JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH - OPOWIADANIE "DANAIDA"

 


Poniżej opowiadanie, które opublikowane zostało w zbiorze "Ikebana", sprzed 21 lat...

AUTORKA: JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH


DANAIDA


Był późny marcowy wieczór. Ewa wróciła właśnie od teściów, mąż i dzieci zostali jeszcze na kolacji. Chciała pobyć trochę sama, posłuchać Verdiego, poczytać Hrabala. Najpierw jednak zajrzała do korespondencji. Wcześniej mignęła jej przed oczami koperta zaadresowana tylko do niej. Otworzyła. W środku była kartka i czek. Czek imienny na jej nazwisko, opiewający na... pięćdziesiąt tysięcy złotych. „To chyba jakiś żart” – pomyślała. Potem przeczytała kartkę. Była od Małgorzaty.

Ewa bezwiednie wpadła w potrzask wspomnienia...

Danaida – piękna, smukła, ale bardzo wówczas zaniedbana, młodsza od niej o dwa lata. Nazwała ją tak, gdyż na wietrze lub gdy pochyliła się nad jakąś skrzynką jej głowa, długie, jasne włosy i kształt pleców w obcisłej bluzeczce przypominały rzeźbę Rodina. Przezwisko przylgnęło też z uwagi na symboliczny wymiar rzeźby. Danaida nie mogła skończyć niczego, co zaczęła. Nie zatrzymywała niczego w sobie i nikogo obok siebie. Wszystko przez nią przepływało. Czas,  zdarzenia, wrażenia, uczucia, myśli… To było niezamierzone, ale i nieuchronne. Małgorzata miała wówczas dziewiętnaście lat, była chora psychicznie. Nie trzeba być lekarzem, żeby stwierdzić to na pierwszy rzut oka.

Jakiś czas temu, gdy skończyła studium policealne, pracowały razem w gospodarstwie ogrodniczym. O Gosi słyszała już wcześniej od rodziny. Teraz przyszła kolej na bliższą znajomość. Dla Ewy był to prawie eksperyment. Postawiła sobie cel: wyciągnąć ją z choroby. Gosia przyjeżdżała do pracy już od roku, ale właściwie nie pracowała. Może miała jakąś fobię, a może zwykłą awersję do ludzkiego ciała, bo mamie Ewy poskarżyła się raz: „Wie pani, jak oni wszyscy mogą się o mnie ciągle ocierać?! Nie lubię tego”. Na jej twarzy widoczny był wtedy potworny grymas. Więcej się to nie powtórzyło. W Danaidzie sukcesywnie dogasały iskry życia. Prawie zawsze miała nieobecne oczy, nawet gdy na kogoś patrzyła. Na polecenia dotyczące pracy odpowiadała krótkim „tak”, po czym każdy, kto stał w pobliżu, widział, że niczego nie zrozumiała. Słowa do niej nie docierały. Nie dbała o siebie. Potrafiła chodzić w tym samym ubraniu, w którym spała. Po trzech dniach była przepocona, śmierdząca moczem i kałem. Myła się chyba dopiero wtedy, gdy swędzenie ciała stawało się po prostu nieznośne.

Ewa usłyszała trzaskanie drzwiami. Wrócili. Dzieciaki pobiegły do pokoju przed komputer, a mąż usiadł obok w fotelu. Milcząc, podała mu czek.

– Pięćdziesiąt tysięcy?... Od kogo? – Paweł aż poderwał się z miejsca i wpatrywał w żonę. Nie wiedział, czy robi mu jakiś kawał, czy ta papierowa sakiewka rzeczywiście spadła im z nieba, czy też zaraz ktoś zadzwoni i powie, że dziś pierwszy kwietnia.

  Od Gosi Lubczyk.

– Od tej wariatki? – zapytał teraz już podwójnie zdziwiony: ofiarą i ofiarodawczynią.

– Schizofreniczki! Choroba psychiczna jest jak każda inna, tyle że trudniejsza do wyleczenia od anginy czy grypy. Jest jak rak, który drąży korytarze w mózgu człowieka… Schizofrenii nie wykryje jednak żaden tomograf… – odpowiedziała spokojnie Ewa, podając mu kartkę, ozdobioną żółtymi różami i jedną parą butów. – Zresztą nie jestem pewna, czy to była schizofrenia, psychiatrą przecież nie jestem... Kępiński czegoś mnie nauczył, ale stawianie diagnoz o czyimś stanie psychicznym jest ponad moje siły. To wielka odpowiedzialność. Masz, przeczytaj, co napisała.

