JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH - OPOWIADANIE FANTASY

 


AUTORKA: JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH


GŁUPIE SERCE LIMA

W księstwie Kra 

– Lim pewnie już nie żyje…

– Nie ma go prawie dwa miesiące…

– Cóż, sam wybrał swój los…

– Żony mu brakowało…

– A może żyje, ale zabłądził?

– No cóż, Lim kochał Jurę jak wariat.

– Jak nic, poszedł jej szukać!

– Chyba mu odbiło!

– Pięć lat temu stara zielarka zrobiła to samo…

– I nigdy nie wróciła!

– On też nie wróci…

Była pierwsza niedziela września. Słońce obudziło się dwie godziny temu. Najstarsi z mieszkańców Cienistej Doliny w księstwie o nazwie Kra zebrali się, jak w każdą niedzielę, w karczmie „Młyn”. Reszta Krańczyków gapiła się na przyleśne łąki, wisząc na swoich płotach albo siedząc na wiadrach pod stodołami. Robili to codziennie. Rankiem obserwowali lesiste wzgórze, obrzeża księstwa, a wieczorem omawiali te swoje wizje lokalne z rodziną. Miejsca czuwania wybierali byle jak, ale zawsze blisko lasu, najbliżej jak mogli.

Starszyzna przepijała teraz każde zdanie winem, jakby za glinianym kielichem chciała ukryć swój strach, wyłażący z oczu, pełznący po policzkach. Temat nie zmienił się od kilkudziesięciu lat.

– Dzisiaj jest tam, gdzie był…

– Tak, stoi w tym samym miejscu.

– Może jutro się przesunie…

– Ongiś granica w ciągu roku przesuwała się o pół oczka. Schodziła z górki jak ślimak. Dziś jest inaczej.

– Masz rację, rok temu od lasu było trzydzieści oczek, teraz jest czterdzieści pięć.

– Cień zbyt szybko się rozrasta…

– To staje się coraz bardziej niebezpieczne.

– Ale przecież nie możemy stąd odejść. Korzeni się nie zabiera.

– Brak korzeni zniszczy naszą wspólnotę. Rozpłynie się…

– Energie Kra znikną jak bańka mydlana.

– A może wykopiemy rów? Może wtedy już bardziej się nie zbliży…

– Tak, wykopmy rów, Cień wpadnie do niego, a my go zasypiemy.

– A jeśli wyjdzie?

– Zatłuczemy łopatami!

– Ha, to czemu teraz nie tłuczemy?

– No… teraz jest za duży.

– Za szeroki.

– Wymknie się szparami.

 

W osadzie Dareta 

Las wypluł Lima niczym człowiek pestkę.

Mężczyzna stanął na jego skraju, obolały i niemal zupełnie nagi, słaniając się na nogach. Dopiero teraz mógł spokojnie rozejrzeć się za łopianem. Jest cała kępa! Zanim jednak zdołał do niej dojść, upłynęły minuty zdające się wiecznością. W końcu zerwał kilka liści, trochę trawy o mocnych łodygach i przysłonił nim swoją nagość, a potem nagle zwalił się na trawę jak nieszczęśnik ukamienowany jednym rzutem. Po długiej chwili wstał z wielkim trudem i ogarnął wzrokiem okolicę. W oddali majaczyły jakieś domy. Ruszył.

Gdy dotarł do pierwszego z brzegu domostwa, podbiegło do niego kilkoro mężczyzn i kobiet, a Lim, przedstawiwszy się, upadł po raz drugi, tym razem już bez tchu, na ziemię.

Do tej pory nie widzieli jeszcze tak zakrwawionego człowieka.

Na oko miał koło czterdziestu lat. Średniego wzrostu, szpakowaty, mała łysina nad czołem, na brodzie kilkudniowa siwa szczecina. Na szyi i klatce piersiowej skrawek potarganego materiału, na ręce, tuż przy nadgarstku, kawałek rękawa, a przy prawej stopie strzęp pokrytej błotem nogawki. Buty ledwo się trzymały na stopach i świeciły dziurami w podeszwach. Na całym ciele widniały głębokie zadrapania, ale najpoważniej zranione były uda. Między plamami krwi, którymi ubabrany był od stóp do czubka głowy, tymi jasnoczerwonymi i tymi pochodzącymi z najwcześniejszych ran, brunatnoczerwonymi, gdzieniegdzie prześwitywał prawdziwy, biały kolor skóry. Na twarzy – świeża, dosyć głęboka, podłużna rana, jakby od noża, rozpoczynająca się w okolicy ust, a kończąca przy prawym uchu. Z nosa też sączyła się krew.

Wprawdzie Daretczycy pamiętali, co napisał pewien mędrzec – że krew jest duchem – ale żeby aż tyle ducha wyszło z nagusa, trudno im było uwierzyć. No i nie uwierzyli. Zresztą, jak mówili, człowiek, który traci ducha, nie może być szczęśliwy, a ten człowiek, który się u nich zjawił, najwyraźniej taki był. Na jego twarzy uśmiech błąkał się nawet wówczas, gdy mężczyzna leżał bez tchu na trawie. Pomyśleli, że odparł atak gromady dzikich kotów wałęsających się w pobliżu Darety. Ostrożne koty o spojrzeniach przyprawiających o dreszcze nigdy nie podchodziły nawet pod płoty domostw. Na polach też nie zbliżały się do ludzi. Nie oczekiwały dokarmiania, w swoim kocim życiu doskonale radziły sobie same. Ale kto wie, może to ich sprawka, może czatowały na swoje ofiary w lesie?! Nie na kilka ofiar, ale właśnie na jedną, na samotnych wędrowców. Daretczycy nie sprawdzili tego na własnej skórze, gdyż do lasu wyruszali zawsze w grupie.

Zgromadzeni przyglądali się przybyszowi z lękiem i nieufnością aż do chwili, gdy zajęła się nim Mira, znachorka, która przydreptała z garnuszkiem i ziołami. Wlała mu trochę wody do ust, a potem opatrzyła jego zakrwawione, pocięte, pokłute cierniami, poparzone pokrzywami ciało. Potem przenieśli go do jej domu.

♦ ♦ ♦ 

Dareta przyjęła Lima z otwartymi ramionami. W osadzie brakowało mężczyzn, nie miał kto obrabiać pól i budować nowych domów, w każdym domostwie było bardzo ciasno. Daretczycy widzieli w nim silnego mężczyznę, który pomoże w budownictwie i pracy na roli. Białogłowy Piro, najstarszy z ponad pięciuset ludzi mieszkających na tym terenie, pomyślał, że dziś wszyscy w mieście upiją się ze szczęścia wiśniową nalewką, ale już jutro musi się zebrać Rada. Nadeszło coś, co może wywrócić ich dotychczasowe spokojne życie do góry nogami, a to właśnie na członkach Rady spoczywał obowiązek przygotowania mieszkańców Darety na wszelkie zmiany.

Lim oprzytomniał dopiero po trzech dniach, po miesiącu był zdrów jak ryba, a po dwóch znał już każdy kamień w Darecie. Okazał się dobrym budowniczym, stolarkę miał we krwi. Ale on sam, im dłużej obserwował osadę i jej mieszkańców, tym większy czuł niepokój. Działo się tu coś nieprawdopodobnego. Nie zdradzał jednak swoich wątpliwości nikomu, robił to, czego od niego oczekiwali i pokornie odpowiadał na każde z ich pytań.

Każdy dzień przynosił tubylcom jakąś informację o nim.

Pochodził z małego księstwa o nazwie Kra, mającego kształt gruszki, otoczonego z trzech stron liściastymi lasami nazywanymi Wstęgą Cienia, i mieszkał właśnie tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, to znaczy pod lasem, na granicy Wstęgi – w Cienistej Dolinie, której mieszkańcy bali się wychodzącego z lasu Cienia. Ciemnoszarej smugi rozlanej na łąkach rozciągniętych przy starych leśnych drzewach. Smugi, która bez względu na położenie słońca nie zmieniała koloru i nigdy nie znikała. Można ją było zobaczyć nawet nocą – czy to przy pełni księżyca, czy w świetle kilku pochodni, również w zimie, na kołderkach śniegu skrywających te podleśne tereny.

Daretczycy dowiedzieli się też, że kilka miesięcy temu stracił żonę.

Monstrualna burza zastała Jurę daleko w polu, kobieta nie zdążyła się ukryć, zginęła od pioruna. Tego dnia Lim przestał wierzyć w Niebo. Bóg zabrał mu kobietę, którą kochał nad życie, przyjaźnić się już z Nim więc nie zamierzał. Przez cały miesiąc po pochówku mężczyzna siedział przy mogile żony niemal na okrągło, mało co jadł, spać też nie mógł. Ludzie mówili, że jest już stracony, dzieci nie mogły mu pomóc, bo ich nie miał. Rzekomo stracił wówczas nie tylko Jurę, ale i samego siebie.

Mieszkańcy Cienistej Doliny każdego ranka stawali przy granicy Kra i patrzyli na drogę biegnącą do lasu. Jakby na kogoś lub na coś czekali. Każdego dnia na warcie stało co najmniej dwóch ludzi. Lim też stróżował. Od dzieciństwa uczono go, że trzeba czekać.

