – ale i tak opuścił, podążając do
wieczności, żonę spodziewającą się dziecka. „Notując zdarzenia ze swego
nędznego życia, bez upiększeń, nie tracił wiary w siebie i otaczający świat.
Przedstawiał otwarcie ból po stracie dzieci, ale nie ograniczał się do własnych
przejściowych nastrojów i uczuć. Issa był sojusznikiem ludzi słabych i
pokrzywdzonych, do jakich sam należał. Opiewał przegranych, biednych
sprzedawców ryb, zapaśników, żebraków, upośledzone dziewczęta zmuszone do
prostytucji. Ale nie wszystkie wiersze są tak mroczne, nie wszystkie są
poświęcone ciężkiemu życiu. Są też wśród jego haiku utwory żartobliwe i
liryczne” (M. Melanowicz).
„Większość haiku Issy (napisał ich podobno niemal dwadzieścia tysięcy!)
zachowała się w jego ponad dwunastu dziennikach podróżnych. Opublikował wiele
antologii haiku swoich przyjaciół i uczniów, zabiegał też o nowe wydania
starych mistrzów. Z upodobaniem rysował również w stylu zen, szczególnie
chętnie własne karykatury” (Ryszard Krynicki). Mimo tak intensywnej aktywności
twórczej i wydawniczej – był za życia mało znany, a zainteresowanie jego
wierszami nasiliło się dopiero sto lat po jego śmierci.
Masaoka Shiki (1867-1902) studiował
filozofię i japonistykę; podczas konfliktu japońsko-chińskiego był
korespondentem wojennym, nabawił się wtedy choroby, która utrudniła mu aktywny
styl życia; mimo to założył – by promować haiku – pismo literackie i
stowarzyszenie twórcze. Główną ideą jego teorii haiku było opisywanie
rzeczywistości autentycznie i obiektywnie.
Czym było haiku? Czym jest i czym
może być? Jak się zmieniało, zapuszczając korzenie w Ameryce i Europie?
Dlaczego w Polsce ma rację bytu?
Haiku tradycyjne można określić jako
siedemnastozgłoskowy epigramat; w tłumaczeniach ułożone jest w trzech wersach
(w języku japońskim oczywiście trudno mówić o linijkach, wersach, strofach), w
układzie: 5-7-5 sylab. Można jeszcze wymienić inne zasady rządzące kompozycją
tradycyjnego haiku: utwory te zazwyczaj odwołują się do natury, a nawet do
poszczególnych pór roku. Haiku przedstawia najczęściej wydarzenia dziejące się
w chwili obecnej, stąd operuje czasem teraźniejszym, i wydarzenia te są
epizodami, miniaturowymi anegdotami, zazwyczaj nie podlegającymi uogólnieniom,
generalizacjom. Haiku powinno też być obiektywne, wyrażające tak mało
osobowości poety, jak to tylko możliwe. Winno również unikać takich środków
poetyckich, jak porównanie, personifikacja czy rym – bowiem jako całość jest
metaforą.
Ponieważ haiku ma długą tradycję i
również we współczesnej Japonii jest niezwykle popularne – tysiące piszących
Japończyków, wiele klubów i stowarzyszeń, konkursów i czasopism poświęconych
temu gatunkowi – coraz częściej łamie wyżej wymienione zasady kompozycyjne.
Jeśli jeszcze weźmiemy do tego popularność haiku w Europie i Ameryce Północnej,
liczne tłumaczenia, różnorodność osobowości poetyckich, staje się oczywiste, że
eksperymenty literackie są nieuniknione, co sprawia, że na przykład
anglojęzyczne haiku definiuje się wprost: jak najmniej sylab. Ale tu od razu
pojawia się pytanie, jak odróżnić haiku od aforyzmu czy fraszki.
Problem ten próbował rozgryźć Max
Verhart, eseista, poeta, prezes Holenderskiego Stowarzyszenia Haiku,
zauważając, że haiku w Japonii uprawiali poeci ze wszystkich warstw społecznych
i wielu szkół poetyckich, tak też jest w XXI wieku, dlatego nie ma mowy o
jednoznacznej definicji (rozbieżności obecnie stają się coraz większe).
A jak jest poza kolebką tego gatunku literackiego? Początkowo pisanie
haiku przez obcokrajowców było – w większości przypadków – naśladownictwem.
Możliwie najbardziej wiernie próbowano tłumaczyć i pisać te poetyckie perełki,
żeby w jak największym stopniu oddać japońskiego ducha, co pociągało za sobą kurczowe
trzymanie się wszystkich reguł gatunku. „Można by nawet powiedzieć – pisze
Verhart – że naśladowcy z Zachodu początkowo próbowali tworzyć haiku w manierze
daleko bardziej japońskiej, niż sami Japończycy. Dlatego określam tę początkową
fazę – fazą przyjęcia. W fazie następnej niektórzy poeci adaptowali haiku
zgodnie z ich osobistymi upodobaniami poetyckimi, wymogami danego języka i
kontekstem kulturowym. To oznaczało poszerzenie gamy tematów poza krąg związany
z naturą, poeta jako podmiot mógł się pojawiać w wierszu, personifikacja i
metafora przestały być niedopuszczalne, a podział sylabiczny 5-7-5 przestał być
świętością. Krótko mówiąc: haiku zaczęło ewoluować z dala od miejsca swego
pochodzenia. Była to według mnie faza dostosowania”.