Paweł odczytał na głos: „W podziękowaniu za pomoc – chociaż bezcenną – przesyłam Ci czek. Proszę, nie zwracaj mi go. To tylko pieniądz. Dużo i zarazem nic. Z pewnością przyda się Tobie i Twojej rodzinie. Kiedyś powiedziałaś mi ważne słowa: «Ludzie nie widzą twojego strachu. To twoja pięta Achillesa ukryta pod skarpetką. Pierwszy kontakt przestaje być straszny po kilku minutach, trzeba przetrwać właśnie te minuty». Tak zrobiłam. Teraz jestem dyrektorem handlowym w Eurest Poland. Zaręczyłam się i jestem bardzo szczęśliwa. Bądź zdrowa. Nie opuszczaj ręki Boga. Oddana przyjaciółka – Danaida”.

– Nie podoba mi się to. Gośka kłamie, nie jest dobrze. Znowu musi mieć głęboką depresję. Jeśli człowiek odniósł w życiu sukces i nagle przypomina sobie o osobie, którą znał kilkanaście lat temu, to może znaczyć, że problemy wróciły... I wróciły wspomnienia... Muszę się z nią skontaktować! – postanowiła Ewa.

– Daj spokój! To już nie twoja sprawa. Dobrze, że kiedyś jej pomogłaś, ale to ona lepiej wyszła na tej waszej znajomości...

– Bo lepiej zarabia? To nic nie znaczy! Kiedyś jej pomogłam, słuchała mnie, choć myślałam, że mówię do pomidorów, ogórków czy kwiatów, słuchała, a wydawało mi się, że jest stopiona ze skałą, na której ją widziałam, jak Danaidę Rodina, zrośniętą milczeniem z podłogą, ścianą, gruntem, ziemią... Nieprzenikniona Danaida... Na palcach dwóch rąk zliczysz nasze dialogi w ciągu tych dwóch lat wspólnej pracy. Reszta to moje monologi.

Ewa mówiła cicho, stojąc przy oknie i wpatrując się w światła wrocławskich ulic, mieszkań, neonów.

– Jeśli chcesz sprawdzić, co z nią, zrób to. Ale wydaje mi się, że przesadzasz – powiedział Paweł, wchodząc do łazienki.


* * *

Dwanaście lat temu pikowały pomidory, stojąc w tunelu foliowym przy drewnianym stole, na którym piętrzyła się hałda świeżej, torfowej ziemi. Wielkie szklane drzwi były otwarte na oścież, ale nie było czuć ani źdźbła wiatru. Był słoneczny majowy dzień. Temperatura w namiocie dochodziła do 30˚ C i obydwie miały ochotę na wodę mineralną. Ewa przyniosła dwie schłodzone butelki.

– Wiesz, nadal wchodzę do szafy; zaczęłam się tam chować już w siódmej klasie i nie mogę się powstrzymać przed tym pierwszym odruchem, gdy słyszę pukanie do drzwi czy dzwonek telefonu... – powiedziała Małgorzata.

– Dlaczego?! – Ewa spojrzała na nią kątem oka, przerywając swoją pracę.

– Nikt mnie nie szuka w szafie. Zawsze myślą, że wyszłam z pokoju. Boję się ludzi. Odwiedzin. Zawsze czułam się gorsza od innych. Inna. Nie było dla mnie żadnej przyjemności na tym świecie, absolutnie żadnej, oprócz czytania książek. Ucztowałam z pisarzami wszystkich krajów. No i te odwiedziny zagrażały mojej prywatności. A jeśli się zdarzały, były kompletnym kiksem, bo rozmowy nigdy się nie kleiły... Nie chciałam dojrzewać. Chciałam umrzeć, bo nie godziłam się na zwyczajne życie. Dorastanie, zarabianie, małżeństwo, porody, dzieci, wychowywanie. Wiem, że brzmi to niedorzecznie... Zwyczajna ścieżka życia praktykowana przez wiele kobiet... Ale jeśli któregoś dnia życie łapie człowieka w swoją lepką pajęczynę cierpienia i nie puszcza, to pragnie on, aby pająk pożarł go raz na zawsze... Żeby wreszcie ból ustąpił... Wiesz przecież, że ciągle chorowałam i nadal choruję. Znienawidziłam lekarzy. Lekarstwa nie pomagają. Czasem z bólu kopię nogami w ściany, a prześcieradło rozrywam zębami... Nie chce mi się żyć...

