GŁOS WIERCIOCHA W "AKANCIE"

 


AUTOR: WOJCIECH WIERCIOCH


GRANICE TWÓRCZOŚCI – TRANSGRESJE

 

Choć Wielce Dostojny Stefan Pastuszewski wywołał na „ubitą ziemię” Znamienitego Stanisława Chyczyńskiego, a nie mnie, przyłączę się do tej publicystyczno-literackiej „bijatyki”, gdyż dyskusja, jaka rozgorzała w „Akancie”, podejmuje bardzo istotne sprawy współczesnego życia kulturalnego w Polsce, dziś, w czasach globalizmu i neokolonializmu, w czasach zaniku sztuki polemizowania.

W debacie wzięli już udział Marek Jastrząb i Andrzej Cieślak; zawarli w swoich szkicach dużo cennych i celnych uwag – niestety, postanowili podjąć tak dużo kwestii, że trudno z nich wyciągnąć jakieś „jądro jasności”, jakiś zasadniczy wątek refleksji. Wytknę im tylko parę niekonsekwencji.

Pan Jastrząb dzieli społeczność literatów na tych, którzy uprawiają „niedzielne poezjowanie, ważne dla garstki znajomych”, i tych od „twórczości uznanej przez miliony czytelników”. I tutaj od razu należy zapytać: Czy Norwid, który pisał raczej dla garstki znajomych, był złym poetą? Nie. Albo czy Dan Brown, producent megabestsellerów, jest genialnym prozaikiem? Nie. No właśnie. A więc jak to jest z tym byciem „niedzielnym poetą” i z taką tezą, że ilość nie przechodzi w jakość?

Przytoczony przykład kreatywności Wisławy Szymborskiej jest odrobinę nietrafny: z tego, że publikowała niewiele wierszy, nie wynika, że nie pisała dużo – albo że była wręcz „niedzielną poetką”. Z tego co mi wiadomo – krakowska noblistka pisała bardzo dużo, tworzenie wierszy było jej codziennym zajęciem, stałym, systematycznym i cierpliwym ćwiczeniem stylistycznym. Zapisywała całe ryzy papieru; a więc jednak… ilość przechodzi w jakość. A niby w jaki sposób? Pisała, przekreślała, poprawiała, mięła kartki, wyrzucała je kosza. Co zdołało z tego pogromu ocaleć – mogło być drukowane, mogło zachwycać czytelników. Ale są też pisarze pracowici, płodni, publikujący tom za tomem – i tu ich ilość jest jakością samą w sobie, nikt przecież nie powie, że Balzac czy Kraszewski byli złymi pisarzami. Co zatem łączy Szymborską z Kraszewskim? Upór i pasja tworzenia. Oczywiście nie jest to reguła zbyt oczywista. Kolejny przykład: George Sand i Gustaw Flaubert. Ona stworzyła około stu książek, pracowała jak manufaktura (choć głównie nocami); on wymęczył kilka powieści (a myślał o nich we dnie i w nocy); oboje przeszli do historii literatury powszechnej (aczkolwiek ona głównie jako prekursorka pewnego typu prozy romantycznej i kobiecej). Ich korespondencja, wydana w znakomitym przekładzie Ryszarda Engelkinga, wyjaśnia wszystko: i kochanka Chopina, i samotnik z Croisset – byli prawdziwymi pisarzami, jakby archetypowymi przedstawicielami cechu literackiego. To właśnie takim typom twórczym poświęcony jest esej Mikołaja Bierdiajewa Sens twórczości:

„Genialność jest inną drogą religijną, równą co do wartości i godności drodze świętego. Twórczość geniusza nie jest dziełem świeckim, ale duchowym”[1].

A parafrazując Bierdiajewa, można rzec: Błogosławieństwem jest właśnie to, że w Polsce żył Maksymilian Maria Kolbe i że tutaj ukształtował się geniusz Josepha Conrada (o którym piszę właśnie powieść biograficzną). Dla Bożych zamiarów wobec świata wielkość Conrada jest tak samo potrzebna, jak heroizm ojca Kolbego.

Również Andrzej Cieślak zaplątał się ociupinkę w swoich wywodach: to brzydzi go słowo „krytyka” (literacka), co budzi skojarzenie ze sportowcem, który krzywi się, słysząc wyraz „trener”. A przecież to jest oczywiste: istnieją gorsi czy lepsi pisarze, krytycy, sportowcy, trenerzy. Świat jest różnokolorowy i wielopłaszczyznowy; równość – to dość szary ideał. Pan Andrzej irytuje się, mając świadomość, że „uzurpatorska krytyka” wprowadziła do publicznego obiegu pojęcie grafomanii. Nie z tym stwierdzeniem będę jednak polemizował. A chodzi mi o definicję słowa „grafoman”. Pan Cieślak definiuje, używając dość nieostrej formułki, wyjętej z Wikipedii – tam zaś mechanicznie łączy się „przymus pisania” z brakiem talentu, niską jakością produkowanych utworów i dążeniem do ich upowszechniania. W rzeczywistości wymienione wyżej dyspozycje kandydata na pisarza nie zawsze muszą pojawiać się łącznie: Natręctwo literackie może charakteryzować i literackiego popaprańca, i wybitnego twórcę; to właśnie brak owego „przymusu pisania” tworzy poetów niedzielnych, którzy chwytają za pióro czy zaczynają tłuc w klawiaturę wyłącznie w chwilach wolnych od innych zajęć, sporadycznie, od święta. Należałoby raczej powiedzieć, że słowo „grafoman” to najczęściej nie wynik poważnej ekspertyzy, tylko epitet, sposób etykietowania, pałowania tych, których się z jakichś powodów nie lubi. Dlatego ja nie lubię nazywać nikogo grafomanem; uważam, że pisanie to czynność szlachetna, wzbogacająca, terapeutyczna, to po prostu ćwiczenie duchowe. Bezsensowne jest krytykowanie kogoś, kto trenuje. To tak jak wyśmiewanie się z sąsiada, który codziennie biega dla zdrowia i kondycji psychofizycznej. A czy on musi od razu jechać na olimpiadę i być mistrzem świata?

Niektórzy – jak to robił kiedyś Jerzy Pilch – twierdzą, że do pisania należy ludzi zniechęcać; ale ja się raczej zgadzam z Olgą Tokarczuk, która dla obsesji pisarskiej używa innego słowa, ładniejszego, mniej obciążonego negatywnymi konotacjami; bo wie, jak niektórzy wykorzystują pejoratywne określenie „grafoman” i w postaci policyjnej pały. Ma świadomość, że jednak samo pragnienie i dobre chęci to za mało – sukces jest wynikiem pracy, uporu, wytrwałości i pasji. Czy nie te same czynniki decydują o zdobyciu sławy w sporcie, polityce, biznesie? Co z tym talentem w takim razie? „Talent jest przereklamowany” – powtarza pisarz John Irving. A przebojowy i popularny eseista Malcolm Gladwell rzecze:

„To, co uważamy za talent, jest w rzeczywistości skomplikowanym splotem sprzyjających okoliczności, zdolności oraz zupełnie arbitralnej przewagi na starcie”[2].

Żeby nie być gołosłownym, spróbuję podeprzeć się autorytetem psychologii – zacytuję, co na to Angela Duckworth:

„Bez wysiłku talent jest niczym więcej jak niewykorzystanym potencjałem. Bez wysiłku umiejętność jest niczym więcej jak niezrealizowaną możliwością. Dzięki wysiłkowi talent przeradza się w umiejętność, a jednocześnie ten sam wysiłek sprawia, że umiejętność staje się produktywna”[3].