Z dziada pradziada szła po Dolinie legenda, że dawno, dawno temu ktoś rzucił urok na całe Kra, księstwo zmniejsza się i zmniejsza, jego obszar z roku na rok ginie w szczerym polu. a i to pole wpada w jakąś nicość. Cienia zaczęto się bać już w zamierzchłych czasach, bo każdy Krańczyk, który wszedł do lasu, nigdy już z niego nie wracał. Kiedy tylko wchodził w smugę Cienia, stał przez chwilę jak zahipnotyzowany, a potem – nie zwracając uwagi na prośby o zawrócenie z drogi – ruszał w las. Sto lat temu, jak mówią Starsi, kilkunastu mężczyzn świadomie poświęciło się dla dobra społeczności. Udało się im zapętlić na pierwszych z brzegu drzewach grube długie łańcuchy, których końce uprzednio zostawili na krańczyckich polach. Ale zaraz potem, jakby przyciągani przez tajemne siły, w milczeniu ruszyli do lasu, by już nigdy z niego nie wyjść. Do tych łańcuchów w bezpiecznej strefie mieszkańcy Kra mogli przymocować następne łańcuchy. Dzięki nim obserwowali długość wychodzącego z lasu Cienia. Notowali, analizowali. W kilku miejscach Cienistej Doliny każdego ranka po pełni księżyca działo się to samo. Do łańcucha podchodzili najodważniejsi, wyznaczeni przez Starszyznę, ochrzczeni przydomkami: Oczko Pierwszy, Oczko Drugi, Oczko Trzeci – i tak dalej. Obecnie każdy oddelegowany musiał mieć dobry wzrok, aby móc sprawdzić położenie Cienia. Obliczał, ile oczek łańcucha – licząc od otworu, w którym wisiała szmatka – pochłonął Cień w ciągu miesiąca, po czym na pierwszym wolnym oczku, tuż za smugą Cienia, wieszał kolejną szmatkę.

Lim zaczął obserwować Cień i czekać nie wiadomo na co już jako czterolatek, i czekał do dziesiątego lipca tego roku, kiedy to ukończył pięćdziesiąt lat. Tego dnia zapragnął odejść z miejsca, które przyprawiało go o pustkę i ból w piersiach, postanowił sprawdzić, co jest po drugiej stronie Wstęgi Cienia, a jeśli przyjdzie mu zginąć – poszukać Jury gdzieś w zaświatach.

O świcie zostawił swoją zagrodę i wszedł w smugę.

W jednej chwili poczuł, że nadgarstki ma spętane jakimś niewidzialnym powrozem i że nie może się z niego wyplątać, a coś ciągnie ten sznur do lasu.

Choćby chciał, nie mógł zawrócić.

Przekroczył granicę. Las go wciągnął.

Szczęśliwym trafem nie umarł w puszczy, trafił do osady, której nie pamiętał z żadnych map będących w posiadaniu Starszych. Nikt z jego rodzinnego miasta nie będzie go tu szukał. Żadnej rodziny już tam nie miał. Sąsiedzi pewnie myślą, że umarł.

Lim jednak żył. I dotknął tego, czego wszyscy Krańczycy się bali…

♦ ♦ ♦

Któregoś dnia przy wieczornym ognisku spełnił prośbę Daretczyków i znowu opowiadał o sobie. Ludzie, którzy do tej pory kiwali głową ze zrozumieniem bądź niedowierzali i żartowali z niego, tym razem nazwali go kłamcą. Inni łagodnym tonem tłumaczyli, że głowa płata mu figle.

– Po drugiej stronie lasu nie ma żadnego kraju! Niczego tam nie ma!

– Tam jest tylko Atla, woda, tylko woda!

– Tak, tam jest tylko ocean!

– Byliśmy tam! Wiemy na pewno, że są tam tylko skały i woda. Dużo wody.

– Wariat!

– Kra, kra, kra, kracze jak wrona i kłamie w żywe oczy!

– Skąd naprawdę jesteś?

– Czemu kłamiesz?

– Uciekłeś ze swojego księstwa, bo zrobiłeś coś złego?

– Oszust!

– Przyjęliśmy cię do nas, okazałeś się mądry, życzliwy i pracowity…

– …a teraz wciskasz nam jakieś brednie?

– Lepiej zamknij usta i żyj z nami nadal tak, jak dotąd żyłeś.

– Powinieneś sam zobaczyć!

– Chodź z nami, pokażemy ci Atlę!

Lim nic więcej im nie powiedział. Przez resztę wieczoru spoglądał w milczeniu na bukowe pnie, które żarłocznie połykał ogień.

Następnego dnia usiadł nad stawem na ściętym pniu, tuż obok białogłowego starca wyłożonego na trawie na zielonożółtej derce, i przez chwilę przyglądał się spacerującym nieopodal gęsiom i biorącym kąpiel kaczkom. Siedzieli tak dłuższą chwilę w milczeniu. Gdzieś z pól wiatr niósł w ich stronę odgłosy nawoływań rolników i ich śmiechy.

– Chyba nie jestem w stanie wejść po raz drugi do tego lasu – szepnął Lim.

– A to dlaczego? – huknął Piro. – Jest bezpieczny, niewiele w nim dużego dzikiego zwierza. A poza tym zawsze idziemy uzbrojeni. Czego można się bać?!

– Cienia. Lasu…

– Tak, mówiłeś… Ale sam pomyśl: jak można bać się cienia?! – Starzec zachichotał jak dziecko i puścił do niego oko.

– Nie boję się swojego czy twojego cienia. – Lim pochylił głowę i zapatrzył się w spaloną słońcem trawę. – Boję się Cienia z Kra. To nie jest zwykły cień. Dawno temu otoczył Kra. Rośnie na polach pod lasem już ponad dwieście lat, a może i dłużej. Od zimy do zimy przybywało mu najpierw tylko jedno oczko łańcucha, potem co roku po dwa oczka, tak było może, jeśli mnie pamięć nie zwodzi, przez dziesięć lat. Aż tu nagle trzy lata temu ubyło w ciągu roku aż siedem oczek, a ostatnio Cień wydłużył się o piętnaście w stosunku do ostatniego rocznego pomiaru. Rośnie coraz szybciej. Chce chyba wejść do Kra. Ludzie nie znaleźli na niego sposobu, nawet Starszyzna. Czułem ten Cień… Gdy szedłem przez las, nie odstępował mnie ani na krok. Czułem jego chłód, ciężar, ukrytą pogardę. Z godziny na godzinę było coraz gorzej. Bawił się mną jak lalką. W końcu zaczął mnie kopać, drapać i dźgać. Czasem też miałem wrażenie, że chce mnie rozgnieść jednym zdecydowanym ruchem, tak jak człowiek zgniata butem mrówkę, ale człowiek to nie mrówka, z nim więcej problemu, więc pewnie dlatego jeszcze żyję…

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz, ale bądź pewien, że z nami nic ci nie grozi. W końcu wielu z nas przechodzi przez las w drodze nad ocean, aby łowić ryby. Ta woda rzeczywiście tam jest. Nie wierzysz? Przecież jadłeś z nami ryby. To jak myślisz, skąd je mamy?!

– Może przyjeżdżają do was rybacy, a ja nie miałem okazji ich zobaczyć…

– Nie, do nas nikt nie przyjeżdża – zaśmiał się Piro. – Mieszkamy na końcu świata. Świat o nas zapomniał. Opowiadasz o jakimś Kra za lasem, ale według nas Kra tam nie ma. Nie ma tam żadnej Cienistej Doliny. Tam. Może jest zupełnie gdzie indziej albo w ogóle nie istnieje… Może przyszedłeś z Trimu; na mapach, które mamy, to wieś najbliższa naszej Darecie. Chcielibyśmy ci udowodnić, że straciłeś pamięć, a wszystko, o czym mówisz, zobaczyłeś we śnie. I może tak się stanie, zobaczymy. Ale najpierw opowiedz, co tak naprawdę stało się w lesie, przed którym tak drżysz.

Lim długo milczał, wpatrując się w staw.

Zapadła niezwykła cisza. Nie słychać było ludzi, drobiu, ptactwa, niczego. Zamilkły nawet liście na drzewach. Mężczyzna miał wrażenie, że uleciał w bezgłośną próżnię, gdzie czas się zatrzymał. Że jest w środku bańki mydlanej, która lada chwila pęknie. Że zaraz coś się stanie i nie wróci do Darety, do białogłowego starca, do wschodów i zachodów słońca.

Nagle zapiał kogut. Rozdarł ciszę jak człowiek koszulę naprędce przygotowywaną na opatrunek.

Lim otrząsnął się z odrętwienia. Wrócił do Darety.

– To właśnie najtrudniej ująć w słowa… Gdy wszedłem, a właściwie zostałem wciągnięty w las, w Cień, poczułem, że coś zaczyna mnie oplatać, tworząc ze mnie kokon, nie mogłem się poruszyć, myślałem, że umieram…

– A ty znowu swoje… – szepnął Piro.

Cichy głos Lima zdawał się płonąć i topnieć wzorem przechylonej lekko świecy, z której wosk ścieka wprost na trawę.

– W jednej chwili krew zastygła mi w żyłach, było mi bardzo zimno, a przecież w Kra mieliśmy wówczas lato. Cień owinął się wokół mnie i otulił całunem jak matka niemowlę. Ułożył w kołysce mchu. Nagle ocknąłem się i ruszyłem, najszybciej jak mogłem, w głąb lasu. Z godziny na godzinę traciłem swoje myśli; przeraźliwe dźwięki, głosy lasu zawładnęły moją głową… Słyszałem, jak paprocie machają liśćmi niczym nietoperze skrzydłami, jak krzaki rozpuszczają korzenie, aby ruszyć za mną w pogoń, widziałem, jak drzewa naginają gałęzie do granic swoich możliwości, by dotknąć moich pleców. I nagle wszystkie te zielone stwory utworzyły szpaler, przez który mogłem przejść, ale przechodząc, otrzymywałem razy. Uderzenia zdawały się być i kopniakami, i cięciami noża, i dźgnięciem jakiegoś szpikulca. Biłem bity jak jakiś złoczyńca. Nie wiem, jak długo. Możliwe, że były to trzy godziny, ale i trzy dni są prawdopodobne. Nie miałem sił, by biec, czułem, że w tym chłodzie zamarzam; ale po jakimś czasie skóra rozgrzała się od uderzeń. Teraz myślę, że ktoś, a raczej coś, bijąc mnie, nie pozwoliło mi zamarznąć. Ale to bicie było niemal jak kamienowanie… Gdy zobaczyłem z daleka jakiś spory prześwit między drzewami, wśród strasznego zgiełku w mojej głowie usłyszałem myśl: „Las się kończy, las się kończy, las się kończy”… Zebrałem wszystkie siły, by pobiec do światła. No i znalazłem was.