– A teraz? Gdy chwila jest dla ciebie dobra, wyrozumiała, a nawet obiecująca...  Co widzisz przed sobą?

– Nie wiem... Chciałabym zostać pisarką... Mama jednak bezustannie powtarza, że to żaden fach, że z tego dziś żyć nie można.

– O, może przyniesiesz mi jakieś próbki? Chętnie poczytam.

– Nie... nie mam, od dwóch lat nic nie napisałam... A to, co miałam, spłonęło w ognisku nad rzeką... trzydzieści siedem zeszytów... Razem z moimi pamiętnikami...

– Czemu to zrobiłaś?!

– Sama nie wiem... to była chwila... jakieś moje porachunki z Panem Bogiem, z których niewiele pamiętam...

– Spaliłaś kawał swojego życia... Podobno każdego niezapisanego dnia już nie ma. A zapisany żyje wciąż swoim własnym rytmem, choć w innym czasie: przeszłym... Żyje, bo ma duszę... Naszą duszę...

– Chciałam spalić siebie...

– Zwariowałaś! Taka straszna śmierć: w ogniu!

– Oj, nie bierz tego tak dosłownie... Ale faktycznie... w innych okolicznościach wyszło jednak, że jestem wielkim tchórzem...

– Nie! To właśnie, żeby żyć, trzeba mieć odwagę!

– I tu się z tobą nie zgadzam!

– Oj, Gośka, przestań już, nie możesz tak myśleć! To autodestrukcja!  Pomyśl, jakby Bogu było przykro, gdybyś wypadła z Jego dłoni... Pamiętasz? Pokazywałam ci album z rzeźbami Rodina... Ręka Boga i Ręka diabła...

– Tak, od tamtej pory często o nich myślę, właściwie ciągle mam je przed oczami...  Ewka, w tym rzecz, że ja nie czuję ręki Boga...  I to stało się moją obsesją, bo bardzo chciałbym ją poczuć... Co według ciebie powinnam zrobić, żeby poczuć Boga?

– Żyj na przekór samej sobie, ćwicz się w pokonywaniu bólu, drwij z lęków, śmiej się z porażek, czyli: oszukuj samą siebie!

– … – Ewa uchwyciła niedowierzający wzrok Małgorzaty.

– No… żeby się zahartować!

– Ale po co ta samodyscyplina?!

– Bo Bóg pomaga zahartowanym. Słabi giną...

– A chorzy, ułomni, bezdomni?

– Oni też muszą się zahartować.

– Łatwo mówić, trudniej wykonać... Przede wszystkim chciałabym przestać czuć się OBCYM. Nie chcę być outsiderem. Wiesz… uczę się siebie. Od początku, zupełnie tak, jak dziecko uczy się alfabetu... Zaczęłam od prostych pytań: „Co lubię, a czego nie lubię? Co mi się podoba, a co nie?” Czytam też książki o suicydologii, teraz akurat Ringela i Bornemanna; badam własną autoagresję... Ale trudno mi się skupić...  Czytam powoli, no ale czytam... Strona za stroną... To nie takie proste: wrócić do życia... Wieczorami zapadam się w sobie i ogarnia mnie jakiś kataleptyczny stan. Mija kilka godzin, zanim wracam...

– Teraz masz pracę, Gosiu. To ważne. To pierwszy krok. Masz nieprzeciętny umysł, daleko zajdziesz, ale potrzebujesz trochę czasu...

– Tak, cieszę się z pracy...  Nawet gdy rano czuję się źle, wstaję z łóżka, myję się godzinę, ubieram drugą godzinę, i gdy stoję wreszcie przed drzwiami, nie mogąc wyjść, powtarzam sobie, że wystarczy nacisnąć tę cholerną klamkę i reszta czy reszka potoczy się sama. Wiem, że się spóźniam, ale naprawdę walczę z sobą. No i myślę o rozmowach z tobą. Niewiele pamiętam z tego, co mówiłaś do mnie, ale jedno wiem na pewno: twoje gadulstwo o sztuce, książkach, filmach, wszystkim i niczym, nie pozwoliło mi trwać w stanie inercji, nie pozwoliło mi dać nura w dziwną otchłań... Dziękuję ci za to, Ewuś, dziękuję!

