AUTORKA: JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH
BAGNO
Bogna przekroczyła bramę rezerwatu i weszła na szeroką
turystyczną kładkę wiodącą w głąb Boru na Czerwonem, do platformy widokowej. Tutaj
trzeba było iść tylko wytyczonym szlakiem bądź znaleźć po lewej stronie, bliżej
rzeki, którąś z niewielu suchych ścieżek. Torfowisko, mające w najgłębszych
miejscach nawet pięć metrów, nie lubiło intruzów, wciągało niczym świeżo wylany
beton.
Wokół rozciągał się podmokły teren, porośnięty po
obu stronach traktu sosnami, brzozami i świerkami. Buków i jodeł było niewiele.
Gdzieniegdzie znalazły dla siebie miejsce krzaki jeżyn, paprocie i jarzębiny. Po
prawej na wolno płynącym strumyku widać było grube kożuchy mchu. Kolory biły po
oczach. Od malachitowego przez groszkowy i miętę po limonkowy i zgniłą zieleń.
Wzrok wabiły zwłaszcza soczyście zielone kopuły torfowiska, z których wystawały
wysokie źdźbła trawy. Mchy torfowce zaanektowały tutaj niemal sto piętnaście
hektarów. I choć według botaników występująca tu flora, typowa dla boru
bagiennego, była uboga, ale malownicza i intrygująca.
Kiedyś ta jaskrawa zieleń oczarowała Bognę. Dziś
patrzyła na nią z obojętnością. Jakby siedziała w tramwaju i bezmyślnie spoglądała
przez szyby.
Był gorący czerwcowy dzień. Delikatne podmuchy
wiatru niosły zbawienną ulgę.
Bogna, od stóp do głów ubrana w biel, poczuła, że jej
bawełniana bluzka bez rękawów przylepiła się do pleców. Luźne, długie spodnie,
zakończone gumkami nad ulubionymi trampkami marki Big Star, również nieprzyjemnie
przylgnęły do ud i pośladków. By trochę przeschnąć, dziewczyna szybko upięła
swoje gęste długie włosy w niedbały, acz wyćwiczony już przez nią kok. Ciemna,
niemal czarna czupryna, porcelanowa cera i niebieskie oczy kojarzyły się z
bajką. Królewna Śnieżka. Tak mógłby rzec ten, kto obserwując ją, podziwiał jej
urodę.
Minęła parę tablic edukacyjnych i kilkoro turystów,
którzy podążali w przeciwną stronę. Chyba opowiadali sobie jakiś dowcip bądź
zabawną historię, bo właśnie próbowali stłumić hałaśliwy, lecz naładowany
serdecznością śmiech. Po chwili stukot ich butów na drewnianej kładce nad
mokradłem ucichł. Została sama. Ona i świergocące gdzieś na gałęziach ptaki.
Trochę się bała.
Jeszcze wczoraj myślała, że dojrzała. Że ma w sobie doskonały
francuski brie czekający na konsumpcję. Że jest gotowa do akcji. Jednak dziś woń
pleśni była zbyt ostra i to bardzo zaniepokoiło Bognę. Ten zapach mógł wywołać
torsje sumienia i słabość. Szukała sposobu, jak sobie z nim poradzić. Mogłaby przepędzić
go drzemiącą w niej nienawiścią, myślami równie gniewnymi jak halny. Mogłaby.
Miała jednak nieodparte wrażenie, że już wypluła z siebie jakąkolwiek agresję,
szczelnie zamknęła ją gdzieś w sobie i rzuciła garść ziemi na tę trumnę. Mogłaby
przywołać na pomoc jakieś anioły, jakichś Świętych, choćby Judę Tadeusza, jego
duszę obitą kijami, albo Świętą Ritę, by spróbować nauczyć się od niej
przebaczenia. Mogłaby, ale brzmiałoby to jak bluźnierstwo, bo przecież Bogna była
zdecydowana.
Lepiej zapomnieć, że wierzyła kiedyś w niebo, piekło
i czyściec.
– Znalazłem!
Te słowa usłyszała na przywitanie w poniedziałek, dwa
dni temu. Akurat wyszła z biura na pocztę. Żadnego „cześć, siostrzyczko, jak
się masz?”, żadnych standardowych zwrotów, zero ceregieli. Przez ostatnie pięć
miesięcy wysyłał tylko krótkie esemesy, że u niego wszystko okej, że robi
swoje, poluje na Węża, całusy, pozdrowienia i takie tam, więc słowo, które
wtedy usłyszała, spadło na nią jak bomba. Na ułamek sekundy rozpadła się na
drobne kawałki, po czym pozbierała do kupy i uświadomiła sobie, że wcale nie
potrzebuje trywialnych, choć miłych dla ucha słów. Liczyła się tylko ta
informacja. Najważniejszy news dnia.