Różnicę pomiędzy tymi fazami ewolucji
gatunku literackiego znamionuje odrębność celu i znaczenia. „W fazie przyjęcia
celem było pisanie haiku, w fazie dostosowania haiku przestało być celem dla
poetów, ważniejsze stało się dla nich znaczenie wyrażające ich poetycką
wrażliwość w nowy sposób” (M. Verhart). Obraz poetycki powinien teraz mienić
się znaczeniami i otwierać przestrzeń dla różnorodnych poglądów i umiejętności,
pozostając w zgodzie z istotnymi cechami języka, w którym jest konstruowany.
Tak więc „globalne haiku” ma tyle twarzy, w ilu językach jest pisane.
W 1999 roku podczas konferencji w
Tokio i Matsuyamie znawcy tematu z wielu krajów doszli do wniosku, że forma i
technika literacka mają być podporządkowane poetyckiej ekspresji i dążeniom
twórców, a nie odwrotnie. Co zatem pozostaje istotą haiku? Deklaracja z
Matsuyamy mówi, że powszechnym wyróżnikiem gatunku ma być krótka forma
zachowująca ducha haiku. Oszczędność formy – to oczywistość. Ale przy tak
enigmatycznej definicji można by do haiku zaliczyć również wiele fraszek
(zwłaszcza tych późniejszych, przesyconych liryką) Jana Izydora Sztaudyngera
czy aforyzmów Czesława Miłosza, Ramóna Gómeza de la Serny, René Chara. Czy wobec tego warto jeszcze mówić o duchu
haiku? Przecież jego istota jest nieuchwytna (Duch wieje, kędy chce). Może
raczej warto poszukać wspólnego mianownika dla krótkiej formy literackiej, co
kiedyś próbowali zrobić Jan Trzynadlowski czy Michał Głowiński (wciągając w
krąg rozważań jeszcze... slogan reklamowy) w swoich esejach
teoretycznoliterackich.
Żeby zrozumieć znaczenie haiku dla
współczesnej literatury polskiej, trzeba spojrzeć na sprawę szerzej, włączając
do rozważań zagadnienia z zakresu socjologii literatury, uwzględniając recepcję
takich gatunków, jak aforyzm, fraszka czy limeryk. Punktem wyjścia niech będzie
cytat z Cienia mgły. Antologii haiku północnoamerykańskiego:
„Nastawienie znakomitej większości krytyków i poetów do orientalnej
nadprodukcji lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych było niezbyt przychylne. I
nic dziwnego. Spora część dokonań tego okresu była dziełem hochsztaplerów. Z
wieloma wyjątkami: znaczna grupa ważnych poetów przejęła się nową formą,
zrozumiała, że chodzi w niej o coś więcej niż o schemat 5-7-5. Należą do nich
między innymi: Gary Snyder, Jack Kerouac czy Etheridge Knight. Haiku stanowi
tylko niewielki procent ich dorobku” (Andrzej Szuba).
W Stanach Zjednoczonych powoli
wzrastało zainteresowanie buddyzmem zen, a po wydaniu przez Reginalda H. Blytha
w latach 1949-1952 czterech tomów tłumaczeń klasycznych haiku, opatrzonych
wstępem, komentarzami i analizą literacką, wybuchła nowa moda artystyczna.
Haiku masowo czytano i pisano, nic więc dziwnego, że w tej masie entuzjastów
przeważali autorzy niskich lotów. Ponieważ jednak wśród producentów tego
gatunku literackiego byli też pisarze wybitni, haiku zyskiwało właściwą sobie
renomę, a ruchy artystyczne z nim związane przetrwały do XXI wieku. Na taki
obrót sprawy wpłynęła działalność wielu wybitnych teoretyków literatury, którzy
rozumieli odrębność piśmiennictwa w języku angielskim. Robert Spiess pisał:
„Haiku w języku angielskim jest wyjątkowe przez to, że wykorzystując zasoby i
geniusz naszego języka, i środki naszej poetyki dla odtworzenia zjawiska przy
pomocy słów i pauz, wymaga właściwej japońskiemu haiku podwyższonej
świadomości, bezpośredniej percepcji, prostoty i zwięzłości, aluzji i
niedomówienia, a przy tym wszystkim konkretu i szczegółu, poetyckiej
naturalności”. Haiku nie stało się jedynie zabawą literacką, gdyż cały czas
zadawano sobie w Ameryce pytanie podstawowe: Uprawiana przez nas forma jest
doświadczeniem estetycznym czy religijnym? Na pytanie to najczęściej
odpowiadano w mniej więcej taki sposób: „Jestem przekonany, że najlepsze haiku
powstają z bezpośredniego doświadczenia natury i że to intuicyjne doświadczenie
może być wyrażone w każdym języku. W zasadzie uważam haiku za doświadczenie
egzystencjalne, a nie literackie” (J.W. Hackett).
