KSIĄŻKI MOJEGO ŻYCIA - WOJCIECH WIERCIOCH

 


AUTOR: WOJCIECH WIERCIOCH

Książki mojego życia

Pewien bydgoski pisarz, aktywny mój znajomy z Facebooka, zachęcił mnie do ułożenia krótkiej listy dzieł, które najbardziej na mnie wpłynęły. Na liście miało się znaleźć tylko siedem książek. A dlaczego nie dziesięć albo siedemdziesiąt siedem? Siedem, nie więcej. Właśnie dlatego zachęta owego literata wydała mi się ciekawym wyzwaniem. Wybranie kilku kilogramów z tony przeczytanych arcydzieł (większych i pomniejszych) – to zadanie tak poważne, że aż śmieszne. Więc i tym bardziej ciekawe.

Ziarno padło na podatny grunt – na szarą glebę mojego mózgu, która uwielbia przeróżne rankingi. Te układam sobie od chwili, gdy zwariowałem… czyli od kiedy postanowiłem zostać pisarzem. W swoich notatnikach mam tych rankingów sporo: lista najwybitniejszych prozaików, poetów, dramaturgów, eseistów, reportażystów, aforystów etc. Niekiedy dzielę się tymi rankingami w mediach społecznościowych, a podczas Festiwalu Literatury Niezależnej w Krakowie stworzyłem nawet listę najwybitniejszych pisarzy małopolskich XXI wieku (co wywołało duży odzew; a najbardziej atakowali mnie ci, którzy uzyskali pozycję niższą niż ta wynikająca z ich egocentryzmu).

Ad rem. Przejdźmy do tych siedmiu dzieł – i literackich, i filozoficznych, może też innych – które ukształtowały mnie w największym stopniu. Na tej liście nie znajdzie się Biblia, która towarzyszy mi od dzieciństwa, na każdym etapie życia i rozwoju duchowego. Lecz Biblia to cały Kosmos i trudno ją z czymkolwiek porównywać. Także Szekspira pominę, gdyż jest w nim Cała Ziemia, planeta ludzi, bestii, duchów.

Moja krótka lista nie będzie rankingiem, a raczej chronologicznym zestawieniem książek, bez których życie na bezludnej wyspie byłoby dla mnie zbyt uciążliwe. Wyłącznie dorosłe lektury (choć w dzieciństwie jest się niesamowicie chłonnym i plastycznym, i bez Astrid Lindgren, Alfreda Szklarskiego czy Jacka Londona dziecko pozostałoby o wiele dłużej duchowym niemowlęciem). A zatem zaczynam od dwudziestego roku życia…

1. JOSEPH CONRAD, Nostromo.

Nie Fiodor Dostojewski, nie Tomasz Mann, nie Virginia Woolf. Nie Lord Jim, nie Jądro ciemności, nie Tajny agent. Polsko-angielski pisarz towarzyszył mi od najmłodszych lat, ale brałem go najpierw za marynistę i faceta od powieści podróżniczo-przygodowych. Bo właśnie to potrafi zafascynować nastolatka. Gdy już jednak postanowiłem (albo coś we mnie lub nade mną postanowiło) wejść na literacką drogę życia i poczułem się zobowiązany nadrobić niejakie zaległości w lekturach – na pierwszy ogień poszedł właśnie Joseph Conrad. Bo znajomy, swojski, zdawałoby się – przystępny. Wtedy właśnie oczarowała mnie i zaczarowała (gdy już otrząsnąłem się z niejakiego zaskoczenia) ta właśnie powieść. Obfita, skomplikowana, głęboka jak Rów Mariański (choć powierzchowni czytelnicy widzą tylko to, co się unosi na falach). Och, ta głębia psychologiczna, filozoficzna również, i to w połączeniu z historią „wymyślonej” Ameryki Południowej, na którą chrapkę ma Ameryka Północna. Wielka panorama egzystencjalna z powikłanym splotem spraw społecznych, ekonomicznych i politycznych. I każda nośna idea, pojawiająca się na kartach tej powieści, posiada swoich wyznawców i popleczników oraz antagonistów. Obraz-symbol uczuć, przemyślności, pomyślności, klęsk, ideałów (odczuwanych szczerze lub markowanych tylko). Wojna wartości na tle zawirowań kulturowych. I tyle, po prostu arcydzieło. Do tego fascynująca fabuła i mroczny nastrój. Wszystko, czego trzeba, żeby człowiek na nowo sobie ułożył światopogląd.