– Poważnie? – wydusiła Bogna, choć nie potrzebowała
potwierdzenia. Intuicja jej podpowiadała, że jest tak, jak mówi Kacper. Rzuciła
to słowo, byle coś rzucić bratu w eter. Żeby wiedział, że wciąż jest po drugiej
stronie, bo ona chwilowo zastygła, drgnęły jedynie jej narządy mowy.
– No tak, dziary z boa od łokci do nadgarstków.
Nie mogła ruszyć żadnym mięśniem, żadną częścią
ciała. Coś jej w tym przeszkadzało, pętało ją niczym larwę w kokonie. Czy to te
węże? Boa dusiciele? Splotły się wokół jej talii?
Zabolało jak kiedyś.
Milczała.
To nic, teraz to już nieważne, powtarzała sobie w
duchu, będzie dobrze, będzie lepiej.
– Czarno-czerwone, jak mówiłaś – ciągnął Kacper. – Na
sto procent, nie, na sto dwa.
– Musimy być pewni – powiedziała już stanowczo, ale
przez chwilę nie mogła zaczerpnąć tchu, poczuła jakiś ciężar przygniatający ją
do mokrego mchu. I tę ziemię, która kiedyś wżarła się jej pod paznokcie i
której przez kilka dni nie mogła ani odmoczyć, ani wygrzebać.
– Posłuchaj, wiem nawet, kto zrobił ten tatuaż! Poszedłem
tam. Była tam taka wytatuowana od stóp do głów dziewczyna. Kojarzyła go. Była
pewna, że na mieście tylko on ma to gówno. Potem kręciłem się z dwa miesiące z
jego kolesiami, no i w końcu z nim. Obaliliśmy niejedną flaszkę, skutki będę
leczył później, zapłacisz za mój odwyk – zaśmiał się krótko.
– Okej. Co jeszcze? – Bogna próbowała przegnać
wspomnienie, wyswobadzając się z nieistniejącego wężowego uścisku i otrzepując
ubranie z ziemi i maleńkich listków torfowca.
– Co? No, podpytywałem go, co robił kilka lat temu,
czy któregoś lata wyjeżdżał gdzieś, żeby mieć pewność, że tu był wtedy. I co
usłyszałem? Że najdalej, gdzie on będzie miał wakacje, to chyba w niebie.
Kurwa, w niebie, powiedział. Ja mu takie niebo odmaluję, że hej! Od pięciu lat
nie wyjechał dalej niż do burdelu w Krakowie, a i to było więcej niż cztery
lata temu. Mówił, że za mało mu płacą w nadleśnictwie, żeby po świecie się szwendał,
bo wszystko przecież takie drogie, że chuj, a włóczyć to się lubi, ale po
lasach. Podobno buduje bacówkę pod jakąś Czubą, na zadupiu Nowego Targu, ale
idzie mu jak po grudzie, bo przepuszcza kasę na wódę. No i najważniejsze,
słuchaj, siostra. Kiedyś się upił i zostaliśmy sami w jakimś blaszaku na auto
ojca jednego z tych szemranych kumpli, i przez sen wymamrotał dwa razy jedno
imię. Zgadnij jakie? Tak, Sara. Powęszyłem z tą Sarą. Takie imię miała jego siostra.
Nie żyje, powiesiła się w stodole dziadków. Była wtedy w pierwszej klasie
gimnazjum. Węże, Sara, czego chcesz więcej? To on, na dwieście procent. Takie
przypadki po prostu się nie zdarzają. Wąż nazywa się…
– Nie mów – przerwała mu błyskawicznie – nie chcę
wiedzieć.
– W porządku – odrzekł, nieznacznie się wahając. –
Nie chcesz, okej, twoja wola. Przyjedziesz?
– Wezmę wolne
od jutra do końca tygodnia. Pasuje ci? – Oddech Bogny szarpał się niczym pies
na uwięzi, a ona starała się go uspokoić.
– Jasne, wbijaj, kiedy chcesz. Resztę opowiem w
cztery oczy. – Kacper nic więcej nie dodał, choć powinien, bo Bogna nie miała
pojęcia, o jakiej reszcie mówił. W momencie, gdy czerwona dioda na ekranie
smartfona Kacpra zareagowała na jego palec, Bogna zaklęła pod nosem.
Tkwiła pod murem upaćkanym obelżywymi graffiti,
trzymając swój telefon w opuszczonej wzdłuż ciała dłoni.
Wreszcie wrócił normalny oddech.
Pokręciła głową w tę i we w tę, podniosła ręce,
zgięła w łokciach, ruszyła stopami, a później jeszcze podciągnęła kolana. Już
dobrze, wróciłam do ciała, pomyślała.