– Nie ma za co. Cieszę się, że pomogło. Chwilami czułam się jak katarynka. Dobrze, że nie ochrypłam od tego gadania. Widziałam, że jest z tobą bardzo źle. Czasem nie można zostawić człowieka samemu sobie... Nie mogłam...

– Ja wiem, że wciąż jestem chora. Przebudzenie może być krótkotrwałe, ale dopiero teraz jestem gotowa do rozmowy z psychiatrą, dopiero teraz... Chyba dzięki tobie.

– Nie, dzięki sobie. Człowiek inteligentny oszuka nawet samego siebie. Dla swojego dobra. Chyba to właśnie zrobiłaś.

Ewa zajrzała w karty przeszłości.

Pamiętała postępującą depresję i alienację Małgorzaty. Z dnia na dzień mówiła coraz mniej. Potrafiła stać czy kucać godzinami, nie robiąc absolutnie nic albo wielokrotnie powtarzając tę samą czynność. Mamrotała pod nosem jakieś dziwne zwroty, trochę po polsku, trochę po francusku, ale nie było w tych słowach żadnego sensu. Czasem ktoś z  rodziny Ewy czy pracownik stawał obok i podsłuchiwał, ale nikt nie rozumiał tego, co mówiła. Żadna jej wypowiedź nie była zdaniem; to były słowa wyrwane z kontekstu, z jej umysłu, zawieszone w próżni. Wtedy Ewa postanowiła, że będzie do niej gadać godzinami. Podświadomość Gośki musiała przecież te monologi rejestrować, jeśli świadomość ignorowała wszelkie przejawy świata zewnętrznego.

Rodzice Ewy wiedzieli, że tutaj chodzi raczej o obecność Gosi niż o wyniki działania. Na prośbę mamy Małgorzaty dali jej tę pracę. Pani Urszula była kilka razy u psychologa, bo nie wiedziała, co ma zrobić ze swoją dziewiętnastoletnią córką, która już od kilkunastu miesięcy siedzi w domu, przesypiając większość czasu, i boi się gdziekolwiek ruszyć. Pierwszym etapem terapii miało być regularne wychodzenie z domu. Udało się, choć nie zawsze było to proste. Czasem wypychała ją za drzwi. Czasem szła z nią pod rękę na przystanek busów, trzymając mocno i powtarzając: „Jedź, Gosieńka! Porozmawiasz z Ewką, ona cię bardzo lubi, odzyskasz humor, jedź, córciu, proszę, jedź”. Kierowcy wiedzieli, gdzie mają ją wysadzić. Trwało to prawie rok. I wreszcie któregoś dnia zaczęła powracać. Powoli. Odpowiadała nawet logicznie na pytania.

– Wiesz, Gosiu, czasem człowiek myśli, że czemuś podoła, że jest gotów przeciwstawić się perfidii losu, ale tak nie jest. Otrzymuje szybki i niespodziewany cios. Żeby odnieść sukces w jakiejś dziedzinie, trzeba ćwiczyć nie godzinami, nie dniami, ale miesiącami, latami... To nie tylko marzenia zbudują twój sukces, ale praca. Rzetelna praca! Czytałaś może „Rogi byka” Hemingwaya?

– Nie...

– Paco, główny bohater, bardzo chce zostać toreadorem. Marzy o tym, podając do stołów w jakiejś hiszpańskiej restauracji. Chodzi na wszystkie corridy. Godzinami wyobraża sobie siebie z muletą i szpadą. Ćwiczy ruchy. Jest bardzo pewny siebie. Czuje, że jego ciało jest szybkie i sprężyste i że poradzi sobie ze swoim strachem. Jego kumpel robi atrapę rogów byka z kuchennych noży, przywiązując je do nóg krzesła i z tym krzesłem na karku udaje byka. Nóż wbija się w brzuch kelnera. Zabawa zmienia się w tragedię. Paco nie przeżył tego kuchennego pojedynku. Popełnił dwa zasadnicze błędy. Po pierwsze: brak konfrontacji z rzeczywistością. Paco nigdy nie zmierzył się z bykiem oko w oko; walczył tylko w swoich snach i marzeniach. Po drugie: nie bał się, był zbyt pewny siebie... Strach czy lęk są nie tylko siłami destrukcyjnymi, ale i pozytywnymi stymulatorami. Człowiek musi umieć je wykorzystać.... Udawanie kogoś, kim się nie jest, rodzi konflikty i tragedie wewnętrzne.