– Trudno ci uwierzyć, żadnego z nas nigdy to nie spotkało. Chcesz się na własne oczy przekonać, że nie ma Kra?

Lim milczał dłuższą chwilę.

– Dobrze, wejdę z wami w ten las.

♦ ♦ ♦ 

Kilkunastu mężczyzn weszło głęboko w mroczną leśną gęstwinę.

Nic się nie działo. Las subtelnie pieścił ich oczy, uszy i nosy. Zachwycał swoimi zapachami, ale nie odurzał.

Gdy zbliżali się do wybrzeża, Lim, idący ramię w ramię z białogłowym, nie zobaczywszy jeszcze oceanu, już go wyczuł w powietrzu.

– Wkrótce będziemy na miejscu – krzyknął jeden z idących przodem Daretczyków.

– Czuję, ale… chyba już nie jestem zdziwiony – oznajmił Lim starcowi.

– Nie?! – Białogłowy spojrzał na niego podejrzliwym wzrokiem.

– Nie – Lim uśmiechnął się, już wiedział, co wkrótce zrobi. Dodał: – Jeśli udowodnię wam, że Kra istnieje, pozwolicie mi odejść?

– Przecież… – szepnął, lekko zakłopotany Piro i spojrzał ze smutkiem na Lima. – Przecież nikt cię tu nie trzyma na siłę. Przykro mi, że tak myślisz.

– Boję się tu zostać. Boję się waszego świata. Tutaj… z dziwnego powodu czas się zatrzymał. Kobiety nie krwawią i nie rodzą, choć są w stosownym wieku, mężczyźni się nie golą i nie strzygą, bo włosy im nie rosną. Czy ktoś tu się w ogóle starzeje? Budujemy coś, a to coś po jakimś czasie zapada się pod ziemię i budowanie trzeba zaczynać od nowa. Jak to wytłumaczysz?

– Bystry jesteś – zaopiniował starzec i ciężko westchnął.

– Wytłumacz mi to, starcze?!

– Każdy z nas jest uczepiony swojego łańcucha czasu, a łańcuch dynda między ziemią a niebem. Gdy człowiek umiera, puszcza łańcuch. Dareta stoi pomiędzy łańcuchem a ziemią. Tylko tyle mogę ci powiedzieć.

– Nie rozumiem tego, ale teraz to nieważne. Mówisz zatem, że jeśli będę odchodził, naprawdę nikt mnie tutaj nie zatrzyma? – Lim nie spuszczał wzroku z wodza Starszyzny ani na sekundę.

– Naprawdę! Czemu ktokolwiek miałby to robić?! – Piro równie zacięcie patrzył mu prosto w oczy.

– No, sam nie wiem… Sprawdzę…

– Co takiego?

– Wkrótce zobaczysz.

Chwilę później stali już całą grupą nad urwiskiem i wszystkimi zmysłami wchłaniali w siebie Atlę. Przez Lima przelewał się ocean możliwości.

♦ ♦ ♦ 

Lim budował swoje dzieło prawie pół roku, pracując wyłącznie wtedy, kiedy w Darecie nie było dla niego innej pracy, czyli wieczorami i nocami, przy mocnym świetle pochodni. Pomagała mu gromada Daretczyków. Gdy skończyli pracę, rzekł do nich:

– To jest mój dowód. A raczej coś, co dopiero stanie się dowodem, coś, co udowodni wam, że moja głowa ma się całkiem dobrze. Proszę, pomóżcie mi to przewieźć nad Atlę, na skały. Jest tam takie jedno niezbyt strome wzgórze, będzie odpowiednie. Jeśli wszyscy pociągniemy za sznury przy płozach, uda nam się tę konstrukcję umieścić na wzniesieniu. Trzy dni! – Gorejące oczy Lima uchwyciły skupione, poważne spojrzenie Pira. – Trzy dni… Tyle czasu moi ziomkowie będą pewnie potrzebować na podjęcie decyzji. Jeżeli w ciągu tego czasu drewno zacznie się palić, a nikt z nas go nie podpali, to będzie znaczyć, że Kra istnieje. Ogień będzie mówił za tych, których kiedyś znałem. Dlaczego? Wszyscy moi rodacy znają legendę, którą symbolizuje to dzieło. Jeśli rzeczywiście jest tak, jak mówię, mieszkańcy Cienistej Doliny, ci po drugiej stronie lasu, najpierw będą tę moją rzeźbę obserwować, nawet przez kilka dni, a potem spalą, tak jakby chcieli spalić przyszłe nieszczęścia, jakby chcieli unicestwić ryzyko wtargnięcia zła. To ogień będzie ostatecznym dowodem. Jeśli zaś nie spalą tego, co stworzyłem, przyrzekam, że nigdy więcej nie wspomnę już o Kra.

 

W księstwie Kra

Ledwie słońce przestało się wstydzić, już cała Cienista Dolina stała przy płotach.

Ci, którzy zobaczyli go jako pierwsi, byli tak oszołomieni, że stracili głos. Na wzgórzu, na skraju lasu, poza Cieniem, stał wielki drewniany koń. W kłębie miał chyba pięć metrów. Radośnie podniesiony łeb, oczy łapiące chmury. Sierść w różnokolorowe paski. Długi irokez na grzbiecie zdawał się falować jak żagle Achajów. Choć niezgrabność, kanciastość konia widoczna była z daleka, w ogóle nie raziła. Zwierzę było piękne, dostojne.

Drewniana konstrukcja wzbudziła podziw, ale i strach.

Ktoś wreszcie drgnął i pobiegł Cienistą Doliną, krzycząc:

– Chodźcie, zobaczcie! Szybko!

Cienista Dolina poruszyła się jak wstrząśnięta lekko w salaterce, nie do końca wystudzona galaretka.

– Ludzie, wyjdźcie z domów, szybko, szybko!

– Bijcie w dzwony! Niech kobiety i dzieci ukryją się w świątyni!

Zbiegło się ponad dwustu mieszkańców Doliny. Jako ostatni pojawili się Starsi.

– Co to jest, u licha?!

– Koń?! Co tu robi koń?!

– Skąd on się wziął?!

– To zły znak.

– Jak koń trojański…

– Spalmy go!

– Tak, spalmy go! Nie wiadomo, co to za czort!

– Spa-lić-ko-nia-spa-lić-ko-nia-spa-lić-ko-nia! – skandował rozjuszony tłum.

– Ludzie, przestańcie! – krzyknął w końcu ktoś ze Starszyzny, krępy, niski brodaty starzec. – Na razie obserwujmy go. Może ktoś lub coś jest w środku?!

Mieszkańcy struchleli. Zapadła cisza.

– Rozstawimy straże. – Staruszek podrapał się po brodzie i uniósł ku niebu dłoń z rozczapierzonymi palcami. – Pięciu ludzi co noc. Kto się zgłasza?

Pod czujnym okiem mieszkańców Cienistej Doliny upłynęły dwa dni, a trzeci właśnie dogasał.

Zmierzch skradał się cicho jak polujący wąż. Oni także. Dziesięciu Krańczyków wciągnęło na wzgórze wielki wóz z sianem i wepchnęło go pod brzuch konia. Kilku zablokowało koła kamieniami. Wszyscy pozostali mieli pochodnie w rękach i równie jednoznaczne zamiary.

 

W osadzie Dareta

Wieczorem Daretczycy, którzy już po raz czwarty przeszli z Limem przez las, już od pół godziny w milczeniu wpatrywali się w ogień pochłaniający drewnianego konia. Stali w bezruchu pod drzewami, twarzami zwróceni w stronę swojego oceanu.

Płomienie pojawiły się znikąd.

Najpierw pieściły brzuch, ogon, przednie nogi i grzywę zwierzęcia. W końcu zaiskrzyły kopyta. Zwierzę zatrzęsło się i upadło na rozgrzany pysk, aby konać jeszcze przez kilka godzin w bezgłośnych mękach i zostawić po sobie jedynie kupkę popiołu i trochę metalu.

Nadeszła zwyczajna noc, rozjaśniona ogryzkiem księżyca i gwiazdami.

Na ramieniu Lima zawisł płócienny worek z kilkoma jego osobistymi rzeczami. Mężczyzna stanął na skraju przepaści i spojrzał na ocean. Granatowozielone fale z impetem kopały pionową skalną ścianę.

Nagle odwrócił się i spokojnie powiódł wzrokiem po twarzach zgromadzonych już wokół niego Daretczyków.

– Żegnajcie… Wybaczcie, że nie potrafię żyć tu z wami… – Znowu spojrzał na Atlę i już miał uczynić krok w przepaść, gdy Piro złapał go za rękę.

– Stój! Poczekaj! To nie tak. Tam już nie ma nic. Tam jest tylko pustać. Tego oceanu też nie ma. Gdy łowimy ryby, ocean jest jak najbardziej realny, ale jeśli chcemy poczuć go, znika jak deszcz wsiąkający w ziemię. Chcesz dowodu, zejdź niżej tą ścieżką… – Palcem wskazał kierunek. – No i spróbuj dotknąć fal. Fal nie ma. Wody nie ma. Dotkniesz pustki. Ten ocean to iluzja.

Lim spojrzał z niedowierzaniem na białogłowego.

– Nie zatrzymamy cię – ciągnął dalej starzec, wypuszczając z uścisku ramię Lima. – Nie jesteśmy w stanie tego zrobić. Możesz wybrać pustkę albo zostać tu, w limbusie.

– W limbusie?! – parsknął Lim. – Cóż ty mówisz, starcze?

Piro spuścił głowę, przez chwilę milczał.

– Dareta to limbus, coś jak czyściec, otchłań, miejsce dla pokutujących żywych trupów. – W słowach białogłowego zafurkotał gorzki żal.  – Dla umarłych, którzy rękami i nogami wzbraniają się przed śmiercią swojego mózgu. Dla wszystkich ze zbolałą duszą.

– Czemu wcześniej mi tego nie powiedziałeś? Czemu to ukrywaliście?!

Lim znowu obrzucił wzrokiem Daretczyków, ich twarze przyoblekał smutek. Powoli jeden po drugim odwracali się od niego i starca i ruszali w stronę lasu.