Na rozwój amerykańskiego haiku
znaczny wpływ miał imagizm Ezry Pounda – nie tylko wiersze, ale i bogata
działalność teoretyczna i popularyzatorska. Stąd anglojęzyczne antologie haiku
zawierają cały wachlarz środków poetyckich (eksperymenty językowe, dynamiczne
zestawienia obrazów, quasi-surrealistyczne wizje, prostota przetykana ciszą,
misterna liryczna biżuteria itd.).
A
jak to w Polsce było? Zainteresowanie kulturą japońską nabrało u nas rozpędu
dzięki „Chimerze” Zenona Przesmyckiego oraz wielkiej kolekcji (i pasji!)
Feliksa Jasieńskiego. Rok 1918 był przełomowy, na światło dzienne wyszli
futuryści, formiści, coraz głośniejsi byli przedstawiciele Skamandra i
Awangardy Krakowskiej. Anatol Stern wydał Futuryzje, w których pomieścił
żartobliwe trzywersowe utworki; Tytus Czyżewski natomiast tworzył quasi-haiku –
„wizje elektryczne”. Również Maria Jasnorzewska-Pawlikowska i Kazimiera
Iłłakowiczówna uległy fascynacji Orientem. O twórczości tej pierwszej tak pisał
Tadeusz Peiper: „Rzadkie w dzisiejszej poezji zjawisko: utwory, które otacza
idea poetycka. W budowie, w rozmiarach, w wyrazie jeden zamiar. [...] Ruch
myśli. W utworach czterowierszowych dzieje się tu więcej niż w sążnistych
wierszykach wielbionych u nas słowolejów. Myśl porusza się z szybkością piłki,
która błyskawicznymi odbiciami obiegłaby ściany świata” (tak więc polskie
„haiku” nie zawsze zbudowane było z trzech wersów).
Z japońską miniaturą literacką
zmierzyło się w XX wieku wielu wybitnych polskich poetów: Miron Białoszewski,
Stanisław Grochowiak, Jarosław Iwaszkiewicz, Mieczysław Jastrun, Aleksander
Wat, Adam Ważyk, Halina Poświatowska, Janusz Stanisław Pasierb, Jerzy
Harasymowicz, Leszek Engelking, Wojciech Kawiński, Urszula Zybura czy Ryszard
Krynicki. Każdy z nich wyrażał w tej krótkiej formie własną osobowość twórczą,
własny świat, własne doświadczenia literackie. Jedni (jak Grochowiak czy
Harasymowicz) nadawali swoim miniaturom tytuły, inni przeciągali haiku o
dodatkowy wers; niektórzy zaś niemal zupełnie lekceważyli klasyczne wzorce
gatunku (np. Dariusz Brzóska-Brzóskiewicz).
Jan Stanisław Bystroń w Publiczności
literackiej i Walter Muschg w genialnych Tragicznych dziejach literatury
piszą, że popularność danego gatunku literackiego – a więc także uznanie
dla twórców parających się tym segmentem literatury – zależy od wielu czynników
pozaliterackich, chyba należących raczej do społecznej otoczki literatury (vide:
życie towarzyskie a środowisko literackie). Haiku ma w Polsce dobrą opinię.
Zawdzięcza ją wielu pasjonatom (np. krakowskie Wydawnictwo MINIATURA, pismo
„Metafora”, Agnieszka Żuławska-Umeda, Ewa Tomaszewska, Andrzej Szuba, Marek
Has).
Największy wpływ na rozpropagowanie danego gatunku literackiego mają
jednak sławni pisarze. I teraz warto pokazać, jak to było z naszymi noblistami.
Wisława Szymborska tworzyła świetne wiersze, a w konwencji
literacko-towarzyskiej zabawy pisywała limeryki, co wystarczyło, by obecnie ta
forma zaczęła się cieszyć niezwykłą popularnością (liczne tomiki, antologie,
konkursy, biesiady literackie); jest to zwykła moda, która niczego nie wnosi do
bogactwa naszej literatury, a może nawet jakoś jej szkodzi, gdyż marginalizuje
aforyzm i fraszkę, gatunki literackie, które mają w Polsce długą tradycję i
wybitne osiągnięcia.