Gdy już ponownie przetrawiła informacje od brata,
nie potrafiła odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego nie jest w pracy,
dlaczego stoi w jakiejś bramie przy ruchliwej ulicy. W pobliżu zauważyła dwoje
drzwi, a przy nich spore tablice informujące o mieszczących się w tym budynku
firmach i poradniach. Ich nazwy nic jej nie mówiły.
Oparła się o odrapaną ścianę i powoli zbierała siły
do wyjścia na chodnik.
No tak, poczta, olśniło ją.
Z Warszawy wyjechała wczesnym rankiem pierwszego
dnia urlopu na żądanie, a wieczorem była już w mieszkaniu wynajmowanym przez Kacpra
na Ogrodowej w Nowym Targu. Zamieszkał tu dla niej. Zostawił w stolicy wszystko,
co było dla niego ważne. Rodzinę, przyjaciół, ulubione kluby, intratną posadę w
korporacji, w której czuł się jak ryba w wodzie. A dostał kiepsko płatny etat w
obsłudze technicznej tutejszego sądu i marną perspektywę zawarcia znajomości,
na których by mu zależało.
Bogna stała już na niewysokiej wieży widokowej w rezerwacie
i rozmyślała, czy rzeczywiście brat trafił w dziesiątkę. Spróbowała określić
część wspólną zbiorów nazywanych miejscem, czasem i perspektywą. Znalazła się w
środku rezerwatu, w środku roku, w środku tygodnia, w środku dnia, tego była
pewna, ale czy Kacper znalazł to, czego szukali, właściwy pępek, tego nie
wiedziała.
Zadzwonił telefon. Przez chwilę słyszała swojego
brata, ale łapała z jego wypowiedzi jedynie co drugą sylabę. Jego głos
skojarzył się jej z dźwiękiem powstającym przy konfrontacji tłuczka do mięsa i płatków
kukurydzianych. Teraz połączenie urywało na dłużej.
– Halo, Kacper! Halo! Słyszysz mnie?
Z niepokojem spojrzała w dół, w kierunku pustej
leśnej ścieżki edukacyjno-przyrodniczej, a później na telefon. Przez chwilę
analizowała to, co usłyszała przed rwaniem sieci: „Będę na platformie o dwunastej”,
po czym znowu wybrała numer brata i przyłożyła telefon do ucha.
Nadal trzaski i szumy, a potem mocarna cisza w
eterze.
Cholera, pewnie mu padła bateria, pomyślała. Kacper
spóźniał się już piętnaście minut, Bogna postanowiła zaczekać jeszcze dziesięć,
a jeśliby się nie zjawił, wrócić do mieszkania. Do Boru mógł iść na skróty, nie
głównym wejściem z ogrodzeniem i bramą, lecz tym otwartym na cztery świata
strony, bocznym, nieujawnianym przed turystami, do którego wiodła wąska ścieżka
wzdłuż Białego Dunajca. Szansa, że ona i brat wpadną na siebie – on idąc do
rezerwatu, ona wychodząc z niego – była więc opcją: albo-albo.
Przez chwilę obserwowała drewnianą kładkę, po czym
odwróciła się i rozejrzała. Tu, gdzie stała, kończył się teren zalesiony. Wiedziała,
że po prawej, za przesłaniającymi je świerkami i brzozami, ciągnęło się
wprawdzie kilkadziesiąt hektarów rezerwatu, ale terenu tego nie było stąd widać.
Inaczej było na wprost platformy, tuż przed nosem Bogny. Widok odsłaniał
kolejne kilkadziesiąt hektarów torfowisk z dużymi obszarami podmokłych łąk,
porośniętych gdzieniegdzie sosną nazwaną drzewokosą, czyli nietypową kosodrzewiną,
mającą ponoć czterysta lat. Bagna zasilane raz po raz deszczami i topniejącym
śniegiem. Miejsce, na którym strach postawić stopę.
Pachnie pralasem, pomyślała.
Gdzieś dalej, we mgle i w chmurach ukrywały się
Tatry, Gorce i Beskid Żywiecki, i Diablak, który tak lubiła. Ale dziś góry mało
ją obchodziły. Nie przyjechała tu dla widoków. Szukała powietrza. Powietrza
innego niż to, którym oddychała przez ostatnie trzy lata. Niezbrukanego,
czystego, odżywczego. By móc żyć jak dawniej. No i nadszedł dzień zemsty. Dzień
gniewu, który tłumiła w sobie tak długo, aż przestała rozumieć, kim właściwie
jest. Tylko jedna osoba ciągle jej o tym przypominała. Tylko brat stawiał ją na
nogi i przypominał, że musi oddychać.