– Przekroczyłeś granicę Cienia z własnej woli – ciągnął Piro – ale to nie oznacza, że możesz zrobić to ponownie, w dodatku w drugą stronę. Nie masz innego wyjścia, twoja droga z Kra była jednokierunkowa. Dowód potrzebny był wyłącznie tobie. My, Daretczycy, wiemy, kim jesteśmy i gdzie jesteśmy. Teraz i ty wiesz. Kiedyś i ja się dziwiłem. Dlaczego właśnie ja? Dlaczego właśnie tu? Potem zrozumiałem, że limbus stał się bardzo żarłoczny, wciąga również ochrzczonych i zrozpaczonych, nawet tych o czystych duszach. Przyciąga po prostu wszystkich udręczonych. A dusza jest udręczona, gdy ignoruje Boga. Ona za karę nie umiera, a ciało jest skazane na wieczne zaczynanie od nowa. Wasz lęk był uzasadniony. Limbus rośnie. Ten Cień wychodzący z lasu to dym z jego komina. Z komina otchłani. Dym, mgła, cień, wszystko jedno, jak to nazwiemy, wychodzi spoza świata żywych, aby mamić tych po drugiej stronie. My nazwaliśmy swoje księstwo Daretą, a Bóg tylko wie, ile takich Daret istnieje w całym limbusie…

– A wmawiałeś mi, że gadam banialuki o Cieniu! – Lim podniósł głos. – Krańczycy mieli rację, mieli się czego obawiać! Kra jest dobra i zdrowa, niejeden z nich miałby szansę na Niebo, prawda? Tymczasem Dareta jest chyba jak robak w zdrowym owocu!

– Zbyt ostra ta opinia – Piro pokręcił przecząco głową. – Wprowadzałem cię w błąd dla twojego dobra. Bo wierzę, że Bóg, ofiarowując nam drugie życie tu, w Darecie, daje nam jakąś szansę. Jaką, sami musimy odkryć. Ja o swojej pojęcia jeszcze nie mam. Czasem odnoszę wrażenie, że nasz limbus przypomina dom, a my wszyscy stoimy w tym domu przy gigantycznym otwartym oknie. Ty dostałeś się tutaj właśnie przez takie okno. Dareta za długo stała w jednym miejscu.

– To wy wędrujecie?

– Tak, limbus nie może stać zbyt długo w jednym miejscu. Ale, niestety, nigdy nie wiemy, kiedy „długo” znaczy „za długo”. Czasem popełniamy grzech lenistwa, otchłań wciąga kogoś, kogo nie powinna. Cień, ten dym z Otchłani, płoży się raz szybciej, raz wolniej. Nie mamy na niego wpływu.

– A gdzie ci wszyscy z Kra, których znałem, a którzy weszli do lasu i nie wrócili?!

– Nic o nich nie wiem. Nie wyszli z lasu. Przez ostatnie dziesięć lat tylko ty go pokonałeś.

– Ale czy będę jedyny?

– Prawdopodobnie tak. Tylko Rada wie, że limbus stwarza zagrożenie dla żywych, inni idą za Radą niczym ślepcy za głosem. Możemy tylko pewnego dnia zostawić Cień tam, gdzie jest, i pójść dalej. I teraz nadszedł ten czas. Znowu ruszymy w drogę. Cała Dareta musi porzucić swoje domy i pola i po raz kolejny podjąć syzyfowe prace. I ty razem z nami, jeśli tylko zechcesz. Tam, gdzie zaczniemy od nowa, znowu pojawi się dym, ale zanim się rozrośnie, minie trochę czasu. Potrząsnąłeś naszą krainą, ale nie mamy ci tego za złe. Co jakiś czas to się zdarza. I właśnie wtedy Daretczycy ruszają szukać równowagi między światami. Jakiegoś miejsca, gdzie przez kilkanaście czy kilkadziesiąt lat będą mogli spokojnie żyć pomiędzy światami.

Piro pochylił głowę, dając tym samym znak, że zakończył rozmowę. Odszedł.

Lim jeszcze długo jak zahipnotyzowany wpatrywał się w ciemną oceaniczną głębię, której ponoć tak naprawdę nie było. Wspominał swoją Jurę. Tak bardzo teraz za nią zatęsknił, że aż w piersi go zabolało.

– Raz kozie śmierć, poszukam jej – szepnął i postąpił naprzód.

Zniknął w oceanicznym niebycie.

 

W księstwie Kra

Nazajutrz, jak co rano, mieszkańcy Cienistej Doliny wyszli z domów, aby jak zwykle podejrzeć Cień i obejrzeć pogorzelisko. Stanęli oniemiali, nieufni, przyglądając się przyleśnym łąkom.

Już go nie było.

Cień rozpuścił się jak miód w kubku gorącego mleka.

Ale choć krańczyckie lęki obróciły się w perzynę, Kra nie zwariowała z radości.

Mieszkańcy poczuli się dziwnie. Jakby coś stracili.

Uśmiechy spełzły do traw.


WOJCIECH WIERCIOCH - O AMIELU

 


AUTOR: WOJCIECH WIERCIOCH


MISTERIUM SAMOTNOŚCI

Kim był Henri-Frédéric Amiel? Wykładowcą filozofii, autorem przeciętnych wierszy i rozpraw, samotnikiem prowadzącym wyjątkowo jednostajne życie. Był introwertykiem bezskutecznie szukającym miejsca w obcej mu rzeczywistości – „profesorem bez powołania, filozofem bez doktryny, zakochanym bez kochanki, poetą pozbawionym liry, pisarzem wyzutym ze stylu, estetykiem o ciasnym zmyśle artystycznym, idealistą bez gwiazdy i wierzącym bez Boga” (Charles Du Bos).

         Paradoks Amiela: autor męczył się myślą o swej bezpłodności literackiej, a napisał monumentalne dzieło (17 000 stron!) – arcydzieło introspekcji. Celnie charakteryzuje go Maria Janion: „Podkreślano niejednokrotnie, że Amiel w końcu – poza Dziennikiem – niczym innym się nie zajmował. Nawet własnym życiem. Wszystko przerobił na dziennik. Miał napisać wielkie Dzieło literackie – zrezygnował. Miał się ożenić i wydać na świat potomka – zrezygnował. Ciągle się przygotowywał do czegoś, co nie miało się dokonać”.

       Życie praktyczne fascynowało go – zwłaszcza w formie impresyjnych marzeń; zawsze jednak wycofywał się w życie teoretyczne – sferę giętką i rozległą, poddającą się psychologicznej analizie i metafizycznej syntezie. Czas płynął i gubił się – jednocześnie powracając pod postacią dziennika, stającego się rodzajem rekompensaty za postępującą utratę życia. Nasuwa się tu jednoznacznie skojarzenie z Proustem i jego arcydziełem – podróżą W poszukiwaniu straconego czasu...

     Amiel wiódł – pozornie – życie jednowymiarowe, monotonne, spokojne; był postacią „bez biografii”. Jego egzystencja płynęła – jak nizinna rzeka – cicho, powoli; nie krzyczała szaleństwem wodospadów, meandrów... ale też nie znikała w piaskach pustyni... Ten wyjątkowo monolityczny i monochromatyczny charakter miał jednak swoje wiry, wciągające w tajemnicze głębiny. „Kiedy myślę o wszelkiego rodzaju intuicjach dokonanych przeze mnie, wydaje mi się, żem przeżył wiele dziesiątków, a nawet setek istnień. Odtwarzam sobie z łatwością myślowo każdą osobistość charakterystyczną, lub raczej ona to chwilowo kształtuje mnie na swój obraz i podobieństwo, tak że dla zrozumienia tego nowego upostaciowania istoty ludzkiej wystarcza mi żyć i obserwować, jak żyję i czuję ja sam w danej chwili. W ten to sposób byłem już matematykiem, uczonym, erudytą, mnichem, dzieckiem, matką itp.” – pisał genialny introspektor. Czuł się kameleonem, kalejdoskopem, Proteuszem podlegającym wszelkiego rodzaju modyfikacjom i transformacjom.

       Amiel był outsiderem: człowiekiem stojącym na uboczu i obserwującym życie „przez dziurę w ścianie”. Wpatrując się we własne ja – sięgał wzrokiem głębiej i dalej niż jego otoczenie; miał więc poczucie obcości i nierzeczywistości. Przebłysk siły, wynikający z kontaktu z rzeczywistością transcendentną, dał mu świadomość istnienia nowych, odmiennych stanów świadomości, pojawiających się w sytuacjach granicznych – chwilach uczuciowego napięcia. Te uczucia były dla niego pasmem udręczeń i ukojeń, z których wyrastają prawdziwe, rozstrzygające wybory. Amiel czuł się niezdolny do działania, do sprawnego podejmowania decyzji – a przecież postanowienie, by roztrząsać i zapisywać stany duszy, było radykalnym, decydującym wyborem. „Wyboru tego dokonywają w nas nasze uczucia najbardziej wybitne i najsilniej rozwinięte. One to stanowią coś w rodzaju centrów krystalizacji, coś w rodzaju stałych punktów, naokoło których grupują się i skupiają inne, bardziej bierne pierwiastki naszej świadomości, a więc przede wszystkim pierwiastki czysto poznawcze. Jeżeli jednak uczuć takich, które mogłyby odegrać rolę centrów skupienia, jest zbyt wiele i jeżeli są one zbyt różnorodne – wszelki wybór, wszelka organizacja stała naszych poglądów staje się rzeczą niemożliwą” (Stanisław Brzozowski). Umysł szwajcarskiego myśliciela oscylował więc między stanami ekstremalnymi: ekstazą i apatią. Ekstaza stymulowała jego pragnienia, apatia graniczyła z rezygnacją, skrajną depresją i dezintegracją. Takie stany ducha mogą degradować charakter – mogą też stymulować rozwój osobowości. Ernst Kretschmer w swojej pracy Ludzie genialni wyraził opinię, że u jednostek wybitnych występują z reguły elementy psychopatologiczne, które – gdy zostaną zintegrowane na wyższym poziomie – dynamizują potencjał twórczy (por. Cesare Lombroso, Geniusz i obłąkanie).