Klasykami polskiej fraszki są Mikołaj Rej, Jan Kochanowski, Mikołaj Sęp
Szarzyński, Szymon Szymonowic, Maciej Kazimierz Sarbiewski, Jan Andrzej
Morsztyn, Wacław Potocki, Adam Naruszewicz, Ignacy Krasicki, Franciszek
Karpiński, Franciszek Zabłocki, Julian Ursyn Niemcewicz, Aleksander Fredro,
Stanisław Jachowicz, Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Cyprian Kamil Norwid,
Adam Asnyk, Henryk Sienkiewicz, Bolesław Prus, Kazimierz Przerwa-Tetmajer,
Stanisław Wyspiański, Tadeusz Boy-Żeleński, Adolf Nowaczyński, Leopold Staff,
Bolesław Wieniawa-Długoszowski, Stanisław Ignacy Witkiewicz, Tadeusz
Kotarbiński, Tadeusz Peiper, Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Kazimierz
Wierzyński, Jan Lechoń, Magdalena Samozwaniec, Artur Maria Swinarski, Jan
Brzechwa, Marian Hemar, Konstanty Ildefons Gałczyński, Jeremi Przybora, Jan
Twardowski, Ludwik Jerzy Kern, Tadeusz Różewicz, Andrzej Waligórski, Bruno
Miecugow i Jan Izydor Sztaudynger. Jednak obecnie z fraszką kojarzony jest głównie
ten ostatni, wyłącznie jego książki można znaleźć na rynku – mimo że autor nie
żyje już od ponad pięćdziesięciu lat; tomiki innych fraszkopisów są zaś w
księgarniach niedostępne.
Podobnie przedstawia się sytuacja
aforyzmu. W dziejach naszej literatury gatunkiem tym parali się wybitni twórcy:
Jan Żabczyc, Andrzej Maksymilian Fredro, Alojzy Żółkowski, Kazimierz
Brodziński, Aleksander Fredro, Stefan Witwicki, Adolf Dygasiński, Aleksander
Świętochowski, Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Feliks Chwalibóg, Karol Irzykowski,
Adolf Nowaczyński, Ludwik Hirszfeld, Henryk Elzenberg, Hugo Dionizy Steinhaus,
Horacy Safrin, Stanisław Czosnowski, Julian Tuwim, Jerzy Drobnik, Stefan
Napierski, Witold Zechenter, Stanisław Jerzy Lec, Stefan Kisielewski, Jan
Czarny, Wiesław Brudziński, Jacek Wejroch czy Sławomir Mrożek. I co nam z tego
zostało? Jedynie Lec się sprzedaje, więc tylko Leca się wydaje i poleca Leca. Blisko
sześćdziesiąt lat po jego śmierci! Wyobraźmy sobie taką sytuację: w
księgarniach polską prozę reprezentuje jedynie Maria Dąbrowska lub Witold
Gombrowicz, a nie ma Stasiuka, Tokarczuk, Pilcha, Gretkowskiej, Myśliwskiego...
Nazwisk klasyków aforyzmu i współczesnych aforystów nie zna nie tylko
przeciętny czytelnik, ale też – o zgrozo – przeciętny historyk literatury czy
krytyk literacki (o redaktorach z wydawnictw albo pism literackich już nie
wspominając). Z polskiego życia kulturalnego wyparowały całkowicie pisma
satyryczne (jak „Karuzela” czy „Szpilki”) zamieszczające ongiś fraszki i
aforyzmy (to zjawisko społeczno-kulturalne jest zadziwiające przy nadprodukcji
telewizyjnej satyry kabaretowej); wybitni antologiści (Kazimierz Orzechowski,
Joachim Glensk, Włodzimierz Masłowski, Mieczysław Kozłowski czy Józef
Bułatowicz) odchodzą już do historii; upadają ambitne projekty wydawnicze (Biblioteczka
Aforystów – seria Państwowego Instytutu Wydawniczego – prowadzi smętny żywot w
nielicznych antykwariatach).
W takiej otoczce polityki kulturalnej jako tako żyje więc (w kategorii:
mała forma literacka) – dzięki Szymborskiej – limeryk. Oraz haiku – za co
wielkie dzięki innemu naszemu nobliście. Czesław Miłosz wydał w 1992 roku (w
Wydawnictwie M) Haiku, własne tłumaczenia (a raczej parafrazy) dawnych i
współczesnych mistrzów gatunku. Tomik zawiera niezwykle inspirujący esej (który
zafascynował kiedyś Józefa Tischnera i zrobił z niego miłośnika haiku). Miłosz stwierdza
tam, że nie każde haiku jest owocem medytacji, często bywa igraszką słowną, ale
i w tej grze sensów kryje się dążenie do zbadania i opisania rzeczywistości,
pełnej sprzecznych tendencji, co tak dobrze daje się zawrzeć w formie
cechującej się paradoksalną zwięzłością. Autor śledzi drogi myśli i odkrywa w
haiku inspiracje buddyjskie, taoistyczne, konfucjańskie – ale i
chrześcijańskie. Pisze: „Mówię o tym wszystkim, żeby uprzedzić, że pozory mylą
i że, zdawałoby się, tak łatwe do naśladowania haiku zawierają w sobie całą
filozofię życia wypracowaną w ciągu stuleci, toteż odsyłają ku czemuś innemu
niż same słowa i obrazy, nie nadają się też do ustanawiania jeszcze jednej
literackiej mody. Co prawda istnieje powód, dla którego haiku trafiają do nas w
momencie właściwym. Tym powodem są kolejne przewroty modernistyczne w technice
poetyckiej, poczynając od francuskiego symbolizmu. Ich skutkiem jest np.