2. MARCEL PROUST, W poszukiwaniu straconego czasu. Jedna wielka powieść w siedmiu tomach. Narracja przeplatana niezwykle mądrymi esejami oraz uroczymi poematami prozą. Z dodatkami subtelnego dowcipu. Misterium czasu, magia skojarzeń, wspomnień i marzeń. Podróż w poszukiwaniu przyszłego powołania pisarskiego. Czułość i perwersja, snobizm i artyzm – myśl oplatająca byle głogi czy topole. Plus uważne lektury, fascynacje muzyczne i plastyczne – cały świat zawarty w cząstce Paryża i francuskiej prowincji. No i ten kontemplacyjno-medytacyjny styl o niepodrabialnym uroku. Język tak cudowny (dzięki Boyowi-Żeleńskiemu), że można przy nim płakać i gryźć palce z zazdrości. Jak on to zrobił? Ile się nauczył od Pascala, Balzaka, Flauberta, Bergsona (swojego kuzyna)? Czy ktokolwiek może się z nim równać? Warto pisać po takim dziele totalnym? Bez tej lektury na pewno byłbym innym – gorszym – człowiekiem. Jak tu się dziwić, że w nim zakochał się arcymistrz Conrad? Jaka szkoda, że autor Lorda Jima nie doczekał opublikowania całego tego cyklu powieściowego…

3. THOMAS STEARNS ELIOT, Wybór poezji. Często powtarzam, że polska poezja XIX i XX wieku jest najwspanialsza na świecie; Rosjanie, Francuzi, Anglicy, Niemcy nie mogą się równać z naszymi geniuszami (choć Rainer Maria Rilke to przecież arcymistrz). Ale do tego zestawu postanowiłem wybrać właśnie Eliota (za co bardzo przepraszam Zbigniewa Herberta). Czym się kieruję? Na pewno znaczenie ma fakt, że amerykańsko-angielskiego wielkoluda czytałem w dwóch językach, tłumaczyłem (dla siebie), parafrazowałem (dla innych). I że jego eseje oraz konserwatywne poglądy są mi szczególnie bliskie. Najbardziej porywa mnie emocjonalny i duchowy klimat jego wierszy i poematów oraz niejednoznaczność, wielowarstwowość znaczeń (a więc i słowne łamigłówki, szarady intelektualne, symbole mitologiczne i biblijne). Mistrzostwo językowe, te niespodziewane metafory czy porównania łączące ziemię z niebem. Dynamizm i plastyka stylu, innowacyjność formy. Wystarczy.

4. FERNANDO PESSOA, Księga niepokoju. Mała biblia dla wierzących agnostyków i sceptycznych mistyków. Fikcyjny dziennik wymyślonego narratora, który jest księgowym i filozofem, samotnikiem i cesarzem świata (w wyobraźni), poetą i zgryźliwcem. I na tych kartach sny przechodzą w urojenia, twarde przedmioty zamieniają się miejscami z nieokreśloną, nieznośną lekkością bytu, pełną emocji, doktryn, spostrzeżeń i rojeń. Introspekcja narratora przewierca kulę ziemską na wylot, a podróże kosmiczne trwają w duszy dziwaka. Jaźń w poszukiwaniu straconego sensu. Plus absurd istnienia – sens logiczny aż do bólu i orgazmu. Fragmenty łączą się w duchową panoramę, zaś obrazy kondensują się w formie szokujących paradoksów, aforyzmów. A nad wodami egzystencji unosić się raczy słowo (małe) pomieszane ze Słowem (wielkim, tuż nad przepaścią Cudownej Tęczy). Rzecz niepodrabialna, niepojęta. Czytana przeze mnie (w dwóch tłumaczeniach) właściwie cały czas, w małych dawkach, ale kompulsywnie.