     O jednostkach zdezintegrowanych pozytywnie pisał Kazimierz Dąbrowski: „Są oni często niezupełnie przystosowani do zwykłej rzeczywistości albo nawet wyraźnie do niej nie przystosowani. Wahają się, są często skrępowani, bojaźliwi, zahamowani, w różnych sytuacjach pełni refleksji, nie decydują się łatwo na działanie lub – jeśli się decydują – nie ma to ich działanie nic wspólnego z przemyślaną strategią, jest jedynie dążeniem do wytkniętego celu. W rezultacie jednostki takie napotykają różne trudności, przeżywają konflikty wewnętrzne, są narażone często na niepowodzenia życiowe, przeżywają smutek, depresję i liczne stany lękowe. Cechy te potęgują się często u ludzi zdolnych, u ludzi wybitnych. Może świadczyć o tym zachowanie i postępowanie większości wielkich poetów, malarzy, rzeźbiarzy, dramaturgów, aktorów, muzyków, a także wielkich uczonych o szerokich zainteresowaniach, którzy są często uważani przez społeczeństwo za dziwaków. Skupieni zwykle na jednym czy kilku terenach działania, wykazują jednocześnie brak przystosowania się do spraw życia codziennego, brak przystosowania społecznego. Są często «niezgrabni» psychicznie, nawet fizycznie, zapominają w wielu rzeczach praktycznych, pochłonięci sprawami dla nich ważnymi i absorbującymi ich całkowicie. Są to osoby, które przebywają w innych rzeczywistościach aniżeli my wszyscy, są one pochłonięte przeżywaniem twórczym w innych niż ogół wymiarach, przywiązują dużą wagę do słów, do marzeń, do pomysłów często uważanych za dziwaczne. Są to ludzie o ogromnej wrażliwości, którym rzeczywistość nie przedstawia się tak jak nam – jest ona zazwyczaj szeroka i wielopoziomowa, bogata i twórcza. Mają mnóstwo pomysłów przetwarzających tę rzeczywistość zgodnie z ich różnymi formami wrażliwości, formami potencjału rozwojowego. Swoją innością, swoją dziwacznością narażają się na trudności natury społecznej, rozluźniają więzi z otoczeniem. Zamykają się w świecie własnych przeżyć i pomysłów, nawiązują kontakt tylko z wybraną grupą osób, której nie rażą swym zachowaniem, która rozumie ich potrzeby i dążenia”.

        Amiel był mistrzem introspekcji, autoanalizy... Introspektor – to ktoś, kto spogląda w głąb, starając się zrozumieć samego siebie. Oczekuje objawienia – nagłego wglądu w istotę życia. Potrafi także wykorzystywać małe, codzienne olśnienia, krople jasności. Oscylacje między nastrojami maniakalnymi a przypływami przygnębienia poszerzają zakres jego doświadczeń i dają świadomość, że nawet banalne zdarzenia mogą zawierać głębokie prawdy. Burzliwe życie wewnętrzne – pełne radości i cierpień – może stanowić podłoże oryginalnych, olśniewających wizji, spostrzeżeń i wniosków. Nawet największa klęska może być początkiem odrodzenia, transformacji. Wirginia Woolf pisała, że „w najgorszym dołku psychicznym jest się najbliżej prawdziwej wizji świata”.

        Żeby doświadczenia – pozytywne i negatywne – ułożyły się w spójny światopogląd, muszą być uporządkowane, przemyślane, zapisane. Huragan bodźców osłabia naszą zdolność myślenia, słuchania, odczuwania – rodzi niepokój i dezintegracyjny lęk. Pisanie dziennika może więc być próbą zapanowania nad chaosem. Zapisywanie doświadczeń harmonizuje stany umysłu. Dziennik może być wyzwaniem, sprawdzianem – ćwiczeniem duchowym.

        Michel Foucault twierdzi, że pisanie można traktować – obok ascezy, rozpamiętywania, rachunku sumienia, medytacji, milczenia – jako pracę nad samym sobą. Pisanie jest rozmyślaniem, a więc ćwiczeniem myśli. „Hypomneumata w sensie technicznym to księgi rachunkowe, rejestry publiczne, zapiski prywatne służące do utrwalania rzeczy ulotnych. Używanie ich jako przewodników duchowych było, jak się zdaje, stałą praktyką ludzi wykształconych. Zapisywano w nich cytaty, fragmenty dzieł, przykłady i opisy zdarzeń, których było się świadkiem lub o których czytano, refleksje i przemyślenia, które usłyszano lub które właśnie przyszły komuś do głowy” (M. Foucault). Hypomneumata tworzą materiał i ramy dla częstych ćwiczeń: wielokrotnej lektury, medytacji, spotkań z samym sobą lub innymi. „Dlatego też nie powinny one spoczywać w studni pamięci, lecz głęboko zapaść w duszę, «wyryte w niej», jak mówi Seneka, i w ten sposób stać się częścią nas samych. Krótko mówiąc, dusza powinna nie tylko je sobie przyswoić, ale się nimi stać” – twierdzi autor Szaleństwa i literatury.

       Seneka podkreślał, że „praktykowanie siebie” zakłada lekturę, gdyż nie wszystko można wyciągnąć z zasobów własnego umysłu. Nie należy jednak oddzielać czytania od pisania. Nadmiar lektury rozprasza. „Przechodząc bez przerwy od jednej książki do drugiej, nie zatrzymując się ani przez chwilę i nie wracając do ula z porcją zebranego przez siebie nektaru, w konsekwencji zaś nie prowadząc notatek i nie gromadząc w skarbcu materiału do dalszej lektury, nic na nich nie skorzystamy, zagubimy się w labiryncie myśli i w końcu stracimy z oczu samych siebie. Pisanie, rozumiane jako sposób gromadzenia efektów lektury i skupiania się na sobie samym, jest ćwiczeniem rozumu, wymierzonym przeciwko wielkiej ułomności stultitia, którą zdaje się faworyzować lektura bez granic. Stultitia definiuje się przez pobudzenie umysłu, niestałość uwagi, zmienność opinii i zamiarów i w konsekwencji słabość w obliczu możliwych zdarzeń” (M. Foucault).

      Pisanie było dla Amiela psychoterapią i treningiem mądrości. Dziennik – forma bez formy – utrwala bowiem mijający czas, umożliwia samorealizację, pozwala myśleć na papierze, odkrywać prawdę o sobie i świecie. Im bogatsza osobowość piszącego, im barwniejsze jego życie, tym ciekawsze zapiski – i tym więcej materiału budującego i reorganizującego duszę czytelnika.

    „Poeta lub myśliciel są niezbywalnie samotni, a zarazem wystawieni na  napór mnogich możliwości. Za progiem milczenia rozpoczyna się zgiełk zarodkowych form i wola artykulacji” (George Steiner). Słowa te znakomicie komentują stan ducha samotnego mędrca z Genewy.

   Samotność niejedno ma imię. Bywa samotność narzucona przez los, trudna, upokarzająca, wyniszczająca, dusząca i jałowa. Zdarza się też samotność świadomie wybrana (choć nieraz są to bolesne wybory), poszukująca prawdy i szczęścia, wypełniona kontemplacją i medytacją, ascezą i modlitwą, błagająca Boga o twórcze upojenia i ciche ekstazy.

       Samotność płynąca z wyboru może zaludniać się głosami z książek, upajać się legionami cytatów i owocować wzruszającymi zapiskami. Dobrym przykładem jest tutaj Michał Montaigne, który ze swej wieży uczynił sanktuarium płodnego odosobnienia. Podczas swojej pracy nad Próbami, autobiograficznymi esejami, kiedy pogrążał się w przygotowawczych lekturach i milczących polemikach, trzymał z dala od siebie nawet najbliższe osoby. Charakterystyczne słowa padają w jego księdze: „Trzeba sobie zachować jakiś zakamarek, wyłącznie nasz zupełnie wolny, w którym byśmy pomieścili prawdziwą swobodę i uczynili zeń najmilszą samotnię i ustroń. Tam trzeba się chronić na rozmowy z samym sobą, częste i stałe, i tak poufne, aby żadne zbliżenia ani wpływy nie miały do nich przystępu; tam można sobie gwarzyć i śmiać się swobodno, jak gdyby się nie miało żony ani dzieci, ani dobytku, ani dworu i służby, i kiedy trafunkiem przygodzi się stracić wszystko, aby, powiadam, nie było nam dziwne obejść się bez tego”.

        W takiej samotności tkwi naturalny arystokratyzm, odmowa przynależenia do bezmyślnego tłumu. To właśnie odraza do profanum vulgus decyduje o „świetności górskich szczytów”, właściwej dziedzictwu geniuszy myśli i słowa (vide: Heraklit, Pascal, Kartezjusz, Spinoza, Schopenhauer, Nietzsche, Kierkegaard, Wittgenstein, Elzenberg).

          Istnieje samotność szczytów i samotność celi, samotność rozległych horyzontów i nieznośnych ograniczeń. Żeby lepiej zrozumieć gorzko-słodką samotność Amiela – porównajmy z nią z odosobnieniem innych wybitnych twórców.

    Fryderyk Nietzsche przeżywał swoją alienację wśród alpejskich szczytów: na samotnych wędrówkach – z notesem, w którym zapisywał swoje aforyzmy. Stany wielkiej witalności przeplatały się u niego z okresami załamań i depresji. Jego natchnione teksty rozpływały się w ciszy i całkowitej obojętności; w desperacji nasłuchiwał jakichkolwiek oddźwięków. Rewelacyjne i rewolucyjne księgi szybko szły na przemiał lub były zwracane autorowi (który sam opłacał ich druk). Gdy nową publikację przyjęto z niemal całkowitym milczeniem – napisał: „Po tym okrzyku, jakim był Zaratustra, okrzyku z głębin duszy, w odpowiedzi nie usłyszałem najmarniejszego choćby pisku: nic, nic, tylko bezgłośna samotność pomnożona tysiąckroć; jest w tym coś przeraźliwego, niepojętego, nawet najzdrowszą osobę mogłoby to powalić, a ja wszak nie należę do tych najzdrowszych. Od tego czasu mam wrażenie, że błąkam się pośród śmiertelnie rannych i dziw to istotnie, że jeszcze żyję”. Wiedział jednak zarazem, że właśnie owa izolacja jest źródłem i dowodem jego wyjątkowej pozycji...