Ale tu już wkraczamy na rozległe tereny psychologii twórczości czy socjologii kultury. Dlatego zainteresowanych tematyką odsyłam do Jana Stanisława Bystronia i jego błyskotliwej i mądrej książki Publiczność literacka (bo sądzę, że każdy adept pisarskiego fachu zna Parandowskiego Alchemię słowa czy Wańkowicza Karafkę La Fontaine’a). Ten wybitny polski socjolog i antropolog kultury zajmuje się właśnie problemami literatury pięknej, literatury faktu, literatury użytkowej i terapeutycznej; to właśnie problemy, z którymi pan Cieślak nie potrafi się uporać.

Uwieńczeniem dyskusji w „Akancie” jest logiczny, rzeczowy i dobrze skonstruowany tekst Stanisława Chyczyńskiego. Zaczyna on od kwestii definicyjnych (podstawowych!), zaleca lektury obowiązkowe (Ortega y Gasset, Ingarden, Tatarkiewicz, Gołaszewska, Stróżewski, Banach), jak zresztą na filozofa i belfra (pana od historii) przystało. Trudno z kalwaryjskim publicystą polemizować, bo nie ma się do czego przyczepić – wszystko jasne i wyraźne, jakby sobie tego sam Kartezjusz życzył. Niestety, jest jedno „ale”. Ale dlaczego ten wybitny eseista nie napisze o tym całej książki? Miałby o czym pisać i zdołałby napisać rzecz naprawdę mądrą…

Najciekawszym i najpłodniejszym fragmentem szkicu Chyczyńskiego jest akapit z paralelą: literatura – malarstwo. Na przykładach z dziedziny plastyki łatwiej zobaczyć i pokazać, czym prawdziwa sztuka różni się od pseudosztuki, a utalentowany malarz od pacykarza czy modnego prowokatora, próbującego być postępowym obrazoburcą. Chyba nikomu nie trzeba opisywać „artefaktów” lansowanej dziś antykultury. Na tym tle – jak zauważa wymowny autor Królewskich milczeń – nawet dzieła Zdzisława Beksińskiego uchodziły kiedyś za przejaw kiczu, turpistycznego pacykarstwa, malarskiej „grafomanii”. Stąd nie powinny nikogo dziwić znane od kolebki literatury kontrowersyjne zjawiska recepcji książek: oceny wyjątkowo nietrafne, recenzje zupełnie chybione, promowanie celebrytów, zamilczanie geniuszy na śmierć. Ale też nie powinno budzić zdziwienia, że w dobie internetu pisać i publikować każdy może (trochę lepiej lub trochę gorzej). Z wszystkimi tego następstwami czy „przestępstwami”.

Na pewno nie wszystko jest poezją i nie każdy jest poetą – musi być granica pomiędzy sztuką słowa, rzemiosłem literackim, produkcją czytadeł, szokowaniem golizną, pornografią, pomiędzy sacrum, profanum a dziką profanacją, której przewodzi neomarksistowska i neokolonialna propaganda antykultury.

Rozważania o literaturze okrasiłem refleksją o plastyce – może więc warto zamknąć wypowiedź odwołaniem się do muzyki. Niech tu autorytetem będzie Roger Scruton, który w książce Muzyka jest ważna postuluje obronę dobrego smaku, gustu, bo ten jest subiektywnym, ale uniwersalnym, precyzyjnym kryterium selekcji, oddzielania prawdziwych dzieł sztuki od podróbek i uzurpacji. Angielski estetyk pisze:

„Gust muzyczny nie przypomina preferencji odnośnie do smaku lodów; to nie jest suchy fakt, będący poza racjonalnymi argumentami. Gust muzyczny opiera się na porównaniach i doświadczeniach, które miały jakieś szczególne znaczenie”[4].

Co znaczy: wielka muzyka nie jest formą rozrywki, którą przyswaja się bezrefleksyjnie i zapamiętuje bez żadnego wysiłku. Wymaga wiedzy, wrażliwości, wyobraźni, wytrwałości. Dlatego wyrafinowanych odbiorców muzyki (lecz również malarstwa czy literatury) trzeba kształcić jak najwcześniej. Młodzież należy…

„nauczyć wnikliwości, zauważenia, że istnieje zarówno dobry, jak i zły gust muzyczny, że faktycznie można mówić o wartościach w muzyce, a także o muzycznych przyjemnościach”[5].

Proces dorastania do zrozumienia, czym jest wielka sztuka, wymaga czasu i uwagi, dobrych chęci i dobrych metod pedagogicznych. Wartościowa literatura zawiera w sobie nie tylko potencjał emocjonalny, ale też proces myślowy, ucieleśnienie sensu życia poprzez „tworzenie pięknych zdań” (jak teoretyzował Tadeusz Peiper). A to piękno powinno harmonizować z prawdą i dobrem.

 

Kraków, 24.02.2025

 



[1] Mikołaj Bierdiajew, Sens twórczości, tłum. Henryk Paprocki, Wydawnictwo ANTYK, Kęty 2001.

[2] Malcolm Gladwell, Poza schematem. Sekrety ludzi sukcesu, tłum. Rafał Śmietana, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009.

[3] Angela Duckworth, Upór. Potęga pasji i wytrwałości, tłum. Piotr Cieślak, Wydawnictwo Galaktyka, Łódź 2016.

[4] Roger Scruton, Muzyka jest ważna, tłum. Katarzyna Marczak, Fundacja InCanto, Kraków 2020.

[5] R. Scruton, op. cit.

OPOWIADANIE - WOJCIECH WIERCIOCH

 


AUTOR: WOJCIECH WIERCIOCH


TWOJA CÓRECZKA

           

SMS od Agi:

Hej! Obecność na tym wykładzie naprawdę jest obowiązkowa?

 

SMS od Pawła:

Hejka! Nie, tylko dla tych, którzy chcą zdać egzamin u doktorka.

 

SMS od Agi:

Ściema? Serio? To jakiś odjazd! Menel jeden.

 

SMS od Pawła:

Doktor Mengele ma swoje kaprysy; lubi doświadczenia na żywych preparatach; z tropów najbardziej kocha duchowe psychotropy.

 

SMS od Agi:

Co będzie na zakrwawionej tapecie?

 

SMS od Pawła:

Róże, a dokładniej kolce... Różewicza.

 

SMS od Agi:

Tego dinozaura? Przecież jesteśmy na teatrologii, a nie na archeologii. To dlatego musimy przeczytać i obejrzeć ten jego dramat?

 

SMS od Pawła:

To jest, niestety, nasz dramat. Tragedia. Ale z egzaminu może się zrobić niezła komedia.

 

♦ ♦ ♦

 

  Nastrojowo tu, no, przyznam, cicha przystań kultury pomiędzy wieżami biznesu. – Zlustrował otoczenie: wystrój z okresu międzywojnia, jakby powstania warszawskiego nigdy nie było. Zawiesił wzrok (gdy już dokładnie obmacał oczami kelnerkę) na stylowej dębowej biblioteczce, pełnej posłańców „między dawnymi a nowymi czasy”. Stare wydania tuzów literatury międzywojennej. Pismo „Chimera”, wiele numerów. – A jednak Warszawa też ma swoje urocze zakątki. No a ta Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego robi duże wrażenie, mój kochany krakówek jest daleko w tyle.

  Bibliotekę Uniwersytetu Papieskiego też przecież macie całkiem tego... No i cały Kazimierz z Podgórzem, zakątków ci u was dostatek. To przecież warszawka jeździ balangować pod Wawel, a nie na odwrót.