Już wczoraj wieczorem obgadali cały plan, dzisiejsza
południowa wizja lokalna miała być tylko lukrem na ciasteczku, które piekli w
wysokim ogniu przez ostatnie trzy lata. Nadwornym cukiernikiem tego
przedsięwzięcia był Kacper.
Kacper, który pamiętał.
Rodzeństwo i ich znajomi wynajmowali tego lata całe
piętro gospodarstwa agroturystycznego na nowotarskim Zadziale. To były dwa
tygodnie zwiedzania i wędrowania po Gorcach. W przeddzień powrotu do Warszawy
Bogna nie wróciła na noc i choć miała już dwadzieścia dwa lata, Kaper nie
zmrużył oka, czekając na nią. Przed szóstą usłyszał, że wchodzi i zamyka się w
łazience. Zapytał przez drzwi, czy wszystko w porządku. Odburknęła na tyle
radośnie, na ile mogła, więc pokrzyczał na nią, że powinna zadzwonić do niego,
jeśli nie zamierzała wracać na nockę do chaty. Przeprosiła i mruknęła, że spała
u Beaty. A że kojarzył jakąś Beatę, która przyłączyła się do nich w drodze na
Turbacz, odetchnął z ulgą, położył się i zasnął, nastawiając budzik w komórce
na dziewiątą. Wkrótce jednak obudziła go pilna potrzeba, więc niezdarnie, na
wpół śpiąc, poczłapał do łazienki i potrącił suszarkę. To na niej Bogna nieopatrznie
zostawiła wszystkie swoje zakrwawione brudy zawinięte w ręcznik. Zupełnie o
nich zapomniała, bo wychodząc, włożyła szlafrok. Rzeczy spadły, a on zdębiał. Wszystkiego
się domyślił. Wszedł cicho do pokoju, który dzieliła z Baśką, śpiącą zwykle tak
mocno, że by wróciła z krainy snów na ziemię, trzeba było ją zawsze porządnie
wyszarpać i nakrzyczeć na nią. Na łóżku Bogny jej samej nie było widać. Spod
kołdry wystawał tylko kosmyk ciemnych włosów. Uchylił rąbek, siostra cofnęła
się jak oparzona. Zobaczył przestraszone, mokre oczy i ręce, brudne paznokcie,
przetarte do krwi nadgarstki, innych obrażeń nie mógł widzieć, bo skrywała je
pościel. I zapłakał. A potem chodził po pokoju niczym furiat, zaciskając
pięści, cedząc słowa najciszej, jak potrafił, ze względu na Baśkę. Chciał
zabrać Bognę do szpitala, zgłosić to na policję, ale ona kazała mu milczeć,
jeśli nadal chce być jej bratem.
A miesiąc później zaplanował cały ten dzień gniewu.
Czas mijał, a Kacpra nie było. Nie dzwonił.
Zaniepokojona, wróciła z Boru na Ogrodową. Mieszkanie było puste. Gdy po
jakiejś godzinie w końcu się pojawił, odchodziła już niemal od zmysłów i zwymyślała
go od najgorszych. A on spokojnie przeczekał tę nawałnicę i wyjaśnił, że zepsuł
mu się samochód, no i padła bateria. Musi teraz zająć się holowaniem i tak
sprawę załatwić, żeby do wieczora auto było sprawne. Bo bez niego ani rusz.
Wyszedł.
A Bogna zaczęła wątpić.
Czy na pewno znaleźli właśnie Węża? A jeśli to nie
on? Przecież się nie przyzna, a torturować Kacper wcale go nie zamierza.
Pytał mnie wtedy o drogę… Czy po takim czasie
rozpoznam jego głos? A jeśli nie będę pewna, to co dalej? Skrzywdzimy
niewinnego.
Bogna niczego tak mocno w życiu nie pragnęła, jak
tego, by całe to polowanie na Węża wreszcie się skończyło.
W jej głowie pojawiła się nagle myśl, że musi
znaleźć więcej informacji o tej Sarze.
Włączyła laptop i w wyszukiwarce wpisała kilka słów.
Rzeczywiście, w „Tygodniku Podhalańskim” był artykuł o śmierci piętnastoletniej
Sary M. z Nowego Targu, krótka wzmianka, sugerująca, że to nie jest wcale
oczywiste samobójstwo. Dowody nie były jednoznaczne. No i nie zostawiła listu.
