Opowiadanie nagrodzone przed laty...
MISTERIUM OGNIA
Obudziła
się nad ranem, zesztywniała uczuciem chłodu, pomimo że ubrana była na cebulkę.
Niedźwiedzia już nie było; poszedł do pracy. Od rana do wieczora znowu będzie
sama. Leżała jeszcze jakiś czas, próbując powstrzymać łzy. Nie wyszło... Nie
trwało to jednak długo. Wspomnienia ostatnich rozmów z mężem zaczęły pakować
jej walizki i pisać pożegnalne listy.
Była
środa, trzeci dzień stycznia, ramiona zimy mocno trzymały ich dom w objęciach.
Niemiłosierny,
porywisty, zimny wiatr panoszył się za oknem, przez nieszczelne okna i drzwi
zapuszczał korzenie w głąb kuchni, łazienki i pokoi. Zuchwalec mróz wchodził
bez pukania. Chłód i piękno ich domu przypominały bajkowy pałac lodowy.
Od
listopada nie opuszczał jej ostry ból stawów. Czy Bóg zapomniał, co jest oprawą
tej pory roku? Czy Bóg zapomniał o niej? Spojrzenia w niebo przepełnione były rozpaczą
i błaganiem. Szare domy i ulice, rozebrane drzewa czekały razem z nią na
pierwszy śnieg...
Tyle
razy prosiła Niedźwiedzia: „Napal w piecu choć na kilka godzin”. Stanowczo
odmawiał. Mówił, że śniegu nie ma, to i zimy nie ma, a skoro zimy nie ma – w
piecu palić nie będzie. Zastanawiała się dlaczego?! To była już trzecia taka
zima. W tamtym roku rozgrzewał dom tylko przez dziewięć dni. Zapytała go
wiosną, co robi z zarobionymi pieniędzmi... Odpowiedział po długim milczeniu:
„Spłacam dług ojca”. Nigdy nie rozmawiali o jego ojcu, to był temat tabu, więc
i teraz nie spytała, o jaki dług chodzi. Tak, niejeden ojciec byłby w siódmym
niebie, mając takiego syna, ale ona przeklinała ich obu. Niedźwiedź powtarzał:
„Ubieraj się cieplej, człowiek może znieść naprawdę wiele!” Ona była jednak zbyt
słaba... Odejdzie. Nie wytrzyma dłużej tego zimna.
Nie
ma świszczącego oddechu. Nie kaszle. Nawet nie ma kataru. I jak tu wpłynąć na
Niedźwiedzia?! Doskonale rozumiała postępek żony Henryka z opowiadania
Maupassanta. Tamtej kobiecie śnieg przyniósł zgubę (ale i wyzwolenie), a ją
może uratować. Nie zabije jej. Nie musi chodzić po śniegu. Właściwie, co jest
gorsze: zapalenie płuc czy artretyzm?!
Mieli
dwa źródła możliwego do uzyskania ciepła: piec węglowy i piec gazowy. Jeden i
drugi używany od święta. Świętem zaś była biała zima. Świętem był pierwszy
śnieg. Nie kupili węgla na tę zimę. Nie było nawet kawałka drewna. Pozostawał
więc piec gazowy – jak mówił to Niedźwiedź – na dni prawdziwej zimy. Zresztą
powinien sprawdzić ten piec ktoś z gazowni, a Niedźwiedź jeszcze nikogo nie
poprosił.
Wracał
późno z pracy, przykryty kocem jadł, oglądał telewizję. Potem mył się, wpadał
pod kilka kołder i tulił ją do swego ogromnego ciała. Ale nawet swoim futrem
nie zdołał jej od jakiegoś czasu porządnie rozgrzać. Z miesiąca na miesiąc rósł,
potężniał, a może tylko tak jej się wydawało... Może to ona kurczyła się z
zimna?
Piękna
płomieni szukała w swojej wyobraźni. Szukała ich zniewalającego pląsania – centymetr
po centymetrze jej ciała. Ale w tym poszukiwaniu nie znajdowała radości ani
harmonii, lecz tylko niepokój. Było to pragnienie ciepła – pełne tragedii,
rozpaczy i smutku. Płomienie traciły swój urok, gdyż pozostawały w niebycie.