– No, ale wcześniej mówiłaś, że samooszukiwanie jest metodą hartowania siły i woli... To jak wreszcie: oszukiwać się czy nie?!

– Oj, Danaida, nie myl pojęć: oszustwo kontra samooszukiwanie. Paco był zadufanym w sobie głupkiem! Oszukiwał nie siebie, ale innych, a raczej innego: kolegę-kelnera... Przede wszystkim trzeba uświadomić sobie swoją marność, niewiedzę i zacząć się uczyć... doskonalić się w czymś krok po kroku. „Ćwiczenie czyni mistrza” nawet w szklarni. Popracujesz dłużej, będziesz sadzić kany z zamkniętymi oczami. A któregoś dnia zaczniesz ćwiczyć i ryzykować w innym tunelu, może paryskiego metra... ha, ha, ha. Na pewno pokonasz strach! Jeszcze wiele pięknych dni przed tobą, no i przede mną...

– Pewnie tak...

– Musisz poszukać klinów do beczki życia, i po sprawie. Jesteś wyleczona.

Zaśmiały się i stuknęły butelkami.

 

* * *

W kilka miesięcy później Ewa szła ulicą Krakowską w rodzinnym mieście. Nagle zatrzymała się i powoli cofnęła. Zamarła pod drzewem, na którym wisiała klepsydra: „Małgorzata Lubczyk – zmarła nagle 13 sierpnia”. Długo włóczyła się po mieście, zanim doszła do mieszkania mamy Gosi. Oczy pani Urszuli były spuchnięte od płaczu. Musiała płakać już kilka dni.

– Przeczytałam klepsydrę... Pisała do mnie... Co się stało? – zapytała cicho.

– Zabiła się, pani Ewo, podcięła sobie żyły i zażyła za dużo tych świństw, które jej zapisywali psychiatrzy, niby przeciw lękom, nie uratowali jej... Ona ich chyba w ogóle nie zażywała, tylko zbierała, długo zbierała... Zabiło się moje dziecko... – wargi pani Urszuli drżały, a w oczach kręciły się kolejne łzy. – Proszę, niech pani wejdzie.

– Nie, nie, ja... – Ewa poczuła ostre kłucie w okolicy serca. Nie mogła złapać tchu. Czemu nie skontaktowała się z nią po otrzymaniu czeku?! Zostawiła ją… Intuicja dobrze jej podpowiadała, jednak Ewa odkładała to ciągle na później, na wolny weekend. Teraz za późno. Nigdy sobie tego nie wybaczy...

– Jacek, jej narzeczony, niczego nie przeczuwał, wszystko było jak zwykle, nie zauważył żadnej depresji. Mówi, że mu się wymknęła... Wszystkim się wymknęła. A tak dużo osiągnęła! Swoim wysiłkiem i pracą. Nie poradziła sobie ze stresem, nie wiem, nie wiem, pani Ewo...

– Mówiła coś o mnie?

– Tak, mówiła o Bogu i diable, o jakichś rzeźbach, o których jej pani opowiadała. Coś o dłubaniu w kamieniu... że szukała jakiegoś początku... Żałowała, że pani mieszka tak daleko i ona nie ma czasu pojechać do pani. Powiedziała: „Zazdroszczę Ewie, ona czuje rękę Boga”... Pani Ewo, ja prawie nie śpię, modlę się za jej duszę... Teraz to na pewno Bóg ma ją w garści... Mówią, że samobójców nie przyjmuje do nieba, może dla niej zrobi wyjątek...

Pani Urszula chciała jeszcze coś dodać, ale Ewa zbiegła z płaczem po schodach...         

                                 

Kraków, 07.08.2005 r.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

NIECH ŻYJE KULTURA I ETYKA SŁOWA!

AKTUALNOŚCI

RECENZJA

  AUTORZY POWIEŚCI O CHOPINIE:  JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH & WOJCIECH WIERCIOCH AUTORKA RECENZJI: ANNA STASIUK „Zaklinacz dźwięków. Powie...