  Oczywista oczywistość. A jednak czuję, że przyjechałem tu z prowincji. – Magister Czartoryski silił się na skromność. – To tu bije medialne serce Polski.

  Zobaczysz, jak na twój widok studenteria będzie sikać z wrażenia – słodził koledze doktor Mennel.

  To znaczy... oleją mnie? To w stylu dzisiejszej złotej młodzieży, złotej… od symbolu chemicznego Au.

  Nie znasz chyba siły snobizmu. Ta młodzież to synalkowie i córunie najlepiej ustawionych ludzi w Polsce. Oni mają już wszystko... poza kulturą...

  Chyba…  pozorami kultury – prowokował Czartoryski.

  No, nie zawsze; często to wrażliwi, inteligentni, ciekawi świata młodzi ludzie...

  Ale przecież kiedyś pisałeś w mejlu, że to najczęściej ci frustraci, którzy się nie dostali na aktorstwo czy reżyserię. Którzy nie będą mogli pisać scenariuszy filmowych, bo z czytaniem i pisaniem u nich krucho – Krakus obracał w palcach ołowianą figurkę nastoletniego powstańca warszawskiego.

  Sam się zorientujesz... – Warszawiak pieścił nieżywą sanitariuszkę. – Ale może omówmy jeszcze ten twój odbezpieczony granat...

            Czartoryski nagle poczuł mocne uderzenie w nadbrzusze. Cios w splot słoneczny. Między pępkiem a mostkiem buzował ogień. Ostry ból przeszedł po chwili w tępy dyskomfort, jakby powłoki skórne uciskał worek z kamieniami. Drętwienie kończyn, napięcie mięśniowe, szum w uszach i zawroty głowy.

Po co ja to wymyśliłem? To zbyt ryzykowna zagrywka, niebezpieczna gra. Terroryzm edukacyjny... Ale czy można nie skorzystać z takiej okazji? Gdyby nie Mennel, co mógłbym zrobić? Pisze się dla wszystkich i dla nikogo, ale niekiedy trzeba celnie trafić tylko do jednej osoby, tej najważniejszej. Jak ja to wytrzymam? Czy nie skończy się to fiaskiem i kompromitacją? A przecież może być jeszcze gorzej: EFEKT BUMERANGOWY. W takich sytuacjach nie ma prostych reguł ani recept – tylko teoria chaosu... i efekt motyla... Niczego nie da się przewidzieć. Może się wycofać? Może tylko szablonowy speech? I tak moja obecność będzie dla... Będzie szokiem? Może być skandal; prowokacja może przybrać niezaplanowany obrót, mogę się ośmieszyć i na zawsze utracić... Boże, daj mi moc! Boże...

  Boże, Czartek, coś ty dzisiaj taki niekompatybilny? – Nie doczekawszy się odpowiedzi na swoje pytania, Mennel zadał kolejne.

  Nie mogę się zresetować.

Udawało mu się nie myśleć o tym. Do czasu. Do teraz. Przemyślał wcześniej już wszystko i zaplanował to punkt po punkcie, ale w tej chwili poczuł, że na jego akcję istnieje nieskończona ilość reakcji.

Ale niech się dzieje... co... co chcę!

 

♦ ♦ ♦

 

Na początek jakaś anegdota! Pokaż im, że jesteś równiacha. Nie zrób falstartu. Muszą uwierzyć, że przybywasz prosto z małopolskich jaskiń cyganerii... Z cesarsko-królewskich bunkrów bohemy!

Czartoryski spojrzał na audytorium, nikogo nie zobaczył; tylko pole kolorowej kapusty – główka przy główce. Powoli zaczynał przyzwyczajać się do nowej sytuacji, dostrzegał coraz więcej. Jakieś laleczki w pierwszych rzędach, jakiś kapryśny młodzieniaszek rozparty w foteliku. Włosy, ręce, torebki, spodnie, nogi, spódniczki, notatniki, komórki, długopisy. Stugłowy potwór.

Podszedł do katedry. Na blacie położył notatki. Zerknął na punkt pierwszy i zaczął niespokojnie – uspokajająco – krążyć...

Facet, bądź facetem. Bądź sobą. Jesteś kimś. To oni są nikim, to dopiero materiał na wykształconych ludzi. Fakt, są pewni siebie, zarozumiali, buńczuczni, ale teraz to ty dyktujesz warunki. To oni przyszli tu dla ciebie, a nie ty dla nich... Nie, ja... dla... Jest? Zaczynaj!

Zaczął skromnie, ale tylko mistrz potrafi się zdobyć na taki brak pychy. Przyznał, że nie jest tak elokwentny jak doktor Mennel... I właśnie dlatego jest pisarzem. I badaczem zakurzonych ksiąg. Ma świadomość, jak trudno jest przemawiać, a nawet najzwyczajniej w świecie rozmawiać. Nie wszyscy to sobie uświadamiają. Kto widzi tę nicość pomiędzy słowami, kto dostrzega głębię niedopowiedzeń i otchłań niedomówień – ten jest materiałem na twórcę. Pisarz wie, że gadanina nie jest dialogiem; wie ponadto, że nieraz między ludźmi rośnie cisza, co graniczy z Bogiem. Cisza świadoma, cisza wymowna – to kontemplacja, medytacja.

  Ale nie wolno milczeć, do kurwy nędzy, gdy ktoś czeka na twoje słowa! Gdy bez nich usycha, umiera! Słowa zbawiają, słowa unicestwiają. Podobnie: negatyw słów, milczenie. Brak odzewu, brak odpowiedzi, ignorująca cisza, okrucieństwo milczenia, podłość ucieczki w głupią pustkę: oto przejawy zezwierzęcenia, oto najdobitniejszy przykład odczłowieczenia. Człowiek to zwierzę rozumne, a więc mówiące. Mówcie! Miejcie odwagę szanować ludzi, a zwłaszcza tych, którzy was kochają, którzy dla was cierpieli, którzy zrobiliby dla was wszystko. Jeśli ich odrzucicie... będziecie bydłem, bezmyślnymi bydlakami żyjącymi tylko dla paszy! Ja nie piszę dla zwierząt; żaden artysta nie tworzy dla bezmózgich bestii. Jeśli tego nie rozumiecie... to... SPIERDALAĆ Z TEGO WYKŁADU!

            Mówca tak się uniósł, że uderzył pięścią w blat katedry i strącił szklankę z wodą mineralną.

            Brzdęk!

            Pogłos wybrzmiał i ucichł, zostawiając po sobie pytającą pustkę przemiany. Rozbite szkło i plama na parkiecie. Wykładowca niedbałym ruchem nogi poprzesuwał odłamki szkła w jedno miejsce – między ciemną żółć parkietu a jasny brąz katedry.

Na sali wykładowej zaległa karawaniarska cisza.

Mennel wstał z krzesła na końcu pierwszego rzędu i tak stał, osłupiały i bezradny. Krakowski dramaturg, nowelista i eseista też stał, nie kontynuował wykładu. Stał i patrzył, stał i myślał, stał i czuł. Jakby chciał coś uczcić minutą ciszy, jakby te kilkadziesiąt sekund niebytu miało zogniskować całe lata świetlne podróży po magiczny eliksir sensu. Wreszcie zauważył, że na małym palcu ma kroplę krwi, a na kartce zrobił się czerwony kleks, i postanowił przyglądać się tej plamie tak, jak robił to, szukając inspiracji, Leonardo da Vinci. Niech ta czerwień stanie się symbolem!