zanikanie poematu epickiego (choć próby są nadal robione) i w ogóle niechęć do
dłuższych wierszy, wyjątkowo tylko nie odczuwanych jako wielosłowie czy wręcz
retoryka. Dla naszej wrażliwości im mniej słów, tym lepiej, skąd już prosta
droga do zapytania, jaki sens da się wyrazić przy maksymalnie zmniejszonej ich
liczbie. I w takiej chwili spotykamy poezję, która od wieków zaprawia się w
skrótach, używając słów jako niedoskonałego zapisu medytacji bezsłownej o życiu
i świecie”. W tych kwestiach Miłosz wiele zawdzięcza esejom H.R. Blytha, autora
dwutomowej Historii haiku, który twierdził, że ta forma literacka jest
wyrazem krótkotrwałego olśnienia, kiedy wglądamy w istotę rzeczy: „Haiku żąda
od nas, aby nasza dusza znalazła swoją własną nieskończoność w granicach
jakiejś skończonej rzeczy”.
Miłosz widzi przyczynę głębi tego gatunku w pokorze poetów wobec
aforyzmów zen, takich jak ten: „Jest to jak miecz, który rani, a siebie nie
może zranić; jak oko, które widzi, a siebie nie może zobaczyć”. Polski noblista
powtarza, że wiersze haiku często są po prostu fraszkami: „Humor jest istotną
przyprawą haiku i nawet świato-ogląd, jaki wyrażają, można nazwać nabożnością
humorystów, stale zdumionych komicznymi stronami naszej codziennej
egzystencji”. Dlaczego więc obecnie w Polsce haiku cieszy się lepszą renomą niż
nasza rodzima fraszka? Czyżby racji nie miał Tadeusz J. Żółciński, autor wstępu
do antologii Józefa Bułatowicza Z fraszką przez stulecia (XV-XX wiek), gdzie
dowodzi, że fraszka jest najtrudniejszym gatunkiem literackim, wymagającym od
autora inteligencji, refleksji, dowcipu, dyscypliny myśli i precyzji słowa? Bo
nie mieliśmy takich promotorów tego gatunku, jakim był dla haiku Czesław
Miłosz? Zacytuję go jeszcze raz, ale w miejsce słowa „haiku” proponuję wstawić
„aforyzm” albo „fraszka” (bo są to gatunki bardziej pokrewne sobie, niż to się
śniło waszym filozofom i innym kretynokrytykom): „Z każdego haiku da się
odgadnąć całą sytuację piszącego. [...] Nagle ukazuje się człowiek w danej
chwili i miejscu, nie musi opowiadać o sobie, ale właśnie pewna bezosobowość,
zaczerpnięta z japońskich wzorów, ukazuje go całego w jednym błysku, jak w
świetle fleszu”. Tak oto nagle – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki –
nawet najbardziej zwykłe (codzienne i przyziemne) sprawy zostają przemienione i
podniesione do rangi poezji.
Wpływ Miłosza na postrzeganie haiku w Polsce był tak duży, że namieszał w
głowach nawet znawcom przedmiotu. Na przykład Ewa Tomaszewska we wstępie do
opracowanej przez siebie Antologii polskiego haiku pisze tak: „W 1978
roku powstają takie utwory Czesława Miłosza, włączone potem do Hymnu o perle,
jak Czytając japońskiego poetę Issa (1762-1826) czy Zdania. «Zdania»
to jednowierszowe, w większości jednozdaniowe utwory, z krwi i kości
«śródziemnomorskie», urzekają pięknem formy i oryginalnością, wielką prostotą
środków, która ukrywa głębię, dystansem akcentującym tajemnicę, gdzie czas
liczony nie w latach czy wiekach, ale w tysiącleciach, przywoływany jest przez
przelotne wrażenie, obraz”. W zasadzie można się zgodzić z każdym powyższym słowem...
ale zaraz pojawia się pytanie, po co pani Tomaszewska o tym w ogóle pisze.
Rozwiązanie znajdujemy w części zasadniczej antologii, gdzie owe „zdania”
figurują jako haiku. Kompletne nieporozumienie, przecież to po prostu liryczne
aforyzmy – powie ktoś, komu aforyzmy nie kojarzą się wyłącznie z satyrycznymi
kalamburami czy (wprost przeciwnie) z filozoficznymi sentencjami. Ale sprawa
jest bardziej złożona. Zdania zawierają „zdania” jak najbardziej
aforystyczne, ale również te przypominające epigramat czy – właśnie – haiku.
Miłosz tak już ma – jak każdy ambitny i wybitny pisarz – że łamie reguły i
przekracza granice gatunków. Stąd na przykład jego Piesek przydrożny jest
pełen utworów o nieokreślonej przynależności formalnej. Wniosek z tych rozważań
jest również nieokreślony: aforyzm, fraszka i haiku nie są oddzielone od siebie
jakąś nieprzekraczalną grubą kreską.
Nie nos dla tabakiery, tylko tabakiera dla nosa. Nie wierność jakimś
wydumanym rygorom z zatęchłych sal na wydziałach polonistyki, tylko wierność
sobie i wizji, którą chce się innym przekazać. Tutaj naprawdę cel uświęca
środki – to pierwsze przykazanie każdego poważnego (choćby i tryskającego
dowcipem) pisarza. A celem jest duchowa doskonałość.