5. ANTONI KĘPIŃSKI, Schizofrenia. Właściwie trudno jest mi wybrać jedną książkę mojego medycznego i eseistycznego mistrza. Zdecydowałem się jednak polecić dzieło dotykające najgłębszych stanów ludzkiej psychiki – choroby, której najbliżej do poetyckich wzlotów i mistycznych uniesień. Ale też demonicznych udręczeń. Nawet inteligentny, dobrze poukładany człowiek nie potrafi zgłębić tajników swojej duszy – co dopiero człowiek wrażliwy i utalentowany, jak choćby Vincent van Gogh, który pogubił się w królestwie swego mózgu. Skoro geniusz może być wariatem – co sądzić o ludziach szarych, przeciętnych? Gdzie przebiega ta granica między normą a patologią? Zwłaszcza że wybitność na pewno nie jest czymś normalnym. A pisał o tym również (równie głęboko, bardzo erudycyjnie, choć mniej poetycko) Kazimierz Dąbrowski, twórca koncepcji dezintegracji pozytywnej: żeby się doskonalić – należy porzucić świat nawyków, schematów i stereotypów. A to jest niebezpieczna podróż! Wędrówka bohatera – los człowieka: tego, który więcej czuje, inaczej rozumuje i dlatego bardziej cierpi. Na taką wyprawę życia warto zabrać z sobą przewodnika, mistrza duchowego. Takim właśnie jest ów słynny krakowski psychiatra, poskromiciel demonów.

6. HENRYK ELZENBERG, Kłopot z istnieniem. Aforyzmy w porządku czasu. Co my tu mamy? Co to w ogóle za forma? Intelektualny dziennik złożony z aforyzmów i miniesejów – kilka gatunków literackich w diarystycznej formie; ponad pięćdziesiąt lat intensywnego życia filozoficzno-mistycznego. Wszyscy (wtajemniczeni) wiedzą, że jestem aforystą i antologistą. W jednym i drugim wcieleniu cenię małą formę literacką. Właściwie to powinienem tu zamieścić Emila Ciorana lub Stanisława Jerzego Leca. Lecz pierwszy bywa odstręczający w swoich nihilistycznych pochwałach samobójstwa i ostatecznej zagłady, a ten drugi chyba trochę na siłę postanowił swój światopogląd ścisnąć do najkrótszej formy. A więc Elzenberg, duchowy przewodnik Zbigniewa Herberta. Dość nudny w swoich profesorskich rozprawach filozoficznych, ale niesamowicie fascynujący w tym zmiennokształtnym dzienniku, w tym kłopotliwym zmaganiu się z istnieniem. Wielkie dzieło (choć stosunkowo małych rozmiarów), pełne relacji z lektur, zmagań z ideologiami, kipiące od sardonicznych (ale bardzo trzeźwych) spostrzeżeń i ezoterycznych zachwyceń. A są tam i celne myśli o historii, mistyce, liryce, polityce, Polsce i wszechświecie. Da się to czytać na okrągło – po kolei, na wyrywki, ponownie, odkrywczo, niewymownie, nieustannie. Tam głupota i mądrość tańczą krzesanego, oberka i walca.

7. MIKOŁAJ BIERDIAJEW, Sens twórczości. Kłopot z filozofami. Bo ci wielcy potrafili przynudzać (vide: I. Kant, G.W. Hegel, M. Heidegger, oto niemiecka przypadłość). Inni giganci tylko w niewielkim wymiarze pasują do mojego światopoglądu (patrz: A. Schopenhauer, F. Nietzsche) lub kochają popadać w poetyckie niezrozumialstwo (vide: J. Tischner, M. de Unamuno, H. Bergson) albo są tak logiczni, że nie ma gdzie wcisnąć w ich linijki choćby odrobiny uczuć (spójrz: L. Wittgenstein). Dlatego wolę nieraz filozofować z psychologami, antropologami kulturowymi czy innymi eseistami, dla których właściwie nie istnieją sztywne podziały między dyscyplinami naukowymi (vide: W. James, C.G. Jung, M. Eliade, J. Campbell, J. Peterson, N.N. Taleb).