Wtem pewien student z tyłu auli wstał, krzyknął „Brawo, mistrzu!” i zaczął klaskać. Wszystkie głowy zwróciły się w stronę Pawła. Wszyscy wstali i przyłączyli się do niego w jakimś empatycznym rytuale rewolucji duchowej. Owacyjnie! Także Mennel uśmiechnął się i zaczął bić brawo.

Tylko Aga siedziała niemo, ogłupiała, oszołomiona, jakby się zmieniła w słup soli, albo raczej w Myśliciela Rodina. Nikt tego nie zauważył.

A Czartoryski?

Dopiero po kilku chwilach Paweł spostrzegł, że jego przyjaciółka „coś nie tak”. W ciąży jest? – przeszło mu przez myśl.

– Przepraszam za ten ostry wstęp. Mocne słowa były niezbędne, by wejść w świat Różewicza... Teraz przeczytam kawałek ze swoich zapisków, posłuchajcie... Fragment tekstu z mojego blogowiska, przerobiony na szybko i na gorąco... Przypomnijcie sobie... Pomyślcie. A potem zabierzcie głos w dyskusji. Nie milczcie...

 

Prawda sztuki, sztuka prawdy...

 

Spektakl Teatru Telewizji pt. Moja córeczka to inscenizacja jednego z najlepszych utworów prozatorskich Tadeusza Różewicza. Opowiadanie, napisane w 1964 roku, pierwotnie było nowelą filmową. W tym czasie poeta intensywnie współpracował z filmem, w szczególności ze Stanisławem Różewiczem, który wyreżyserował kilka filmów na podstawie opowiadań i scenariuszy swego brata.

Moja córeczka to opowieść o losach dwojga najbliższych sobie ludzi, o bezradności i rozpaczy, o klęsce miłości rodzicielskiej. Andrzej Barański, reżyser i adaptator, przeniósł akcję utworu z lat sześćdziesiątych do dzisiejszej Polski. Spektakl opowiada wzruszającą i dramatyczną historię ślepej miłości ojca do córki, która z małego miasteczka wyruszyła na studia do Warszawy i nigdy już nie wróciła.

Ojciec, zaalarmowany telefonem o chorobie swojej Mireczki, wybiera się do stolicy. W najczarniejszych snach nie mógł zobaczyć tego, co dzieje się z jego ukochanym niewinnym dzieckiem. Gorąca miłość do córki nie pozwala mu zrozumieć jej wyborów i świata, w jakim zdecydowała się żyć. Świata pozorów, w którym na porządku dziennym są cynizm, pseudoartystyczny bełkot, okrucieństwo połączone z błazeństwem.

Pierwsze święta bez Mireczki... W zastępstwie córki jej koleżanka składa telefoniczne życzenia, zapewnia, że dziewczynie nic nie jest, zwykła angina. Ojciec i ciotka są sami przy wigilijnym stole, potem pakują wszystkie potrawy dla studentki, która – biedna – leży w pustym akademiku. Czuły tatuś jedzie do Warszawy. Portierka w recepcji informuje Henryka, że córka się wyprowadziła, ale zostawiła namiary. Wszystko będzie dobrze, pociesza ojca, który natychmiast idzie pod wskazany adres. Jednak Mireczka, teraz zwana Mirabelką, już tam nie mieszka. Harry, jej były chłopak, udziela mętnych i skąpych informacji o dziewczynie, natomiast chętnie, acz bełkotliwie opowiada gościowi o sobie i swoim „dziele życia”.

Mirabelka jest teraz z Żorżem, więcej o niej może wiedzieć Mariolka. Henryk trafia na „stancję”. Wystrój wnętrza, rekwizyty i sposób bycia lokatorek nie pozostawiają wątpliwości co do charakteru miejsca, ale zafrasowany ojciec nie przyjmuje tego do wiadomości. Mariola zabawia coraz bardziej skrępowanego mężczyznę, zażenowanego tym, że młoda, ładna dziewczyna mu się podoba. Jest coraz bardziej natarczywa, wprost domaga się zapłaty, „dwa tatusie” rozwiążą sprawę. Wreszcie sama wyjmuje dwie setki z portfela „cichego jelenia z prowincji” i wyprasza gościa, zanim zjawi się prawdziwy klient.

Wędrując do mieszkania Żorża, zszokowany ojciec odgraża się w myślach – weźmie małą za rękę, wyprowadzi z tej spelunki, wsadzi do pociągu...

Z podtatusiałym sutenerem też potem rozmawia ostro – koniec z żartami, pójdzie na policję, gdzie córeczka, jazda, gadać! Żorż nie wie, gdzie w tej chwili jest dziewczyna, która uważa się za jego narzeczoną. Owszem, zajął się Mirabelką, gdy rzuciła studia i wpadła w tarapaty. Wspomógł moralnie i materialnie, dał na ubranie, jedzenie i skrobankę, włożył w nią jakieś trzy tysiące „zet eł”, ale gotów jest zgodzić się, by odeszła, tylko że ona odejść nie chce.

Gdy wreszcie Harry przyprowadza wyzywająco ubraną, otumanioną narkotykami dziewczynę do mieszkania Żorża, wstrząśnięty jej widokiem ojciec jest w stanie wyszeptać tylko: „Boże, zmiłuj się nade mną”. Jednak jego zaklęcia są daremne, jego miłość do córki jest całkiem bezradna. Martwa. Jak dusza Mirabelki.

Poczciwy Henryk pragnął swoją „małą” Mireczkę uchronić przed wszelkim brudem życia.

Już wiele lat temu ostro protestował, gdy uliczny sprzedawca jabłek, niechlujny i obdarty Brudas, ofiarował jego córeczce dorodny owoc. To najwcześniejsze wspomnienie, które dręczy ojca, po śmierci żony wychowującego dziecko samotnie (z dorywczą pomocą siostry).

Później pamięć przywodzi kluczowe sceny z ostatnich tygodni przed maturą Mireczki. Dziewczyna, obłożona książkami, skupiona i poważna, ale zarazem bardzo dziecinna i skłonna do śmiechu z byle powodu, nie ma czasu dla ojca, który od lat przygotowywał się do pogadanki z dorastającą panną. To miała być decydująca o wszystkim rozmowa między ojcem a córką – o tym, co najważniejsze, z czym nastolatka pójdzie w życie. I zaraz – teraz – przychodzi refleksja: nie ma już dziecka, nie ma jego córeczki i jest tak, jakby jej nigdy nie było. Ojciec wstaje co rano, wykonuje te wszystkie czynności, które zajmują żywych ludzi, tylko nadspodziewanie często nieruchomieje, przypatruje się przedmiotom codziennego użytku, jakby nie wiedział, do czego służą. Jest spokojny. To, o czym opowiada, już się stało. Sceny z różnych okresów życia bohatera przeplatają się, a dopełnieniem wątków związanych z ukochaną córeczką jest powracający motyw spotkań z Brudasem, zapijaczonym obdartusem, stopniowo staczającym się na dno. Początkowo Henryk był przekonany, że milczący człowiek o odrażającym wyglądzie przegrał swoje życie, lądując w rynsztoku. Upłyną lata, zanim uświadomi sobie, że zmierzał w tym samym kierunku, na dno bólu i upokorzenia.

Zapomnienie i brak tożsamości... Wyrwane serce!

 

Czartoryski odłożył kartki.