Co jest celem haiku (fraszki, aforyzmu)? Agnieszka Żuławska-Umeda tak to
widzi: „Każdy wiersz haiku jest obrazkiem – szkicem, który notuje aktualny stan
jakiegoś wycinka świata w sposób najpełniejszy, ponieważ oddaje jego barwę,
muzykę, nawet zapach i całą otaczającą go atmosferę, działającą na uczucia
poety i czytelnika. Podobnie jak w obrazach zen [tzw. zenga], gdzie
poszczególne cząsteczki wszechświata: drzewo albo kwiat czy nawet tylko liść,
istnieją samotnie w białej i pustej przestrzeni, «opisując» ten świat w sposób
najkrótszy i najbardziej wyczerpujący. Porównanie z malarstwem zen nie jest
tutaj przypadkowe, albowiem oba przejawy sztuki stworzone zostały przez tę samą
myśl: chęć świadomego przeżycia momentu teraźniejszego. Dlatego mistrzowie
haiku porzucali swoich bliskich, by pędzić dni w niestrudzonych wędrówkach i
jako mnisi buddyjscy ze spokojem poddać się prawu niestałości wszechrzeczy i
zajrzeć w głąb czasu. A więc tym mocniej odczuwali proste i czyste piękno
rzeczy, która ma przeminąć, piękno, jakie widzą dzieci, i utrwalali je w swojej
poezji. Potrafili darzyć miłością żaby i koniki polne, pchły i komary tak samo,
jak wiosnę i kwiaty. Pisali o żebrakach i sierotach, o zwyczajnych zdarzeniach
i prostych czynnościach. Dlatego czytając haiku, ma się nieodparte wrażenie, że
traktują oni każdą rzecz jak coś bardzo bliskiego, co, żyjąc własnym życiem,
chce zasłużyć sobie na naszą uwagę i pracuje na oświecenie człowieka, bo czasem
chwila może zrodzić w nim Buddę, a jedno doznanie poetę. Wszędzie czeka na
niego satori – to nagłe zrozumienie, może ocknienie, pozwalające wznieść na
wyższy poziom umysł i wolę i przyjmować rzeczywistość ze spokojem, bez
pośpiechu, z pewną rezygnacją. [...] Ta poezja jest odkryciem i jakby nowym
spojrzeniem na to, co tworzy nasz wszechświat. Może pomóc w odszukaniu siebie
niczym satori, po którym człowiek widzi piękno i bogactwo istniejące w jego
własnej naturze. Haiku budzi utajoną w najdalszych zakątkach duszy świadomość
więzi z Przyrodą. Jest to wiersz krótki i szybki jak błysk, wiersz, który chowa
w sobie ironię i śmiać się będzie z sentymentalnej powagi liryka”.
No dobrze, ale czy ta filozofia może zainspirować współczesnego człowieka
Zachodu? Czy może pomóc polskim poetom?
„Rozważania nad związkiem poezji i filozofii, który tak wyraźnie
zaznaczył się w historii zen, możemy znaleźć także w filozofii zachodniej.
Heidegger zwracał uwagę na to, że poezja posiada zdolność wydobywania z
konwencjonalnego znaczenia słów nowych treści i dlatego człowiek powinien dążyć
do powrotu do swojego pierwotnego źródła w «poetycko-myślowym doświadczeniu
bycia»” – pisze Agnieszka Kozyra w Filozofii zen. Również Tadeusz
Płużański, filozof i poeta, jest podobnego zdania: „Przekonałem się, że im
bardziej uczony traktat, tym bardziej jałowy, bo tym dalej odbiega od
rzeczywistości; że więcej mówią o człowieku i jego sytuacji krótkie «myśli»
Pascala niż opasłe tomy Hegla. [...] Słowo poetyckie jest bardziej nośne, ono
nie traci nic z treści intelektualnych, ale jeszcze dodatkowo zawiera treści
emocjonalne, estetyczne. [...] Przekonałem się, że do tego, nad czym filozof
biedzi się latami, można dojść jednym zgrabnym wierszem, jedną celną linijką”.
Na koniec wróćmy do związku poezji i filozofii z
ćwiczeniami duchowymi.
Zasadniczą tezą tego szkicu jest założenie, że człowiek może się
zmieniać, doskonalić, a książki (literatura, filozofia) mogą grać w tej
przemianie wewnętrznej decydującą rolę. Wchodzą z nami w interakcję w sposób,
który wnosi do życia coś nowego. My tylko mamy pozwolić im w nas działać.
W książkach jest coś więcej niż fakty, informacje, wiedza. Pisali o tym
na przykład Allan Bloom (Umysł zamknięty) czy George Steiner (Rzeczywiste
obecności). Również Lindsay Waters twierdzi podobnie: „Św. Augustyn
sprzeciwiał się działaniu tych współczesnych, którzy pozbawiają książkę
jakiegokolwiek znaczenia lub treści, ponieważ wierzy, że przedmiot, książka,
film czy piosenka, pewien artefakt znajdujący się poza moim ciałem, może
doprowadzić mnie do interakcji, zdolnej zmienić mnie duchowo”.