Bogna wiedziała, że pisze je tylko trzydzieści procent samobójców, ale za
każdym razem, gdy go nie ma, pojawia się pytanie o prawdziwość tego zdarzenia. Jaki
był powód? Dobra uczennica, dobra córka, klasyka. Przepytywano jej rodziców, trójkę
rodzeństwa, znajomych ze szkoły, sąsiadów – nikt nic nie wiedział. To wszystko
już wczoraj mówił jej Kacper, nawet wspólnie się zastanawiali, czy powodem tej ostatecznej
decyzji nie był jej brat, Wąż. Może ją molestował? Może Sara nie wytrzymała
przemocy i gróźb? A może ktoś ją do tego zmusił? A może była molestowana przez
ojca? Wujka? Może bito ją w domu? Może prześladowano w szkole? Gdyby tylko Bogna
mogła porozmawiać z jej rodzicami… Nie! Nie! Co też przychodzi jej do głowy!?
Przecież jej rodzice to również rodzice Węża, czyli rozmawiałaby z ludźmi,
których syna chciałaby rozgnieść jak pluskwę. Przekroczyłaby granicę. Granicę
pozorów, poza którą ona i Kacper są sobą. A tu przecież trzeba grać. I to nie
tylko marsz pogrzebowy.
Zostawmy Sarę w spokoju, pomyślała, teraz liczy się
tylko Wąż.
Przebrała się w ciemne ubranie, jak ustalili. Czarne
legginsy i czarną bluzę. Usiadła na szerokim parapecie i gapiła się na ludzi idących
ulicą. Mieszkanie Kacpra mieściło się na poddaszu trzypiętrowej kamienicy, a że
nikt nie zadzierał głowy, patrzyła do woli.
On tam gdzieś jest, wśród nich, pomyślała. Chodzi
sobie, niczego nieświadomy, a powinien umykać jak zając w polu. Ale Bonnie i
Clyde go dziś dopadną.
Niech się stanie! Niech to się wreszcie skończy! –
wykrzyczała w duchu.
Siedziała tak do zmierzchu, wypatrując brata i wciąż
na nowo wyrównując oddech. Sprzyjało temu wpadające teraz do pokoju przez
otwarty lufcik rześkie chłodne powietrze. Czerwcowy upał zelżał. Oczy i
policzki, zmoczone łzami, wyschły, a lędźwie zesztywniały. Światło obudziło
drzemiące domy, latarnie.
Minęła dwudziesta trzecia.
I wtedy Kacper zadzwonił, by zeszła na dół, a ona przestraszyła
się, że to już.
Jego dziesięcioletni czerwony fiat bravo stał przy
chodniku. Migały światła awaryjne.
– Jest w bagażniku – zakomunikował Bognie, gdy
wsiadła, i ruszył.
– Czym go poczęstowałeś? – zapytała, roztrzęsiona.
– Ośmioprocentowym sewofluranem. Minutka wdychania i
jest załatwiony na jakieś trzy godziny. – Rozdrażnienie w tonie jego głosu
zaskoczyło ją. – Przecież ci mówiłem, co i jak.
– No tak, a sprawdziłeś, czy jeszcze żyje? Może jest
na coś uczulony i wozisz trupa w aucie.
– Czy to ważne?
Nie odpowiedziała.
Podjechali pod rezerwat, zaparkowali z dala od
latarni, po czym zaczęli nasłuchiwać. Nic się nie działo, ani w bagażniku, ani
w pobliżu bramy. Wyszli z samochodu.
Bogna ciężko oddychała. Jakby właśnie wskoczyła na
ring i toczyła walkę sparingową z sobą samą.
– Gotowa? – Kacper spojrzał na nią z troską. Skinęła
głową, więc otworzył bagażnik.
Przyjrzała się leżącemu tam mężczyźnie. Był łysy, co
było dla niej niespodzianką, bo facet, który pytał o drogę jakieś włosy miał. Pewnie
je zgolił, pomyślała. Na oko mógł mieć ze czterdzieści lat. Przy rozciętej
dolnej wardze widać było zaschniętą krew. Biała koszulka z jakimś nadrukiem
była przybrudzona, a dżinsy opinały nisko biodra, odsłaniając niebieskie
majtki. Poprute tu i ówdzie biało-niebieskie markowe adidasy miały za sobą z
pewnością więcej niż dziesięć sezonów.
Nagle wszystko do niej wróciło.
Ta straszna noc, kiedy zatrzymał się obok niej jakiś
samochód. Ta noc, kiedy popełniła dwa największe błędy w swoim życiu. Nie
zadała sobie pytania, czemu ten człowiek za kierownicą założył nocą ciemne
okulary, i stanęła za blisko auta, facet prysnął jej czymś w twarz. Chwilę
wcześniej zdążyła zobaczyć ręce oplecione wężami.