      Marcel Proust mocował się z samotnością, która miała przyczyny somatyczne (zaawansowana astma) i psychiczne (heroiczne próby utrwalenia odchodzącej w niebyt egzystencji). W hermetycznej, zadymionej kryjówce Proust wysnuł z siebie tłumne towarzystwo, miasto myśli, uczuć i wrażeń. Mocą podświadomej księgowości (podobną prowadził Kierkegaard) genialny prozaik zespolił swe życie cielesne z życiem magnum opus – i oba dobiegły kresu w tym samym momencie...

        Dlaczego Nietzsche nie miał czytelników? Dlaczego wydawcy odsyłali Proustowi (niekiedy bez przeczytania) rękopis arcydzieła? Dlaczego Kierkegaard zdychał z lęku i głodu (bo cały majątek przeznaczył na wydanie własnych dzieł)? Dlaczego Amiel pisał „sobie a muzom”?

      Skąd bierze się okrutna samotność geniuszy? „Owa radykalna samotność w jamach własnej psychiki może mieć aspekt cielesny, duchowy, społeczny, a wyrastać może z niewczesności – równie dobrze można powiedzieć: oryginalności dzieła bądź koncepcji. «Na zewnątrz» nie ma nikogo, kto potrafiłby rozpoznać novum narzędzi ekspresji, filozoficznego przesłania, stylu czy logiki, żadne echo nie odpowiada na impet wypowiedzi (na nowatorski głos z twórczych głębin) i jest tylko milczenie albo drwina, chociaż nieuchronnie jest też zawsze «skryty powiernik», inna osoba, która może ukoić lub wyzwolić strach, a czasami i jedno, i drugie. W istocie ukojenie i strach są od siebie nieodłączne jak w nocnych rozmyślaniach Pascala czy w Elegiach duinejskich Rilkiego (arcydzieło współczesnej samotności ontologicznej)” – wyjaśnia G. Steiner.

            Dzisiaj Amiel jest klasykiem, mistrzem w swoim gatunku. Jawi się nam jako wtajemniczony mistyk, wybitny analityk duszy, wnikliwy obserwator życia społecznego i wyrafinowany nauczyciel mądrości. Jednak gdy żył – uchodził za zdziwaczałego odludka, przewrażliwionego neurotyka, zdeformowanego frajera, aseksualnego grafomana, zbzikowanego cudaka i faceta bez jaj. Do swojej inności potrafił podchodzić jednak z pogodnym dystansem i stoickim spokojem: „Sceptycyzm jest może najrozumniejszym stanowiskiem, ale wyzwalając nas od błędu, zabija on życie. Dojrzałość umysłu polega, być może, na tym, ażeby dobrowolnie brać udział w przymusowej grze życia, zachowując pozory kogoś, co grę tę traktuje poważnie. Taka dobrowolna rezygnacja, uzupełniona przez lekki uśmiech ironii, zachowuje nam przynajmniej pozory swobody... Kto wpadł już w potrzask życia, powinien los swój znosić pogodnie; opór nie prowadzi do niczego, co najwyżej – do szaleństwa, jeżeli już odmawiamy sobie samobójstwa. Rezygnacja pełna pokory – czyli stanowisko religii – lub też pogodne rozczarowanie z pewną domieszką ironii – oto jedyne dwa wyjścia”.

        Amiel wydawał zbiory aforyzmów (przeciętne), które nie przyniosły mu sławy. Większość z tysięcy stron Dziennika intymnego zawiera przegadane rozważania, sentymentalne roztkliwiania nad sobą, ględzenia starego kawalera, czułostkowe marzenia i nudne wspomnienia. Ale... Ale setki stron – to genialne minieseje i aforyzmy: przenikliwe refleksje, liryczne perełki, błyskotliwe paradoksy, oryginalne konstatacje, zniewalające prowokacje i wzruszające wyznania...

 

Wojciech Wiercioch

Kraków, kwiecień 2005 r.


ZŁAP AFORYZM NA LITERĘ Ł

 



WOJCIECH WIERCIOCH - AFORYZMY
 

·  Łapówki są wliczane w koszty uzyskania przychodu...

· Łamanie się opłatkiem, przełom roku, łamanie w kościach, łamanie sobie głowy... Pierwszy aforyzm xxi wieku. 

·   Łabędzi śpiew: posłowie brzydkiego kaczątka. 

·   Łaska to dar, na który trzeba zapracować... Czy więc nie lepiej nazwać ją sprawiedliwą zapłatą?

·   Łatwiej jest pisać niż skreślać. Do pisania wystarczy wyobraźnia. Ale żeby skreślać – o, tu jest potrzebny krytycyzm.

·   Łokieć: miara kariery. Stopa: kariera miary.

·   Łudził się, że historia mu wybaczyła – a ona najzwyczajniej... Zapomniała o nim.

·   Łzy kobiece osuszają... Męską kieszeń.

·   Łzy podpływają jej do warg jak fale morza białego i palą jej oczy jak słońce nad morzem czarnym. A morze martwe ma przed sobą na wyciągnięcie... Słowa.


JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH - WIERSZ

 


AUTORKA: JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH


                                Pełnia

                                        Ferdynandowi Ruszczycowi za „Pustkę”

 

                            akordeon wiatru zaklął niebo i ziemię

                            w spóźnionych kochanków

 

                            na wzgórzu smutna wariacja

                            tango triste w nieskończonych figurach

 

                            furkotają potargane sukienki chmur

                            i rude fraki konarów

 

                            cichy stukot

                            burozielonych szpilek traw

 

                            dom zastygł jak chochoł z nożem w plecach

                            z okien wycieka pustka

                            zawłaszcza świat

                            kawałek po kawałku

                            jak świeży beton

 

                            obraz niedopowiedziany

                            zalaminowany

                            transparentnością samotności

                            krajobraz oprawiony

                            w nieprzezroczystość historii


EINSTEIN - WOJCIECH WIERCIOCH

 


Zachęcamy do lektury szkicu o Albercie Einsteinie. To trzy w jednym: portret historyczny, portret komiczny i portret ezoteryczny

Autor: Wojciech Wiercioch 😊

Albert Einstein

PORTRET HISTORYCZNY

Albert Einstein urodził się 14 marca 1879 r. w niemieckim mieście Ulm; wkrótce jednak jego rodzina przeniosła się do Monachium.

Uczęszczał do katolickiej szkoły elementarnej, a w domu pobierał lekcje judaizmu (do dwunastego roku życia wykazywał ponadprzeciętne zainteresowanie religią). Albert był milczącym, dziwnym dzieckiem; nie dostrzegano w nim żadnych iskierek geniuszu. „Nie znosił sztywnej, niemieckiej dyscypliny szkolnej i bez entuzjazmu uczył się łaciny i greki. Jego droga do nauki rozpoczęła się od matematyki, do której zachęcił go wuj, inżynier Jakub Einstein. W wieku około 12 lat Einstein samodzielnie nauczył się geometrii i postanowił, że pewnego dnia rozwiąże zagadki świata. Jego historia to raczej niecodzienny przypadek realizacji młodzieńczych marzeń” (John Simmons).

Nie zdał matury. Oblał egzamin wstępny na politechnikę w Zurychu; później też nie był wybitnym studentem. Miał poczucie, że uczelnia krępuje go. Pisał, iż „to cud, że współczesne metody kształcenia nie zdusiły całkowicie świętego zapału i dociekliwości”.

W 1902 r. Einstein uzyskał stanowisko młodszego inspektora w Szwajcarskim Urzędzie Patentowym w Bernig. 1905 r. – to „cudowny rok” w życiu naukowca: złożył do druku rozprawę doktorską i opublikował trzy rewolucyjne artykuły naukowe (jedna z tych prac zawiera słynne równanie E = mc2). I tak zaczął błyskotliwą karierę uniwersytecką; był wykładowcą w Zurychu, Pradze, Berlinie. W 1916 r. zamieścił w Annalen der Physik rozprawę zatytułowaną „Zasady ogólnej teorii względności” (później została opublikowana jako jego pierwsza książka). W 1922 r. otrzymał Nagrodę Nobla za „zasługi w dziedzinie fizyki teoretycznej, a w szczególności odkrycie zjawiska fotoelektrycznego”; niektórzy znawcy tematu uznali, że był to rodzaj nagrody pocieszenia, ponieważ w uzasadnieniu pominięta została budząca wciąż znaczne kontrowersje teoria względności (choć już w 1919 r. Arthur Eddington przeprowadził podczas zaćmienia Słońca eksperymentalne pomiary zakrzywienia promieni świetlnych, w pełni potwierdzające teoretyczne przewidywania Einsteina).