Jedną z najciekawszych pozycji, dotyczących interesującego nas tematu,
jest Filozofia jako ćwiczenie duchowe, w której Pierre Hadot w
błyskotliwy sposób pokazuje, że dzieła filozoficzne – książki mędrców – są
właśnie ćwiczeniami duchowymi, które autor uprawia sam i które daje do
uprawiania czytelnikowi, i jako takie mają wartość psychagogiczną, a więc
powinny być oceniane z perspektywy skutku, jaki wywołują w duszach, a nie
jedynie jako zbiór tez, które coś tam mówią o świecie.
Już Blaise Pascal odróżniał cel spekulatywny idei poznania samego siebie
i jej cel praktyczny. Książka Hadota rozwija tę myśl. Kategoria ćwiczeń
duchowych kieruje nas zasadniczo ku innym treściom pojęcia filozofii niż
poznawcze – odsyła do życia wewnętrznego filozofa i jego czytelników: jest
uczeniem się czytania, uczeniem się życia, więcej, jej celem jest konwersja,
metanoja. „Prawdziwym podmiotem filozofii rozumianej na sposób starożytny
badacz i myśliciel jest dopiero pod warunkiem, że uprawia – samotnie lub w
gronie sobie podobnych – swe szczególne ćwiczenia i że jako filozof-asceta
staje się zarazem tych ćwiczeń tworzywem i przedmiotem, samotworem, który
powstaje nie inaczej niż dzięki ich uprawianiu” (Juliusz Domański).
Jak mogą wyglądać te ćwiczenia? Posłuchajmy, jak je widzi Georges
Friedmann: „Wzlatywać codziennie! Choćby na chwilę, która może być krótka, byle
była intensywna. Codziennie «ćwiczenie duchowe» – samemu albo w towarzystwie
człowieka, który też chce się udoskonalić. Ćwiczenia duchowe. Wyjść poza
trwanie. Starać się wyzbyć własnych namiętności próżności, żądzy rozgłosu wokół
swego imienia (która od czasu do czasu chwyta jak chroniczna choroba). Porzucić
obmowę. Wyzbyć się litości i nienawiści. Kochać wszystkich ludzi wolnych.
Unieśmiertelnić się, przekraczając samego siebie. Ta praca nad sobą jest
konieczna, ta ambicja – słuszna. Liczni są ci, których pochłania całkowicie
wojująca polityka, przygotowania do rewolucji społecznej. Nieliczni, bardzo
nieliczni ci, którzy przygotowując rewolucję, chcą stać się jej godni”. Od tego
właśnie cytatu Hadot rozpoczyna swoje rozważania o ćwiczeniach duchowych, po
czym tłumaczy, że chodzi tu nie tylko o ćwiczenie myśli, ale również wyobraźni
i wrażliwości. Celem jest przekształcenie widzenia świata i metamorfoza
osobowości. Egzystencjalny przewrót ma doprowadzić do osiągnięcia samoświadomości,
autentyzmu, spokoju i wewnętrznej wolności. Tak więc filozofia pokrewna jest
psychoterapii. „Każda szkoła ma swoją własną metodę terapeutyczną, ale
wszystkie łączą terapię z gruntownym przekształceniem sposobu postrzegania i
sposobu bycia jednostki. Realizacja tego przekształcenia – oto cel ćwiczeń
duchowych” – wyjaśnia Pierre Hadot.
Francuski filozof pokazuje, które władze duszy należy poddać ćwiczeniom,
i wymienia (na przykład) uwagę, pamięć, inteligencję, wrażliwość, wyobraźnię,
energię, nawyki, sztukę czytania i rozmowy. Podaje również przykłady
konkretnych ćwiczeń: medytacja nad tekstem (np. studiowanie anegdot i
apoftegmatów); uczenie się na pamięć maksym (aforyzmów); planowanie działań na
każdy dzień (i wieczorne rozliczenie się z realizacji planów); dialog z innymi
albo z samym sobą; pisanie dziennika, żeby porządkować myśli; spełnianie
obowiązków życia społecznego i nauka panowania nad własnymi emocjami,
uczuciami; systematyczne powtarzanie pewnych działań, by zdobyć w nich wprawę i
wykształcić odpowiednie nawyki; kontemplowanie świata fizycznego i wyobrażanie
sobie nieskończoności; powracanie w myślach do przeszłości i fantazjowanie na
temat przyszłości; pielęgnowanie przyjaźni i doskonalenie miłości; kształcenie
sztuki prowadzenia debaty filozoficznej i umiejętności snucia narracji; życie
uwzględniające konieczność śmierci, a więc rozważanie, co należy zrobić ze
swoim życiem przed tą ostateczną datą; zmaganie się z sytuacjami granicznymi;
nauka czytania wnikliwego i systematyczna lektura, pełna pasji, gorliwości,
żarliwości (a nie kontakt z książkami, by zdobyć jakiś zawód czy kolejny
stopień naukowy).