– Ale co nas obchodzą cierpienia i lęki jakiegoś niemodnego urzędniczyny z głębokiej prowincji? Prawda? To zresztą przecież postać wymyślona przez jakiegoś skromnego staruszka z Wrocławia. Gówno was to interesuje, no, przyznajcie... I pewno sobie myślicie, że i ja jestem takim dziwakiem, który bez reszty żyje tymi książkowymi widmami. Więc wam powiem: postaci literackie mało mnie obchodzą. Dla mnie liczą się tylko struktury mityczne i archetypy zawarte w literaturze. To one są drogą, prawdą i życiem. To my jesteśmy cieniami tych archetypowych postaci.

Krótka pauza, wypełniona oczekiwaniem.

Z sali nie dochodził nawet najmniejszy szmer. Tylko szum drzew i samochodów docierał zza uchylonego okna. Szelest kartki, chrząknięcie, ktoś klapnął zamykaną książką, z pulpitu spadł długopis. Przypadkowe dźwięki, pogłębiające wrażenia ciszy, martwoty oczekiwania. Myśli.

Czas na didaskalia.

  To między nami chodzą prototypy postaci literackich, to my jesteśmy... jak te widma z książek... częścią kultury... fragmentem historii sztuki... Mirabelki są wśród nas. Tak, Mirabelki udające milutkie Mireczki. Strzeżcie się ich. Oszukały matkę, zignorowały wujka, to mogą też zgnoić każdego z przyjaciół. Mogą wykorzystać chłopaka, porzucić własne dzieci... Nie znają barier, nie mają hamulców.

Zamilkł.

Stał w bezruchu i hipnotyzował audytorium.

Po chwili wziął streszczoną historię Mireczki-Mirabelki, zmiął kartkę, patrząc na oniemiały, zastygły tłum.

Kulą z celulozy rzucił w studentów.

Podniósł ręce do góry, jak jakiś guru.

  Mirabelko, otrząśnij się z tych czarów! Mireczko, ja tobie mówię: WSTAŃ. Dziewczynko, ty żyjesz, nie umarłaś, tylko śpisz. Obudź się. Wstań i nie grzesz więcej. Miej odwagę przyznać się do błędów; nikt cię nie potępi. Czekam tu na ciebie. Przywitaj się... – Wyciągnął ręce w geście powitania.

            Zaklęcie nie działa? Magiczny ryt trafia w pustkę? A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie – przypomniały mu się frazy Leśmiana.

            Wreszcie słychać jakieś szelesty, trzaski, stuknięcia.

W ostatnich rzędach – poruszenie.

Ktoś zaczyna się przepychać w stronę wyjścia. Studentka, przyjaciółka Pawła z Tarnowa.

Aga idzie jak widmo, jak lunatyczka, jak zahipnotyzowana.

            Schodzi po stopniach, coraz bardziej blada i sztywna, oczy ma jakieś zabłąkane, stracone. Twarz dziewczyny nie wyraża żadnych uczuć, choć usta zaciskają się mocniej i mocniej. Drżą fioletowe powieki.

Podchodzi do podestu, wyciąga rękę… Robi jakiś nieokreślony gest.

Drżąca dłoń otwiera się, podnosi – i nagle opada. Dziewczyna robi krok do przodu, ale nogi odmawiają jej posłuszeństwa, jakby odbywała rehabilitację po wylewie krwi do mózgu. Sunie obcasem po parkiecie, czerwony kozaczek przechyla się, zgięte kolano, nienaturalna poza. Ciężkie ciało, wiotkie jak szmaciana lalka. Pada przed katedrą. Jakby to była Katedra Najświętszej Maryi Panny w Rouen.


RECENZJA

 


AUTOR: Stanisław Chyczyński


ANEGDOTY ŚWIATA NA BIS


Kim są Wierciochowie z Krakowa? Jolanta Szymska-Wiercioch rekomenduje siebie jako „nieobliczalną absolwentkę rachunkowości, wampirzycę słowa, dokumentalistkę zysków i strat, kompatybilną żonę”. Symetrycznie Wojciech Wiercioch przedstawia się jako „niewolnik medycyny, smutny satyryk i wesoły bałaganiarz, awaryjny mąż i niekompatybilny ojciec”. Wystarczy?... Owo małżeństwo literatów napisało wspólnie b. ciekawą powieść biograficzną, o sławnym prof. Antonim Kępińskim, pt. Psychiatra i demony (Kraków 2019). Natomiast względnie niedawno opracowało (znów na 4 ręce!) opasłą księgę: Anegdoty z czterech stron świata. Właściwie jest to drugie wydanie eleganckiej Księgi anegdot świata (Chorzów 2007), pod redakcją Wojciecha Wierciocha.

Wznowienie przynosi taki sam podział materiału (jak edycja poprzednia), czyli na 15 rozdziałów, od anegdot amerykańskich po żydowskie. Jak widać, narodowość stanowi kryterium klasyfikacji. Jednak tym razem jest tych historyjek więcej, bo każdy rozdział został uzupełniony kilkoma (kilkunastoma) facecjami. „Anegdota to krótkie opowiadanie o charakterystycznym lub komicznym zdarzeniu, przedstawiające epizod z życia znanej postaci” – w obszernym i niezwykle uczonym wprowadzeniu wyjaśnia „awaryjny mąż”. Po lekturze tego erudycyjnego wstępu wiemy już na pewno, że pp. Wierciochowie znają się na wszelakich anegdotach i znają ich całe mnóstwo. Małżonkom naprawdę nie brakuje ambicji, więc aspirują do tego, aby zaprezentowane przez nich opowiastki nie tylko bawiły i śmieszyły, ale też „skutecznie rozbijały mechaniczne działania i szablonowe sposoby myślenia czytelników” (tamże). Brawo!

Bardzo ładnie wydana księga (576 stron!) mieści setki anegdot, których bohaterami są przeróżne sławy, kobiety i mężczyźni: artyści, pisarze, aktorzy i reżyserzy, naukowcy, filozofowie, lekarze, żołnierze, władcy i politycy etc. Szukałem wśród nich swoich ulubieńców, znalazłem 7 (Fiodor Dostojewski, El Greco, Salvador Dali, Herman Hesse, Tomasz Mann, Marcel Proust, Bertrand Russell). Chciałoby się więcej. Np. Kafki, Kierkegaarda, Nietzschego czy Unamuna nie znalazłem, ale przecież (jak to się ładnie mówi) nie można mieć wszystkiego. (Skoro nie ma anegdot duńskich, to i autora Bojaźni i drżenia nie ma, proste).

Anegdoty wyczytane m.in. w „Panoramie”, „Przekroju” czy „Wieściach”, wyselekcjonowane i przeredagowane, zostały tutaj podane w sposób profesjonalny i premedytowany. Wierciochowie hołdują edukacyjnej zasadzie «bawić ucząc», przeto narrację systematycznie uzupełniają niezbędnymi informacjami, aby każdy „niedokształciuch” od razu wiedział, o kim mowa. Dowcipny, ironiczny komentarz odredaktorski zredukowany bywa do jednego słowa (por. np. anegdotę Gender). Dla zwolenników rozbudowanych dykteryjek nie brakuje relacji przekraczających połowę kartki, najdłuższa z nich zajmuje półtorej strony (Neofici). Jednak nerwowy (znerwicowany!) odbiorca współczesny raczej preferuje „szybkie numerki”, więc w każdym rozdziale dominują anegdoty krótkie i zwięzłe. Antyfeminizm to jedna z najkrótszych: „Ktoś mówił o Eurypidesie, jednym z najwybitniejszych dramaturgów starożytnej Grecji, twórcy Medei, że jest wrogiem kobiet. Sofokles na to: – Ale nie w łóżku”.