Gdy w Niemczech zaczął się szerzyć antysemityzm – Albert przyjął propozycję objęcia stanowiska profesora w Institute for Advanced Study w Princeton i zrzekł się obywatelstwa niemieckiego. W czasie drugiej wojny światowej został konsultantem wydziału amunicji i materiałów wybuchowych Zarządu Uzbrojenia Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. Przepisany na nowo rękopis pracy o szczególnej teorii względności (z 1905 r.) sprzedano na aukcji za 6 mln $, które zostały przeznaczone na wspomożenie udziału Stanów Zjednoczonych w wojnie…

A jednak genialny fizyk był pacyfistą i zaangażowanym intelektualistą… Zainteresował się syjonizmem, towarzyszył Chaimowi Weizmannowi w podróży po USA w celu zbierania funduszy na utworzenie Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie. Solidaryzował się z Gandhim, podpisywał protesty przeciwko powszechnej służbie wojskowej i apel o ogólnoświatowe rozbrojenie. Opublikował też – wraz z Zygmuntem Freudem – traktat Why War? W 1952 r. odrzucił propozycję zostania prezydentem Izraela…

Albert Einstein był – jako osoba publiczna – ceniony i podziwiany. A jako osoba prywatna? „Trudno scharakteryzować osobowość Einsteina, zwłaszcza z lat późniejszych, gdy prowadził na ogół życie samotnicze. Nie wypowiadał swoich uczuć w stosunku do innych ludzi, choć skłonny był do wyrażania swojego głębokiego oddania ludzkości” – pisał John Simmons. Życie osobiste Einsteina pełne było zawirowań, tajemnic i cierpień. W 1902 r. urodziła się jego nieślubna córka. Z Milevą Marić ożenił się dopiero w następnym roku, a po kilku miesiącach zarejestrował Lieserol jako swoją córkę; biografowie naukowca twierdzą, że mogłoby to wskazywać na zamiar oddania jej do adopcji w przypadku, gdyby fakt posiadania nieślubnego dziecka zagrażał jego karierze jako urzędnika państwowego… W 1919 r. otrzymał rozwód z Milevą; umowa rozwodowa przewidywała, że pieniądze z ewentualnej Nagrody Nobla przypadną żonie i jej synom (geniusz dotrzymał słowa!). Wkrótce odbył się jego ślub z daleką kuzynką – Elsą Löwenthal (zmarła w 1936 r.).

Kim był w oczach innych? Jakie były opinie na jego temat? Sprzeczne! Przykład: „Roztaczał zawsze wokół siebie aurę cudownej czystości, miał w sobie coś z dziecka, a jednocześnie był nieustępliwie uparty” (Robert Oppenheimer). „Einstein uwielbiał kobiety, a im bardziej były pospolite i śmierdzące potem, tym bardziej go pociągały” (Peter Plesch). „Nie jest wcale łatwo być żoną geniusza. Twoje życie zdaje się nie należeć do ciebie, lecz do wszystkich innych ludzi. Prawie każdą minutę w ciągu dnia poświęcam mojemu mężowi, a tym samym jestem osobą publiczną” (Elsa Einstein). „Einstein troszczył się o swoją żonę i bardzo jej współczuł. Niemniej jednak w atmosferze nadchodzącej śmierci zachował wewnętrzny spokój i nieustannie pracował” (Leopold Infeld).


PORTRET KOMICZNY 

Najwybitniejszy fizyk XX wieku nigdy nie studiował (formalnie) fizyki. Być może to sprawiło, że nie chodził utartymi ścieżkami i nie powielał naukowych i pseudonaukowych stereotypów. Wprost przeciwnie! Jego tezy, hipotezy, twierdzenia i stwierdzenia tak odbiegały od zdroworozsądkowej wizji świata, że mogły zostać uznane za rojenia wariata. Einstein stwierdził równoważność masy i energii, dowodził, że masa ciała w ruchu jest inna niż masa tego samego przedmiotu w spoczynku, że każde ciało zakrzywia wokół siebie przestrzeń, że pod względem grawitacji czas płynie wolniej, że promienie słoneczne nie zawsze biegną po linii prostej… Pan Albert miał jednak szczęście, że był fizykiem… a nie metafizykiem, a jego odkrycia można było wyrazić w ścisłym języku matematyki i zweryfikować na drodze eksperymentów naukowych.

Wielki naukowiec był nie tylko człowiekiem mądrym, ale i dowcipnym (te cechy nie często idą z sobą w parze) – choć nie zawsze było to dobrotliwe, naiwne poczucie humoru. „Einstein zazwyczaj przeplatał niewinne żarty ze zjadliwymi kpinami, tak że jego rozmówca często nie mógł się zdecydować, czy się śmiać, czy czuć dotkniętym” – wspominał Philips Frank: „Takie zachowanie sprawiało, że robił wrażenie człowieka bardzo krytycznego, a niekiedy nawet cynicznego”.

Einstein nie lubił głupich pytań, a tych nie szczędzili mu dziennikarze. Kiedyś zapytano go, jak zapisuje swoje genialne myśli. Czy ma notes, czy wręcz całą kartotekę?

– Drogi panie – odparł uczony – prawdziwe myśli przychodzą człowiekowi do głowy tak rzadko, że z łatwością można je zapamiętać.

– A jak powstaje przełomowe odkrycie?

– Bardzo prosto. Wszyscy wiedzą, że coś jest niemożliwe do zrobienia. Przypadkowo znajduje się pewien ignorant, który tego nie wie… I to właśnie on zostaje odkrywcą.

            Einstein miał też problemy z własną żoną, która często go pytała, nad czym teraz pracuje, ponieważ dziennikarze nagabywali ją o to, a ona – nic nie wiedząc – robiła z siebie idiotkę. Otrzymała więc od męża taką radę:

– Wiesz co, gdy cię będą pytać, powiedz, że wiesz, ale nie możesz tego zdradzić, bo to wielka tajemnica.

            Pytania bywają – tak jak odpowiedzi – podstępne. Zapytano kiedyś Einsteina, z jakich zagadnień będzie egzaminować studentów. Oryginalny profesor odpowiedział:

– Pytania będą takie jak w ubiegłym roku.

– Ależ, profesorze, przecież to szalone ułatwienie!

– Nic podobnego. Pytania są wprawdzie te same, ale prawidłowe odpowiedzi… zupełnie inne.

            Inne mogą być nie tylko odpowiedzi, ale i reakcje… Pewnego razu, gdy Einstein grał na skrzypcach na prośbę zebranych w jego domu gości, znany komik Olson, ulubieniec Broadwayu, zaczął się głośno śmiać. Fizyk przerwał grę i z całą powagą zapytał:

– Dlaczego pan się śmieje? Czy widział pan, abym kiedykolwiek się śmiał podczas pańskiego występu?

            Einstein był człowiekiem wszechstronnym – znał się na fizyce i metafizyce, chemii i alchemii, astronomii i astrologii… Gdy kiedyś był na przyjęciu u pewnych Amerykanów, pani domu, chcąc się pochwalić swoją erudycją i elokwencją, zaprowadziła uczonego do okna i, wskazując na jakąś gwiazdę, powiedziała:

– To jest Wenus, poznaję ją, bo zawsze lśni jak piękna kobieta…

– Przykro mi – odparł mędrzec – lecz planeta, którą pani pokazuje, to Jowisz.

– Ach, drogi profesorze, pan jest naprawdę niezwykły. Z tak wielkiej odległości potrafi pan odróżnić płeć gwiazdy!

            Mistrz Albert rozumiał wiele rzeczy. Ale czy jego rozumiano? Rozumiała go (albo tak się jej tylko wydawało!) własna żona. Jeden z dziennikarzy zapytał ją, czy rozumie teorię względności. Przez moment zawahała się, po czym odparła:

– Nie rozumiem jej. Ale, co dla mnie znacznie ważniejsze, rozumiem samego Einsteina.

            A trudno było zrozumieć twórcę teorii względności…

            Kiedyś na prośbę żony, aby ubrał się przyzwoicie, idąc do biura, odpowiedział:

– Po co? Przecież wszyscy mnie tam znają.

            Natomiast gdy żona poprosiła go, aby ubrał się przyzwoicie, wyjeżdżając na swoją pierwszą konferencję naukową, powiedział:

– Po co? Przecież nikt mnie tam nie zna.

Na pewno Einstein nie zgodziłby się z podstawowym dogmatem marketingu, że opakowanie jest ważniejsze niż zawartość…

PORTRET EZOTERYCZNY

            Einstein był niezwykłym naukowcem – geniuszem, mędrcem, a więc kimś, kto wykracza poza schematy logicznego, racjonalnego, dyskursywnego myślenia. Dla niego wiedza stanowiła tylko jeden z elementów kreatywnego, innowacyjnego myślenia. Sam niejednokrotnie podkreślał, że wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy. Wpisywał się więc w nurt paradygmatu wyobraźni, który charakteryzuje ezoterykę.

            Ezoteryka, podobnie jak filozofia, jest metodą i sztuką zgłębiania – w sposób całościowy, holistyczny – tajemnic rzeczywistości; ale w przeciwieństwie do filozofii – dokonuje poszukiwań także na drodze emocji, woli, wyobraźni, medytacji, kontemplacji, modlitwy.

            Na kształtowanie się poznania ezoterycznego mają wpływ elementy pozaracjonalne, wynikające z życiowej sytuacji człowieka – elementem inspirującym może tu być np. natura lub sztuka. W przypadku Einsteina kontakt z bezkresem kosmosu lub harmonią muzyki (naukowiec grywał przecież na skrzypcach) stawał się potężnym bodźcem twórczym i stanowił „iście religijne przeżycie”. W takich warunkach świat jawił mu się jako misterium – wielka niezgłębiona zagadka: „Najpiękniejszą rzeczą, jakiej możemy doświadczyć, jest oczarowanie tajemnicą. Jest to uczucie, które stoi u kolebki prawdziwej sztuki i prawdziwej nauki. Ten, kto go nie zna i nie potrafi się dziwić, nie potrafi doznawać zachwytu, jest martwy niczym zdmuchnięta świeczka”.

            Mistrz Albert nie tylko tak czuł. To przeświadczenie promieniowało z niego – o czym świadczy relacja Bunesha Hoffmanna: „Einstein, ze swoją pokorą, bojaźnią, zachwytem oraz poczuciem jedności z Wszechświatem, staje w jednym rzędzie z wielkimi mistykami religijnymi”. Tego rodzaju przeżycia wpisują się – zdaniem prof. Zaehnera – w mistykę „przyrody” (obok mistyki „jaźni”), kiedy doświadczeniu dane jest ekstatyczne poczucie własnej identyczności z boską Całością… Przeżyć takich doznawali – obok naukowców (vide: Newton, Darwin) – również pisarze i myśliciele (vide: Goethe, Wittgenstein, Jünger, Cioran, Eliade, Ionesco, Bergson, Márai). „Wiele jest świadectw takich doświadczeń pochodzących z bardzo różnych obszarów religii, filozofii, literatury: przypomnijmy chociażby proustowską magdalenkę. Zamierzenie artystyczne Prousta prowadzi do głębokiego wniknięcia w subiektywność, aż do samych źródeł osoby, gdzie budzi się w człowieku pragnienie ukojenia i duchowego oświecenia, dotarcia do samych źródeł istnienia, do centrum osoby. Staje się to w gruncie rzeczy udziałem każdego myślącego i wrażliwego duchowo człowieka. Wielka literatura i wielka poezja dają świadectwo takim, autentycznym przecież, doświadczeniom. Jest to najgłębszy wymiar wszelkiej poezji i sztuki «metafizycznej»” (Jan Andrzej Kłoczowski).