A więc – Bierdiajew. Ale dlaczego? Bo to nie tylko filozofia, to również myśl religijna, teologia szukająca inspiracji także w literaturze pięknej (przykładem być tu może Światopogląd Dostojewskiego). Padają w pismach rosyjskiego myśliciela głębokie refleksje z rejonów mistyki, gnozy, magii – cała ezoteryka przesiąknięta pasją pisarza i tonem proroka, wizjonera. Bierdiajew jest orędownikiem wolności (lecz w żadnym razie samowolki), eksploratorem najmroczniejszych zakątków egzystencji. Tu polityka splata się z historią, socjologia z psychopatologią. Całe spektrum egzystencji.

Przeczytałem wszystkie dzieła Bierdiajewa przetłumaczone na język polski. Wszystkie są wspaniałe, lecz za najbardziej odkrywcze uważam właśnie to – Sens twórczości. Pojawia się tu rewolucyjna i rewelacyjna myśl: Kreatywność to Droga do Odkupienia. Twórczość jest kontynuacją Dzieła Stwórcy. Zaś geniusz jest światu potrzebny tak samo jak święty. W tej kosmicznej wizji Joseph Conrad jest ludzkości niezbędny w równym stopniu, co Brat Albert albo siostra Faustyna Kowalska. To ważne właśnie teraz, gdy w komentarzach na Facebooku padają złośliwe hasła, kierowane do niezadowolonych literatów: „Zabierzcie się do pożytecznej, uczciwej roboty, zamiast użalać się nad swoim losem” (a to w kwestii np. mecenatu państwowego, samorządowego, kościelnego, prywatnego). A przecież naród nie jest jedynie kwestią polityki, ekonomii, socjologii. Naród – to kultura i duchowość. A duchowość to także wiersze i powieści.

Duchowość to również rozum i komizm, liryzm i tragizm. I tylko wyjątkowym arcymistrzom pióra udaje się zespolić w swojej twórczości te wszystkie wymiary bytu literackiego. Pisać mądrze i do tego dowcipnie, pięknie i rzeczowo – trudne zadanie. Zdołał mu sprostać Gilbert Keith Chesterton, brytyjski felietonista, eseista, prozaik, dramaturg oraz błyskotliwy biograf.  W tym zestawieniu pominąłem go, nie mogąc się zdecydować na jedną konkretną pozycję z jego dorobku. Ale brak owej postaci w tej „wspaniałej siódemce” byłby deformacją. Stąd – ów akapit.

Ta lista moich najulubieńszych arcydzieł nie jest przypadkowa, wymyślona ad hoc i spisana na kolanie. Wszystkim tym dziełom poświęciłem wiele czasu. Napisałem nawet (wraz z żoną Jolantą) powieść biograficzną o profesorze Antonim Kępińskim (Psychiatra i demony). Fabularyzowaną biografię Josepha Conrada piszę od lat i ostatnio próbuję tekst radykalnie skrócić. Marcel Proust ciągle przewija się w mojej autobiografii Pamięć i fantazja. Bierdiajew, Pessoa i Elzenberg to moi wybrańcy – poświęciłem im wybory myśli oraz dołączone do nich eseje. Tylko Eliot jest przeze mnie prawie nieopisany. Lecz towarzyszy mi wiernie – od lat wyznaczając nastrój i ton każdej mojej książki.

Bierzcie i czytajcie – oto typy moje!


Wojciech Wiercioch

Nowy Targ, 13 stycznia 2026


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

NIECH ŻYJE KULTURA I ETYKA SŁOWA!

AKTUALNOŚCI

RECENZJA

  AUTORZY POWIEŚCI O CHOPINIE:  JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH & WOJCIECH WIERCIOCH AUTORKA RECENZJI: ANNA STASIUK „Zaklinacz dźwięków. Powie...