Anegdoty z czterech stron świata to rzecz wielce udana, często pozwalająca różne wielkie figury ujrzeć od nietypowej – niepoważnej – niepochlebnej strony. Wielcy ludzie mają również niemałe śmiesznostki. Przegląd tych anegdot znakomicie to ilustruje (vide: „PRÓŻNOŚĆ Dionizos Młodszy, władca Koryntu, mawiał, iż utrzymuje na dworze wielu sofistów nie dlatego, że ich podziwia, lecz dlatego, że chce, aby oni podziwiali jego”). Skądinąd jest to książka praktyczna: może być przydatna do pokonania nudy podczas długiej, samotnej podróży pociągiem (np. z Krakowa do Warszawy lub Gdańska). Wtedy jednym okiem możemy zerkać na nowe sms-y w komórce, a drugim przeglądać anegdoty na chybił trafił… A ponieważ (jak już wspomniałem) została elegancko wydana, świetnie nadaje się na bezpretensjonalny prezent dla każdego. Polecam!...

– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –

Wojciech Wiercioch, Jolanta Szymska-Wiercioch „Anegdoty z czteren stron świata”, wydawnictwo MG, Kraków 2021, ss. 576   

JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH - OPOWIADANIE "DANAIDA"

 


Poniżej opowiadanie, które opublikowane zostało w zbiorze "Ikebana", sprzed 21 lat...

AUTORKA: JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH


DANAIDA


Był późny marcowy wieczór. Ewa wróciła właśnie od teściów, mąż i dzieci zostali jeszcze na kolacji. Chciała pobyć trochę sama, posłuchać Verdiego, poczytać Hrabala. Najpierw jednak zajrzała do korespondencji. Wcześniej mignęła jej przed oczami koperta zaadresowana tylko do niej. Otworzyła. W środku była kartka i czek. Czek imienny na jej nazwisko, opiewający na... pięćdziesiąt tysięcy złotych. „To chyba jakiś żart” – pomyślała. Potem przeczytała kartkę. Była od Małgorzaty.

Ewa bezwiednie wpadła w potrzask wspomnienia...

Danaida – piękna, smukła, ale bardzo wówczas zaniedbana, młodsza od niej o dwa lata. Nazwała ją tak, gdyż na wietrze lub gdy pochyliła się nad jakąś skrzynką jej głowa, długie, jasne włosy i kształt pleców w obcisłej bluzeczce przypominały rzeźbę Rodina. Przezwisko przylgnęło też z uwagi na symboliczny wymiar rzeźby. Danaida nie mogła skończyć niczego, co zaczęła. Nie zatrzymywała niczego w sobie i nikogo obok siebie. Wszystko przez nią przepływało. Czas,  zdarzenia, wrażenia, uczucia, myśli… To było niezamierzone, ale i nieuchronne. Małgorzata miała wówczas dziewiętnaście lat, była chora psychicznie. Nie trzeba być lekarzem, żeby stwierdzić to na pierwszy rzut oka.

Jakiś czas temu, gdy skończyła studium policealne, pracowały razem w gospodarstwie ogrodniczym. O Gosi słyszała już wcześniej od rodziny. Teraz przyszła kolej na bliższą znajomość. Dla Ewy był to prawie eksperyment. Postawiła sobie cel: wyciągnąć ją z choroby. Gosia przyjeżdżała do pracy już od roku, ale właściwie nie pracowała. Może miała jakąś fobię, a może zwykłą awersję do ludzkiego ciała, bo mamie Ewy poskarżyła się raz: „Wie pani, jak oni wszyscy mogą się o mnie ciągle ocierać?! Nie lubię tego”. Na jej twarzy widoczny był wtedy potworny grymas. Więcej się to nie powtórzyło. W Danaidzie sukcesywnie dogasały iskry życia. Prawie zawsze miała nieobecne oczy, nawet gdy na kogoś patrzyła. Na polecenia dotyczące pracy odpowiadała krótkim „tak”, po czym każdy, kto stał w pobliżu, widział, że niczego nie zrozumiała. Słowa do niej nie docierały. Nie dbała o siebie. Potrafiła chodzić w tym samym ubraniu, w którym spała. Po trzech dniach była przepocona, śmierdząca moczem i kałem. Myła się chyba dopiero wtedy, gdy swędzenie ciała stawało się po prostu nieznośne.

Ewa usłyszała trzaskanie drzwiami. Wrócili. Dzieciaki pobiegły do pokoju przed komputer, a mąż usiadł obok w fotelu. Milcząc, podała mu czek.

– Pięćdziesiąt tysięcy?... Od kogo? – Paweł aż poderwał się z miejsca i wpatrywał w żonę. Nie wiedział, czy robi mu jakiś kawał, czy ta papierowa sakiewka rzeczywiście spadła im z nieba, czy też zaraz ktoś zadzwoni i powie, że dziś pierwszy kwietnia.

  Od Gosi Lubczyk.

– Od tej wariatki? – zapytał teraz już podwójnie zdziwiony: ofiarą i ofiarodawczynią.

– Schizofreniczki! Choroba psychiczna jest jak każda inna, tyle że trudniejsza do wyleczenia od anginy czy grypy. Jest jak rak, który drąży korytarze w mózgu człowieka… Schizofrenii nie wykryje jednak żaden tomograf… – odpowiedziała spokojnie Ewa, podając mu kartkę, ozdobioną żółtymi różami i jedną parą butów. – Zresztą nie jestem pewna, czy to była schizofrenia, psychiatrą przecież nie jestem... Kępiński czegoś mnie nauczył, ale stawianie diagnoz o czyimś stanie psychicznym jest ponad moje siły. To wielka odpowiedzialność. Masz, przeczytaj, co napisała.

Paweł odczytał na głos: „W podziękowaniu za pomoc – chociaż bezcenną – przesyłam Ci czek. Proszę, nie zwracaj mi go. To tylko pieniądz. Dużo i zarazem nic. Z pewnością przyda się Tobie i Twojej rodzinie. Kiedyś powiedziałaś mi ważne słowa: «Ludzie nie widzą twojego strachu. To twoja pięta Achillesa ukryta pod skarpetką. Pierwszy kontakt przestaje być straszny po kilku minutach, trzeba przetrwać właśnie te minuty». Tak zrobiłam. Teraz jestem dyrektorem handlowym w Eurest Poland. Zaręczyłam się i jestem bardzo szczęśliwa. Bądź zdrowa. Nie opuszczaj ręki Boga. Oddana przyjaciółka – Danaida”.

– Nie podoba mi się to. Gośka kłamie, nie jest dobrze. Znowu musi mieć głęboką depresję. Jeśli człowiek odniósł w życiu sukces i nagle przypomina sobie o osobie, którą znał kilkanaście lat temu, to może znaczyć, że problemy wróciły... I wróciły wspomnienia... Muszę się z nią skontaktować! – postanowiła Ewa.

– Daj spokój! To już nie twoja sprawa. Dobrze, że kiedyś jej pomogłaś, ale to ona lepiej wyszła na tej waszej znajomości...

– Bo lepiej zarabia? To nic nie znaczy! Kiedyś jej pomogłam, słuchała mnie, choć myślałam, że mówię do pomidorów, ogórków czy kwiatów, słuchała, a wydawało mi się, że jest stopiona ze skałą, na której ją widziałam, jak Danaidę Rodina, zrośniętą milczeniem z podłogą, ścianą, gruntem, ziemią... Nieprzenikniona Danaida... Na palcach dwóch rąk zliczysz nasze dialogi w ciągu tych dwóch lat wspólnej pracy. Reszta to moje monologi.