Jeszcze
w grudniu potrafiła utrzymać w rękach przez jakąś godzinę książkę, choć czytała
w rękawiczkach. Najłatwiej było po wieczornej toalecie, ugotowaniu obiadu czy
zrobieniu czegoś gorącego do picia. Teraz jej palce rozgrzewają się z
największym trudem. Cioran przynosił jej ukojenie od dawna. Początek zimy
zmienił jej interpretację „ognistej kąpieli”: przybrała ona bardzo przyziemny
wymiar. W bolesny sposób odkrywała rzeczywistość swojego ciała, jego
niedomagania i choroby. Próbowała zostawić ciało i zająć się duchem, ale gdy
ból nadgarstków i kolan wołał o miłosierdzie Boże – poddawała się... Spalało ją
wewnętrznie pragnienie fizycznego ciepła. Nic na to nie mogła poradzić. Kurz,
dym i popiół kręciły się wokół jej serca jak lej tornado. Czuła, że traci już
barwy swojego życia, że jej skrzydła stają się już przeźroczyste... Ale jej
Niedźwiedź był ślepy! Nadal widział nad nią tęczę...
Wciąż
ulegała idealnemu wyobrażeniu o fotelu przed kominkiem buchającym olbrzymimi
płomieniami. Nie wiedziała, że cały czas dojrzewa do cierpienia, że ból może
zniekształcać obraz. Nawet węzeł małżeński spalał się powoli w tym
wyimaginowanym ogniu… Pytała samą siebie, czy jest jeszcze jakieś MY, czy
bezwiednie oderwała się już od tej jedności dwojga i pofrunęła do słońca. Przed
oczami stawały jej czerwcowe sobótki. Trawiasty brzeg rzeki i kilkanaście
ognisk. Gorąco, radośnie, śpiewnie. I ciepły dom rodzinny, gdzie nawet w stroju
adamowym nie szczęka się zębami z zimna. Wypalało ją pragnienie ciepła. Ubywało
jej i czegoś z niej ubywało... Była jak podpalona kartka, która szybko ginie w
oczach i z której popiół spada lekko do puzderka pamięci. Tylko czas w tym
wypadku wlókł się jak ślimak, pozostawiając śluz bezradności...
„Rozpalę! Na kilka godzin. Pokazywał mi rok temu, jak włącza się ten cholerny
piec, pamiętam! Rozpalę, nie będzie wiedział, zdąży się ochłodzić, zanim wróci”
– pomyślała. Wsunęła zapałki pod rękawiczkę i zeszła do piwnicy. Już w niej
samej rósł niewidzialny płomień... Otworzyła rajskie wrota i długo przyglądała
się wskaźnikom na wielkiej stalowej skrzyni. Drasnęła zapałką, przekręciła
gałkę na 50 stopni i zbliżyła płomyczek...
Ogień buchnął wielkim płomieniem...
Nikt nie słyszał jej krzyków...
Poznała najstraszliwszą z ognistych kąpieli...
Spaliła swoje skrzydła. Pozostał po nich tylko popiół.
Popiół i diament...
* * *
Drapieżny
księżyc przyglądał się jej z ukrycia. Trwał w oczekiwaniu na epilog...
* * *
Niedźwiedź poczuł
inną temperaturę w domu już po przekroczeniu progu. „Cholera, Pszczółka
zapaliła w piecu! Skąd ja wezmę na gaz? Zgaszę, a potem z nią porozmawiam,
przyznam się do kłamstwa, że to nie żaden dług ojca, że to oszczędzanie na
prezent na jej trzydzieste urodziny, zrealizowanie jej marzenia: podróż do Ameryki
Południowej! Przecież wytrzyma jeszcze tę zimę, musi wytrzymać... tyle
wyrzeczeń!...” – myślał gorączkowo.
Zbiegł do piwnicy.
Czuł dziwny swąd spalenizny... Coś... ktoś... leżał na ziemi... Padł na kolana.
Nie widział, nie rozpoznawał, czy to Pszczółka, ale czuł, że to ona. Wśród
czerni bardziej spalonego niż sparzonego ciała błyszczała obrączka...
Niedźwiedź zaryczał... Jego serce zadrżało... i stanęło. Tego mechanizmu nie
potrafiłby już naprawić żaden zegarmistrz świata...
Umarła od ognia,
którego w sobie nie miała, a on – od ognia, który nosił w sobie...
W pogorzelisku pobłyskiwały dwa diamenty...
Kraków, dn.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
NIECH ŻYJE KULTURA I ETYKA SŁOWA!