Gdy oprzytomniała, było ciemno i cicho, a ona leżała
na wznak, rozpostarta jak Jezus na krzyżu i przywiązana do czegoś sznurami. Jakiś
materiał szczelnie owijał jej twarz. Pod sobą wyczuła ziemię obrośniętą
niewielką ilością trawy, a czuła ją wyraźnie, bo od szyi w dół naga. Skóra na
całym ciele wyłapywała chłód. Nie miała nawet na stopach swoich pięknych,
kolorowych sandałów. Jak tylko zdała sobie sprawę, że jej usta skleja jakaś
taśma, zaczęła się szarpać niczym opętana przez demona. Przerażona, wyła, artykułując
niezrozumiałe nawet dla niej samej słowa. Wbijające się w skórę sznury wokół
nadgarstków nie pozwoliły jej jednak na powtarzanie tych rozpaczliwych
manewrów. Po kilkunastu minutach ręce zaczęły piec, popłynęła krew. Bogna
wyczuła ją niemal jak pies, nie widziała jej, niczego nie widziała. Mężczyzna
zarzucił na jej głowę, o czym się później przekonała, jej własną sukienkę. Wyciągnął
ręce Bogny z rękawów i otulił głowę tkaniną w taki sposób, by kręcąc się,
dziewczyna jej nie zsunęła.
Nie miała pojęcia, gdzie jest. Próbowała poznać po
zapachu, ojciec zawsze jej mówił, że to po nim ma ten doskonały węch. Ale
dookolny zapach, jeśli w ogóle przebił się przez materiał na jej głowie, nie
dotarł do nosa. Nos wyłapał wyłącznie smród potu, Jej i czyjegoś. Ale dotyku
Węża jeszcze wtedy nie czuła, pewnie patrzył i czekał, aż ona się zmęczy.
Dopiero potem. Gdy siłą rozwarł jej nogi, choć kopała, jak mogła najmocniej, i
wszedł w nią jednym silnym pchnięciem. Ból rozdzierający krocze, promieniujący
od podbrzusza po czubek głowy, był tak intensywny, że myślała, że umiera. Ale
nie umarła, nawet nie zemdlała, płakała, nie zwracając uwagi na dźwięki
wydobywające się z jego ust, sapanie i cicho szeptane imię: Sara. I było już jej
zupełnie obojętne, co będzie potem.
A trwało to całą wieczność. Zgwałcił ją jeszcze dwa
razy.
Gdy w końcu skończył, odciął sznur przy jej prawej
dłoni i włożył w nią coś płaskiego i podłużnego, zaciskając lekko w piąstkę. Po
czym odszedł, zgniatając coś pod butami. Odgłos wydawał się znajomy. Chrzęściły
drobne gałązki. Wywiózł mnie, skurwiel, do lasu, pomyślała. Ścisnęła dłoń
trochę mocniej. To, co trzymała, było śliskie i ostre. Poczuła kolejny ból, ale
zignorowała go, bo i tak bolało ją całe ciało. Intuicja podpowiadała jej, że to
szkło, ale Bogna nie była pewna. Odłożyła tę rzecz na swój brzuch, ostrożnie,
bo jej ręka drżała. Powoli odwinęła materiał z głowy i zerwała taśmę z ust. Księżyc
świecił jasno, więc od razu wiedziała, co błyszczy na jej ciele. Kawałek rozbitej
szyby. No tak, zostawił jej wybór.
Cała się trzęsąc, spiłowała tym szkłem drugi sznur,
wiodący od jej lewej dłoni do pobliskiego drzewa, włożyła sukienkę i usiadła
pod pniem, podkuliwszy kolana. Długo płakała. Nie podcięła sobie żył ani nie
wbiła szkła w żadną tętnicę, ruszyła przed siebie w kierunku rozwidlenia między
drzewami. Boso. Butów nie znalazła. Kilka minut później zobaczyła drewnianą kładkę.
Już wiedziała, gdzie jest. Podeszła do wysokiej drewnianej bramy rezerwatu, ale
ta była zamknięta od zewnątrz, musiała więc poszukać innego wyjścia. Terenu nie
znała zbyt dobrze, wiedziała tylko tyle, że z Boru wyjdzie, kierując się w
prawo, a potem w stronę mostu. Do gospodarstwa na Zadział dotarła wraz ze wschodzącym
słońcem.
Bogna zachwiała się na nogach. Kacper złapał ją za
łokieć.
– W porządku? – Przypatrywał się jej czujnym
wzrokiem. Wydawał się spokojny, opanowany.
A ona nadal patrzyła na Węża. Wyobraziła sobie, jak
bierze nóż i wbija go w jego klatkę piersiową, i od razu poczuła się lepiej, pewniej.
Dalej poszło już według planu.
Wyciągnęli nieprzytomnego Węża z fiata, związali mu nogi
i ręce za plecami, usta zakleili taśmą i ukryli go za zaroślami przy bramie.