Ewa mówiła cicho, stojąc przy oknie i wpatrując się w światła wrocławskich ulic, mieszkań, neonów.

– Jeśli chcesz sprawdzić, co z nią, zrób to. Ale wydaje mi się, że przesadzasz – powiedział Paweł, wchodząc do łazienki.


* * *

Dwanaście lat temu pikowały pomidory, stojąc w tunelu foliowym przy drewnianym stole, na którym piętrzyła się hałda świeżej, torfowej ziemi. Wielkie szklane drzwi były otwarte na oścież, ale nie było czuć ani źdźbła wiatru. Był słoneczny majowy dzień. Temperatura w namiocie dochodziła do 30˚ C i obydwie miały ochotę na wodę mineralną. Ewa przyniosła dwie schłodzone butelki.

– Wiesz, nadal wchodzę do szafy; zaczęłam się tam chować już w siódmej klasie i nie mogę się powstrzymać przed tym pierwszym odruchem, gdy słyszę pukanie do drzwi czy dzwonek telefonu... – powiedziała Małgorzata.

– Dlaczego?! – Ewa spojrzała na nią kątem oka, przerywając swoją pracę.

– Nikt mnie nie szuka w szafie. Zawsze myślą, że wyszłam z pokoju. Boję się ludzi. Odwiedzin. Zawsze czułam się gorsza od innych. Inna. Nie było dla mnie żadnej przyjemności na tym świecie, absolutnie żadnej, oprócz czytania książek. Ucztowałam z pisarzami wszystkich krajów. No i te odwiedziny zagrażały mojej prywatności. A jeśli się zdarzały, były kompletnym kiksem, bo rozmowy nigdy się nie kleiły... Nie chciałam dojrzewać. Chciałam umrzeć, bo nie godziłam się na zwyczajne życie. Dorastanie, zarabianie, małżeństwo, porody, dzieci, wychowywanie. Wiem, że brzmi to niedorzecznie... Zwyczajna ścieżka życia praktykowana przez wiele kobiet... Ale jeśli któregoś dnia życie łapie człowieka w swoją lepką pajęczynę cierpienia i nie puszcza, to pragnie on, aby pająk pożarł go raz na zawsze... Żeby wreszcie ból ustąpił... Wiesz przecież, że ciągle chorowałam i nadal choruję. Znienawidziłam lekarzy. Lekarstwa nie pomagają. Czasem z bólu kopię nogami w ściany, a prześcieradło rozrywam zębami... Nie chce mi się żyć...

– A teraz? Gdy chwila jest dla ciebie dobra, wyrozumiała, a nawet obiecująca...  Co widzisz przed sobą?

– Nie wiem... Chciałabym zostać pisarką... Mama jednak bezustannie powtarza, że to żaden fach, że z tego dziś żyć nie można.

– O, może przyniesiesz mi jakieś próbki? Chętnie poczytam.

– Nie... nie mam, od dwóch lat nic nie napisałam... A to, co miałam, spłonęło w ognisku nad rzeką... trzydzieści siedem zeszytów... Razem z moimi pamiętnikami...

– Czemu to zrobiłaś?!

– Sama nie wiem... to była chwila... jakieś moje porachunki z Panem Bogiem, z których niewiele pamiętam...

– Spaliłaś kawał swojego życia... Podobno każdego niezapisanego dnia już nie ma. A zapisany żyje wciąż swoim własnym rytmem, choć w innym czasie: przeszłym... Żyje, bo ma duszę... Naszą duszę...

– Chciałam spalić siebie...

– Zwariowałaś! Taka straszna śmierć: w ogniu!

– Oj, nie bierz tego tak dosłownie... Ale faktycznie... w innych okolicznościach wyszło jednak, że jestem wielkim tchórzem...

– Nie! To właśnie, żeby żyć, trzeba mieć odwagę!

– I tu się z tobą nie zgadzam!

– Oj, Gośka, przestań już, nie możesz tak myśleć! To autodestrukcja!  Pomyśl, jakby Bogu było przykro, gdybyś wypadła z Jego dłoni... Pamiętasz? Pokazywałam ci album z rzeźbami Rodina... Ręka Boga i Ręka diabła...

– Tak, od tamtej pory często o nich myślę, właściwie ciągle mam je przed oczami...  Ewka, w tym rzecz, że ja nie czuję ręki Boga...  I to stało się moją obsesją, bo bardzo chciałbym ją poczuć... Co według ciebie powinnam zrobić, żeby poczuć Boga?

– Żyj na przekór samej sobie, ćwicz się w pokonywaniu bólu, drwij z lęków, śmiej się z porażek, czyli: oszukuj samą siebie!

– … – Ewa uchwyciła niedowierzający wzrok Małgorzaty.

– No… żeby się zahartować!

– Ale po co ta samodyscyplina?!

– Bo Bóg pomaga zahartowanym. Słabi giną...

– A chorzy, ułomni, bezdomni?

– Oni też muszą się zahartować.

– Łatwo mówić, trudniej wykonać... Przede wszystkim chciałabym przestać czuć się OBCYM. Nie chcę być outsiderem. Wiesz… uczę się siebie. Od początku, zupełnie tak, jak dziecko uczy się alfabetu... Zaczęłam od prostych pytań: „Co lubię, a czego nie lubię? Co mi się podoba, a co nie?” Czytam też książki o suicydologii, teraz akurat Ringela i Bornemanna; badam własną autoagresję... Ale trudno mi się skupić...  Czytam powoli, no ale czytam... Strona za stroną... To nie takie proste: wrócić do życia... Wieczorami zapadam się w sobie i ogarnia mnie jakiś kataleptyczny stan. Mija kilka godzin, zanim wracam...

– Teraz masz pracę, Gosiu. To ważne. To pierwszy krok. Masz nieprzeciętny umysł, daleko zajdziesz, ale potrzebujesz trochę czasu...

– Tak, cieszę się z pracy...  Nawet gdy rano czuję się źle, wstaję z łóżka, myję się godzinę, ubieram drugą godzinę, i gdy stoję wreszcie przed drzwiami, nie mogąc wyjść, powtarzam sobie, że wystarczy nacisnąć tę cholerną klamkę i reszta czy reszka potoczy się sama. Wiem, że się spóźniam, ale naprawdę walczę z sobą. No i myślę o rozmowach z tobą. Niewiele pamiętam z tego, co mówiłaś do mnie, ale jedno wiem na pewno: twoje gadulstwo o sztuce, książkach, filmach, wszystkim i niczym, nie pozwoliło mi trwać w stanie inercji, nie pozwoliło mi dać nura w dziwną otchłań... Dziękuję ci za to, Ewuś, dziękuję!

– Nie ma za co. Cieszę się, że pomogło. Chwilami czułam się jak katarynka. Dobrze, że nie ochrypłam od tego gadania. Widziałam, że jest z tobą bardzo źle. Czasem nie można zostawić człowieka samemu sobie... Nie mogłam...

– Ja wiem, że wciąż jestem chora. Przebudzenie może być krótkotrwałe, ale dopiero teraz jestem gotowa do rozmowy z psychiatrą, dopiero teraz... Chyba dzięki tobie.

– Nie, dzięki sobie. Człowiek inteligentny oszuka nawet samego siebie. Dla swojego dobra. Chyba to właśnie zrobiłaś.

Ewa zajrzała w karty przeszłości.