            Głęboki, pozaracjonalny wgląd w naturę rzeczy i ludzi – to obszar gnozy. Mówiąc „gnoza”, przyjmuję definicję Jerzego Prokopiuka, według którego jest ona badaniem duchowego aspektu natury (poprzez uzyskanie jedności podmiotu z przedmiotem). Najwybitniejszy polski neurocybernetyk, profesor Jan Trąbka (mój mistrz) pisze: „Szczególnymi cechami, które odróżniają gnozę od systemów filozoficznych i naukowych, a które powinny być wymienione w definicji, są: łączenie przeciwieństw, przywracanie naturalnym stosunkom jedności i integrowanie różnych rodzajów świadomości”.

            Metody matematyczno-logiczne nie pozwalają – bez pozaracjonalnych, podświadomych, archetypowych impulsów – na przełamanie obowiązującego w danym czasie paradygmatu i dokonanie rewolucji naukowej. By nauka mogła stać się prawdziwym katalizatorem przemian światopoglądowych, potrzebna jest jeszcze refleksja, gnoza, czyli „postmodernistyczny namysł wiedzy” (vide: Trąbka).

            Nowa gnoza jest reakcją na totalitaryzm pragmatyzmu i scjentyzmu – jest „wynikiem ubogacenia analiz przyrodniczych o komentarz filozoficzny dotyczący problematyki egzystencjalnej pomijanej milczeniem przez przyrodoznawstwo z racji jego ograniczeń poznawczych” (Józef Życiński). Z powyższymi stwierdzeniami polskich naukowców koresponduje opinia samego Einsteina: „W czasach takich jak nasze, gdy doświadczenia zmuszają nas do poszukiwania nowych i solidniejszych fundamentów, fizyk nie może pozostawić filozofowi obowiązku krytycznego namysłu nad teoretycznymi podstawami swojej nauki, gdyż on sam wie najlepiej i wyczuwa najdokładniej, gdzie tkwi problem”.

            Fizycy (Bohr, Heisenberg, Pauli, Capra, Bohm) zauważyli, że ich odkrycia doskonale dają się opisać w kategoriach przynależnych językowi ezoteryki. Wolfgang Pauli dowodził, że łączenie dwóch postaw – racjonalnej postawy krytycznej, pragnącej zrozumieć świat oraz mistycznej postawy irracjonalnej, szukającej zbawczego przeżycia jedności – jest koniecznością współczesnej nauki. Również Fritjof Capra w książce Tao fizyki przekonuje, że „obecnie fizyka prowadzi nas w stronę zasadniczo mistycznego światopoglądu”.

            Nowy paradygmat fizyki zakłada istnienie Wszechświata jako siatki powiązanych ze sobą relacji i zdarzeń, w której zmiana jednego zdarzenia wpływa na inne (porównaj: teoria katastrof i teoria chaosu). Wizja ta posłużyła do wzmocnienia koncepcji holizmu – jedności bytu – koncepcji postulowanej już w starożytnych religiach Wschodu i Zachodu. „Podobnie ma się rzecz z paradoksem Einsteina-Podolsky’ego-Rosena opisującym zachowanie się dwóch odległych od siebie cząstek elementarnych, uznanie jedności materii za fakt czy pogląd na korpuskularno-falową naturę materii de Broglie’a, które to idee w doskonały sposób pasują do dawnych koncepcji religijnych o świadomości materii, duchu w niej zawartym i jej całkowitej jedności. Można tu jeszcze napomknąć o istniejącym w fizyce kwantowej wpływie podmiotu na przedmiot czy nawet ich jedności w trakcie dokonywania pomiarów, co również odpowiada koncepcji świata jako połączonej, wpływającej na siebie struktury (Grzegorz Kubiński).

            Poznanie naukowe jest nieprzystosowane do ogarnięcia swym zasięgiem całości bytu i wszystkich tajemnic ludzkiej egzystencji. Logiczna i spójna teoria naukowa nie pozwala badaczowi przedostać się poza granice danego paradygmatu, stylu myślenia. Gdy więc kolejne (nowe) dane przestają pasować do danej „układanki”, wówczas badacz musi przejść z poziomu naukowo-technicznego na poziom mityczno-metaforyczny, charakterystyczny dla myśli ezoterycznej. Potwierdzają to przykłady z historii nauki: „Na przykład Kopernik w sytuacji, jaka miała miejsce w astronomii ptolemejskiej, a której narastający chaos historycy nauki nazywają «skandalem», kierował się w stronę myśli antycznej (m. in. do koncepcji Arystarcha wyrastającej z wierzeń orfickich); Newtona fascynowała mroczna i mglista alchemiczna idea siły; Einstein silnie związany był z myślą metafizyczno-filozoficzną; gnostycko-alchemicznej proweniencji idea komplementarności została (poprzez lekturę psychologicznych prac Williama Jamesa) spożytkowana przez Nielsa Bohra i pośrednio umożliwiła Wernerowi Heisenbergowi sformułowanie zasady nieoznaczoności. Fascynująca z tego punktu widzenia staje się lektura Heisenberga, gdy szczegółowo opisuje on dyskusje twórców fizyki kwantowej, jakie prowadzili, zanim przystąpili do formalizmów przyszłej teorii kwantowej. Język tych dyskusji w całości przynależał do porządku myślenia mityczno-metafizycznego” – Alina Motycka. Właśnie takie podejście generuje i stymuluje akty intuicji – pozaracjonalne procesy poznawcze: „nowa teoria w nauce zawsze jest efektem procesu twórczego, a novum twórcze (w odróżnieniu od efektów procesów odtwórczych) w nauce – jak w każdym obszarze kultury – nie jest dziełem rozumu, lecz intuicji, czyli aktu pozaracjonalnego, nieświadomego i niezależnego od woli – swoistej władzy chcenia wykształtowanej wraz z rozumem” (Motycka). Również Einstein zauważył, że żadne procedury logiczne nie uporządkują ogromu i bezładu materiału doświadczalnego. Takie porządkujące powiązania dają się uchwycić tylko intuicyjnie. A intuicja jest wspomagana przez emocje, uczucia i nastroje…

            Do najważniejszych czynników warunkujących proces wytwarzania wiedzy naukowej i stymulujących rozwój badań należą determinanty emocjonalne. Mistrz Albert pisał: „Wszystko, co ludzie robią i wymyślają, służy do zaspokojenia odczuwanych potrzeb, a także uśmierzania bólów. Trzeba to zawsze mieć na uwadze, gdy chce się zrozumieć prądy umysłowe i ich rozwój. Uczucie i tęsknota są bowiem motorem wszelkiego ludzkiego dążenia i tworzenia, nawet jeśli te ostatnie wydają się nam tak wzniosłe”. Einstein twierdzi, że nauka zawdzięcza istnienie i rozwój ludziom nieco dziwnym, samotnym, których zasadniczym motywem jest „chęć ucieczki od powszedniego życia z jego bolesną surowością i beznadziejną pustką, od więzów wiecznie zmieniających się własnych pragnień. Odciąga ona ludzi o subtelniejszym usposobieniu od osobistej egzystencji w świat obiektywnego oglądu i rozumienia”.

            Do czynników, będących katalizatorami innowacyjności należą: silna wola i dyscyplina, bardzo silne emocje (które są źródłem ogromnej cierpliwości i wytrwałości); wzniosłość wypływająca z kontaktu z tajemnicą i przyjmująca postać „religii kosmicznej”; fantazja i wyobraźnia.

            Einstein podkreślał istotne znaczenie kontemplacyjnego zachwytu. Tak więc relacja między uczuciami a wiedzą naukową ma charakter sprzężenia zwrotnego dodatniego: im szybciej rozwija się stymulowana przez emocje nauka, tym więcej przedmiotów do kontemplacyjnego zachwytu dostarcza umysłowi i tym więcej rodzi emocji, które z kolei wpływają na przyspieszenie tempa procesu poznania. „Rezultatem takiej długotrwałej kontemplacji bywa niekiedy nieoczekiwane olśnienie pozwalające uczonemu odsłonić jakiś fragment tej tajemnicy. Olśnieniu towarzyszy zawsze silny wstrząs emocjonalny” (Stanisław Butryn).

            Naukę mogą stworzyć tylko tacy badacze, których motywem postępowania jest pragnienie uwolnienia się od negatywnych emocji codziennej egzystencji – pragnienie życia w nacechowanym wolnością, harmonią i pewnością świecie własnych wytworów intelektualnych i duchowych. Do takich właśnie naukowców należał Albert Einstein.


BAZAR NARODOWY - JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH

 


AUTORKA: JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH


Bazar Narodowy

 

dziś na ulice wdziera się morze

rosną wodorosty obojętności

do oczu skacze pazerny piasek

dobra luksusowe lśnią jak bursztyny

 

dziś na ulicy

promocje charakterów

wyprzedaże osobowości

prawo i bezprawie podaży i popytu

plazmy uczuć

myśli w sieci

 

dziś na ulicy

zbieracze towarów i sukcesów

pożeracze akcji i atrakcji

podżegacze spokoju

 

papier mydli oczy

 

budujemy nowy świat

głuchy i ślepy

wspaniały jak fatamorgana

środek wymiany na nic


AKTUALNOŚCI

RECENZJA

  AUTORZY POWIEŚCI O CHOPINIE:  JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH & WOJCIECH WIERCIOCH AUTORKA RECENZJI: ANNA STASIUK „Zaklinacz dźwięków. Powie...