Bogna stanęła na czatach, w miejscu ciemnym, lecz z
dobrą widocznością, a Kacper odjechał autem na parking w pobliżu małego
aeroklubowego lotniska, by stojący pod rezerwatem samochód nie rzucił się
nikomu w oczy. Potem wrócił do siostry pieszo, skrótem przez murawę. Serce biło
jej jak oszalałe, gdy patrzyła, jak przez otwartą przestrzeń biegnie wprost na
nią jakiś człowiek. Przecież nie miała pewności, że to brat. Sylwetkę w czarnym
dresie rozpoznała dopiero, gdy był dwa metry od niej.
Odetchnęła głęboko.
Chwilę później bez zbędnych słów, ale z wyrazem
obrzydzenia na twarzy, chwyciła Węża za nogi, a Kacper założył czołówkę,
włączył najsłabsze światło i złapał go pod pachy. Ważył góra dziewięćdziesiąt
kilogramów. Nadal był nieprzytomny. Niosąc go, stawali kilka razy, aż w końcu doszli
do platformy. Kacper zniknął w ciemnościach, po czym wrócił z dwiema szerokimi
deskami, które przerzucił między podestem a kępą w pobliżu małej brzózki.
Przeszedł po nich dwa razy, mocno naciskając butami, by się upewnić, że
trzymają się na powierzchni. Już kiedyś kilka razy to robił, przychodził tu
nawet z kijem i sprawdzał głębokość grzęzawiska.
Zanim z wielkim trudem wsunęli Węża do zdradliwej
bagiennej wody, Kacper przeciął nożem sprężynowym sznur krępujący mu nogi,
zwinął go byle jak i schował go do kieszeni, po czym nacisnął zapadkę na
rękojeści sprężynowca, ostrze zniknęło. Oboje wiedzieli, że mężczyzna musi mieć
nieskrępowane nogi, by w panice starać się nimi ruszać, a tym samym zapadać się
w bagno coraz głębiej.
Potem Bogna stanęła pod brzozą i obserwowała. Każdy
mięsień jej ciała odczuł wzmagające się napięcie. Oddychała szybko i płytko.
Klatka piersiowa znowu zabolała, znów oplotły ją węże.
Kacper wyłączył czołówkę, więc oboje przez kilka
sekund oswajali wzrok z panującą wokół ciemnością. Księżyc świecił na tyle
jasno, że widzieli siebie nawzajem, Węża, kawałek drewnianej ścieżki, zarys
wieży widokowej i kilku drzew wokół, ale nic ponadto.
Ciszę jak makiem zasiał przerwało tak głośne kumkanie
tutejszych kumaków, że Kacper aż się skrzywił. Płazie gadanie zawsze
doprowadzało go do furii. Pchnął nieprzytomnego mężczyznę głębiej w bagno, do
pasa.
I wtedy Wąż zaczął się budzić. Mrugał oczami, aż w
końcu całkiem je otworzył i zdębiał, widząc Kacpra. Chwilę później zauważył
Bognę, ale nie zatrzymał na niej spojrzenia, szybko znowu spojrzał na kumpla. Spiorunował
go wzrokiem i chciał coś powiedzieć, pewnie też zaklął, ale spod taśmy wydostał
się jedynie bełkot.
– Morda w kubeł, bo wbiję ci ten nóż w oko – syknął
Kacper, naciskając zapadkę sprężynowca, który w lot wysunął swoją głownię tuż
przed nosem Węża.
Mężczyzna w bagnie potwierdził głową, że będzie
grzeczny, po czym rozejrzał się wokół, próbując się zorientować, gdzie jest.
Kacper na moment włączył czołówkę, by oświetlić jego brzuch i platformę
widokową. Widać było, że mężczyzna skojarzył miejsce. Wpadł w histerię, zaczął
się szamotać i krzyczeć. Kacper chlasnął go szybko ostrzem w policzek.
– Nie wyj, to nic nie da – rzucił cicho i ostro. W
głosie słychać było nienawiść i pogardę. Po chwili zwrócił się łagodnie do
siostry: – Teraz twoja kolej.
– Nie, nie chcę z nim gadać. Niech w końcu spierdala
w to gówno. – Słowa wypełniał taki jad, że mężczyzna w bagnie spojrzał na nią
przerażonym wzrokiem. Ani drgnęła.
– W porządku, sam go oświecę. – Nóż sprężynowy znowu
znalazł się przy oku skrępowanego mężczyzny. – Słuchaj, skurwysynie, gdybyś nie
miał jasności w temacie. Trzy lata temu tu, w Borze, zgwałciłeś moją siostrę.
Wąż wzdrygnął się, zagulgotał i – zaprzeczając – pokręcił
stanowczo głową. Bogna zrobiła dwa kroki w jego kierunku, schyliła się i
splunęła mu w twarz.