Pamiętała postępującą depresję i alienację Małgorzaty. Z dnia na dzień mówiła coraz mniej. Potrafiła stać czy kucać godzinami, nie robiąc absolutnie nic albo wielokrotnie powtarzając tę samą czynność. Mamrotała pod nosem jakieś dziwne zwroty, trochę po polsku, trochę po francusku, ale nie było w tych słowach żadnego sensu. Czasem ktoś z  rodziny Ewy czy pracownik stawał obok i podsłuchiwał, ale nikt nie rozumiał tego, co mówiła. Żadna jej wypowiedź nie była zdaniem; to były słowa wyrwane z kontekstu, z jej umysłu, zawieszone w próżni. Wtedy Ewa postanowiła, że będzie do niej gadać godzinami. Podświadomość Gośki musiała przecież te monologi rejestrować, jeśli świadomość ignorowała wszelkie przejawy świata zewnętrznego.

Rodzice Ewy wiedzieli, że tutaj chodzi raczej o obecność Gosi niż o wyniki działania. Na prośbę mamy Małgorzaty dali jej tę pracę. Pani Urszula była kilka razy u psychologa, bo nie wiedziała, co ma zrobić ze swoją dziewiętnastoletnią córką, która już od kilkunastu miesięcy siedzi w domu, przesypiając większość czasu, i boi się gdziekolwiek ruszyć. Pierwszym etapem terapii miało być regularne wychodzenie z domu. Udało się, choć nie zawsze było to proste. Czasem wypychała ją za drzwi. Czasem szła z nią pod rękę na przystanek busów, trzymając mocno i powtarzając: „Jedź, Gosieńka! Porozmawiasz z Ewką, ona cię bardzo lubi, odzyskasz humor, jedź, córciu, proszę, jedź”. Kierowcy wiedzieli, gdzie mają ją wysadzić. Trwało to prawie rok. I wreszcie któregoś dnia zaczęła powracać. Powoli. Odpowiadała nawet logicznie na pytania.

– Wiesz, Gosiu, czasem człowiek myśli, że czemuś podoła, że jest gotów przeciwstawić się perfidii losu, ale tak nie jest. Otrzymuje szybki i niespodziewany cios. Żeby odnieść sukces w jakiejś dziedzinie, trzeba ćwiczyć nie godzinami, nie dniami, ale miesiącami, latami... To nie tylko marzenia zbudują twój sukces, ale praca. Rzetelna praca! Czytałaś może „Rogi byka” Hemingwaya?

– Nie...

– Paco, główny bohater, bardzo chce zostać toreadorem. Marzy o tym, podając do stołów w jakiejś hiszpańskiej restauracji. Chodzi na wszystkie corridy. Godzinami wyobraża sobie siebie z muletą i szpadą. Ćwiczy ruchy. Jest bardzo pewny siebie. Czuje, że jego ciało jest szybkie i sprężyste i że poradzi sobie ze swoim strachem. Jego kumpel robi atrapę rogów byka z kuchennych noży, przywiązując je do nóg krzesła i z tym krzesłem na karku udaje byka. Nóż wbija się w brzuch kelnera. Zabawa zmienia się w tragedię. Paco nie przeżył tego kuchennego pojedynku. Popełnił dwa zasadnicze błędy. Po pierwsze: brak konfrontacji z rzeczywistością. Paco nigdy nie zmierzył się z bykiem oko w oko; walczył tylko w swoich snach i marzeniach. Po drugie: nie bał się, był zbyt pewny siebie... Strach czy lęk są nie tylko siłami destrukcyjnymi, ale i pozytywnymi stymulatorami. Człowiek musi umieć je wykorzystać.... Udawanie kogoś, kim się nie jest, rodzi konflikty i tragedie wewnętrzne.

– No, ale wcześniej mówiłaś, że samooszukiwanie jest metodą hartowania siły i woli... To jak wreszcie: oszukiwać się czy nie?!

– Oj, Danaida, nie myl pojęć: oszustwo kontra samooszukiwanie. Paco był zadufanym w sobie głupkiem! Oszukiwał nie siebie, ale innych, a raczej innego: kolegę-kelnera... Przede wszystkim trzeba uświadomić sobie swoją marność, niewiedzę i zacząć się uczyć... doskonalić się w czymś krok po kroku. „Ćwiczenie czyni mistrza” nawet w szklarni. Popracujesz dłużej, będziesz sadzić kany z zamkniętymi oczami. A któregoś dnia zaczniesz ćwiczyć i ryzykować w innym tunelu, może paryskiego metra... ha, ha, ha. Na pewno pokonasz strach! Jeszcze wiele pięknych dni przed tobą, no i przede mną...

– Pewnie tak...

– Musisz poszukać klinów do beczki życia, i po sprawie. Jesteś wyleczona.

Zaśmiały się i stuknęły butelkami.

 

* * *

W kilka miesięcy później Ewa szła ulicą Krakowską w rodzinnym mieście. Nagle zatrzymała się i powoli cofnęła. Zamarła pod drzewem, na którym wisiała klepsydra: „Małgorzata Lubczyk – zmarła nagle 13 sierpnia”. Długo włóczyła się po mieście, zanim doszła do mieszkania mamy Gosi. Oczy pani Urszuli były spuchnięte od płaczu. Musiała płakać już kilka dni.

– Przeczytałam klepsydrę... Pisała do mnie... Co się stało? – zapytała cicho.

– Zabiła się, pani Ewo, podcięła sobie żyły i zażyła za dużo tych świństw, które jej zapisywali psychiatrzy, niby przeciw lękom, nie uratowali jej... Ona ich chyba w ogóle nie zażywała, tylko zbierała, długo zbierała... Zabiło się moje dziecko... – wargi pani Urszuli drżały, a w oczach kręciły się kolejne łzy. – Proszę, niech pani wejdzie.

– Nie, nie, ja... – Ewa poczuła ostre kłucie w okolicy serca. Nie mogła złapać tchu. Czemu nie skontaktowała się z nią po otrzymaniu czeku?! Zostawiła ją… Intuicja dobrze jej podpowiadała, jednak Ewa odkładała to ciągle na później, na wolny weekend. Teraz za późno. Nigdy sobie tego nie wybaczy...

– Jacek, jej narzeczony, niczego nie przeczuwał, wszystko było jak zwykle, nie zauważył żadnej depresji. Mówi, że mu się wymknęła... Wszystkim się wymknęła. A tak dużo osiągnęła! Swoim wysiłkiem i pracą. Nie poradziła sobie ze stresem, nie wiem, nie wiem, pani Ewo...

– Mówiła coś o mnie?

– Tak, mówiła o Bogu i diable, o jakichś rzeźbach, o których jej pani opowiadała. Coś o dłubaniu w kamieniu... że szukała jakiegoś początku... Żałowała, że pani mieszka tak daleko i ona nie ma czasu pojechać do pani. Powiedziała: „Zazdroszczę Ewie, ona czuje rękę Boga”... Pani Ewo, ja prawie nie śpię, modlę się za jej duszę... Teraz to na pewno Bóg ma ją w garści... Mówią, że samobójców nie przyjmuje do nieba, może dla niej zrobi wyjątek...

Pani Urszula chciała jeszcze coś dodać, ale Ewa zbiegła z płaczem po schodach...         

                                 

Kraków, 07.08.2005 r.

AKTUALNOŚCI

RECENZJA

  AUTORZY POWIEŚCI O CHOPINIE:  JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH & WOJCIECH WIERCIOCH AUTORKA RECENZJI: ANNA STASIUK „Zaklinacz dźwięków. Powie...