Podobnie do problemu ćwiczeń duchowych podchodzi Dariusz Czaja w książce
pt. Znaki szczególne. Antropologia jako ćwiczenie duchowe. Wychodzi w
niej z propozycją lektury egzystencjalnej (nie rozumienie, tylko moje
rozumienie): „Idzie o to, by interpretowane dzieło (np. czytaną książkę,
oglądany film) wyprowadzić z antyseptycznych uniwersyteckich rewirów i mocniej
związać z realnym życiem. Jeszcze inaczej: żeby zrozumieć, że w szeroko
rozumianej lekturze tekstów (a rozszerzając: obrazów, dzieł muzycznych) chodzi
najpierw i przede wszystkim o fundamentalny zysk poznawczy w postaci przemiany
naszego wnętrza. Że chodzi nie o literę (mówiąc frywolniej: o litery!), ale o
ducha właśnie”. To dlatego tenże antropolog nawiązuje zarówno do słynnych
ćwiczeń Ignacego Loyoli i jego praktycznej metody kształtowania życia
(kontemplatywność w działaniu), jak i do twórczości Pawła Muratowa, który w Obrazach
Włoch pokazał, jak podróżować, by do kraju wrócić z bagażem wzbogacających
doświadczeń. W ogóle cała książka Czai to szukanie mądrości w kontakcie z
najróżniejszymi dziełami natury i kultury. Tak autor dochodzi do związków
antropologii z literaturą. Powołuje się na rozważania dwóch noblistów, Miłosza
i Llosy, i pisze, że „literatura ma (a na pewno: może mieć) mocny wymiar
poznawczy. Nie dostarcza wiedzy dyskursywnej i pewnej, jest raczej wciąż
ponawianym ruchem w stronę «ostatecznego» poznania. Przypomina, uprawianą za
pomocą języka (i zmiennych literackich form), pogoń za realnym życiem. To tak
naprawdę żmudna, pracochłonna, niekończąca się próba schwytania go w literackie
sidła”.
Reasumując, czytaj i pisz, każdego dnia siedząc nad rzeką Heraklita i łowiąc
w sieć swojego mózgu krwiste promienie słońca. Tak właśnie zrobił Jacek Dukaj –
skoczył prosto w mgłę i chmury. W Imperium chmur opisał, jak to władca
wyrusza przez kraj, przez sny poddanych, przez przeszłość i przyszłość: „Podróż
bez końca – pusta jest głowa wędrowca – dzban na kamienie tęsknoty”. Podróż
przez Japonię: eksperymentalna powieść o Kraju Kwitnącego Haiku, opowieść, w
której udział biorą awatary Bolesława Prusa – Julian Ochocki i Stanisław
Wokulski wplątani w realizację wynalazku doktora Geista. Wszystko to uwikłane w
dialog języka z rzeczywistością, w ciszę i pustkę między umysłem a kulturą.
Owa powieść krakowskiego pisarza – bogato inkrustowana perełkami haiku –
stanowi delikatną aluzję do polskich kamieni rzucanych na szaniec, do diamentów
zanurzonych w szarości popiołu. Bohaterowie uczą się sztuki czystego
przeżywania… „Toną ich słowa jak kamienie ciskane w Morze Chmur”. A czytelnicy
zadają sobie pytanie: Dukaj zwariował czy tylko przeszarżował? Krytycy zaś mogą
się zachwycać, bądź tylko usprawiedliwiać prawo pisarza do rozciągania gatunku
literackiego aż do granic możliwości. Trzeba bowiem uczciwie przyznać, że
dzieło Dukaja to niezwykle odważna próba syntezy haiku z powieścią – proza
poetycka, prowokacja artystyczna, która pozwala w nowy sposób spojrzeć tak na
kulturę Japonii, jak i na literaturę polską. Ale to już temat na kolejny esej…
Podsumowując swoje rozważania o duchowości w duchu japońskiego i
polskiego haiku – postawię czytelnikom taki oto koan, którym przewrotnie
zakończył swą powieść Jacek Dukaj: „Spośród wielu niemożliwych lub
prawie-niemożliwych wyzwań, jakie przyciągają mnie niczym ogień ćmę, stworzenie
haiku prozą jawiło mi się szczególnie szlachetną formą literackiego seppuku. Czym
jest haiku? Które z cech definiujących haiku przetrwają w prozie? Rozkoszny
absurd tego wyzwania przemawia już w tej sprzeczności: haiku wszak to
przysłowiowa zwięzłość, spektakularny ascetyzm słowa: siedemnaście sylab, trzy
linijki w łacińskim zapisie. Rozwiniesz haiku – zanegujesz haiku. Oczywiście
można oddawać japońskość i poetyckość w stylu, tematyce i klimacie opowieści –
to wyzwanie odrębne. Lecz jak zachować w długiej formie literackiej specyfikę
samego haiku?”.
Oto jest pytanie, na które nie ma odpowiedzi. Ale czy na pewno? Oto
prawdziwy koan. Reszta jest milczeniem.
Komentarze
Prześlij komentarz
NIECH ŻYJE KULTURA I ETYKA SŁOWA!