– Długo cię szukałem, ty pierdolony zboczeńcu –
szepnął lodowato Kacper. – I zawsze wiedziałem, że któregoś dnia mi to się uda.
No i proszę, opłaciło się czekać. Dziś, kurwa, zapłacisz za to, co zrobiłeś
mojej siostrze. Może ktoś cię kiedyś znajdzie, za tysiąc czy dwa tysiące lat. Może…
A gdy już wyłowi twoją pieprzoną mumię, będzie w siódmym niebie. Nie będzie się
długo zastanawiał, kim byłeś, zostawię mu jedną jedyną rzecz, którą powinien o
tobie wiedzieć. Masz. – Kacper zdjął
zawieszoną na swojej szyi deszczułkę z wyrytym na niej napisem „GWAŁCICIEL” i
założył ją na szyję Węża. – Ostatni prezent na ostatnią drogę. Ale nie myśl, że
dotrzymamy ci towarzystwa do końca, nie, nie, wkrótce sobie zaśniesz i w tym
śnie się udusisz, ale od ciebie zależy, kiedy sobie zaśniesz. Jak zawyjesz,
zasypiasz od razu, ale jeśli będziesz siedział cichutko jak mały szczurek,
zaśniesz trochę później. Chcemy sobie, skurwielu, jeszcze trochę popatrzeć, jak
znikasz.
Z oczu Węża wytrysnęły łzy i spływając, zmieszały
się z krwią na lewym policzku. Mężczyzna znowu zaprzeczał głową, ale
spokojniej, jakby w końcu dotarło do niego, że każdy ruch to kolejny krok do
śmierci. Obserwowali go jeszcze godzinę, zapadł się już niemal po pachy. Oczy miał
już suche, krew na policzku zaschła. Milczał, patrzył na nich. Wodził wzrokiem
od jednego do drugiego, aż w końcu zatrzymał go na Bognie.
A jej właśnie przyszło do głowy, że tak wygląda czarna
rozpacz.
Zaszkliły się jej oczy.
– Chodźmy już – rzuciła nagle.
Kacper wyciągnął z bluzy niewielki spray z
sewofluranem i maseczkę chirurgiczną. Bogna sięgnęła do kieszeni po swoją.
Założyli je, ale zanim oboje wstrzymali oddech, Kacper rzucił do Węża:
– Do zobaczenia w piekle, gnoju.
***
– Mój brat Wiktor zaginął pół roku temu.
Bogna, zszokowana, wpatrywała się w ekran telewizora,
będący na wyposażeniu kawalerki, którą od czterech miesięcy wynajmowała we
Wrocławiu. Wyjechała z Warszawy, by zacząć od nowa. Łatwo było wybrać miejsce,
we Wrocławiu kochała się już od czasów licealnych. Kacper mówił, że
przeprowadzka nic nie da, że jeśli tylko na to pozwoli, jej historia dopadnie
ją wszędzie. Nie uwierzyła mu. Tu na każdym kroku pocieszały ją krasnale. Tu
zaczęła się inna bajka.
Kamera pokazywała mężczyznę i jego rodzinę. Wszyscy
siedzieli w jakimś pokoju obitym boazerią. Bogna nie dostrzegła smutku i
przygnębienia malujących się na ich twarzach, widziała tylko mówiącego do
mikrofonu Węża.
– Szukała go policja, rodzina, znajomi, całe miasto.
Nikt nie wie, gdzie się podział. Jakby zapadł się pod ziemię. Proszę spojrzeć,
to jego zdjęcie. – Na ekranie pojawiła się na dłuższą chwilę fotografia Węża. –
Gołym okiem widać, że to mój bliźniak, ale ja mam bliznę na policzku, a on nie.
Gdy skończyliśmy osiemnaście lat zrobiliśmy sobie nawet takie same tatuaże. –
Uniósł ręce na chwilę i opuścił je. – Ja i rodzina prosimy o kontakt
wszystkich, którzy go widzieli albo którzy mają jakieś wiadomości na temat
tego, gdzie może przebywać. Gdzieś na pasku ma się teraz wyświetlać numer, na
który można dzwonić. Zdjęcie mojego brata można znaleźć też w internecie.
Proszę, zadzwońcie, jeśli coś wiecie.
Bogna z wielkim wysiłkiem łapała swój oddech. Jej
płuca ktoś wsunął w stalowe imadło i pokrętłem powoli dokręcał szczęki.
Zanim upadła na dywan, pomyślała, że to koniec, że zabrakło
już dla niej powietrza.
JSW, 2020

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
NIECH ŻYJE KULTURA I ETYKA SŁOWA!