JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH - WIERSZ

 


AUTORKA: JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH


kobieta jak babie lato

                                                                                mojej Siostrze R.


w tańcu przypomina kobietę

z obrazu Vallejo

pochylona przez bestię

naturę

do końca poddana

spokojnie opadająca – prawie śpiąc

i śniąc o rozkoszy przed upojeniem

– jak z artyzmem utkana mara

smukła i biała łza mleka

z kroplą deszczu w sobie

 

i nie ma w niej miejsca

gdzie możesz wyczuć twardość

przyjmuje miękko wygodnie

choć często przepuszcza

jakby pękała pod przyjętym

ciężarem

bo czasem przez bestię

rozszarpana

rozrywa się kunsztem pajęczym

wypleciona jej skóra

 

kobieta jak babie lato

rozciągnięta w oddawaniu

jak babie lato

w czterech porach roku

w dzień na jawie

z krótkimi przerwami

na nieobecność

na nienawiść

KSIĄŻKI MOJEGO ŻYCIA - WOJCIECH WIERCIOCH

 


AUTOR: WOJCIECH WIERCIOCH

Książki mojego życia

Pewien bydgoski pisarz, aktywny mój znajomy z Facebooka, zachęcił mnie do ułożenia krótkiej listy dzieł, które najbardziej na mnie wpłynęły. Na liście miało się znaleźć tylko siedem książek. A dlaczego nie dziesięć albo siedemdziesiąt siedem? Siedem, nie więcej. Właśnie dlatego zachęta owego literata wydała mi się ciekawym wyzwaniem. Wybranie kilku kilogramów z tony przeczytanych arcydzieł (większych i pomniejszych) – to zadanie tak poważne, że aż śmieszne. Więc i tym bardziej ciekawe.

Ziarno padło na podatny grunt – na szarą glebę mojego mózgu, która uwielbia przeróżne rankingi. Te układam sobie od chwili, gdy zwariowałem… czyli od kiedy postanowiłem zostać pisarzem. W swoich notatnikach mam tych rankingów sporo: lista najwybitniejszych prozaików, poetów, dramaturgów, eseistów, reportażystów, aforystów etc. Niekiedy dzielę się tymi rankingami w mediach społecznościowych, a podczas Festiwalu Literatury Niezależnej w Krakowie stworzyłem nawet listę najwybitniejszych pisarzy małopolskich XXI wieku (co wywołało duży odzew; a najbardziej atakowali mnie ci, którzy uzyskali pozycję niższą niż ta wynikająca z ich egocentryzmu).

Ad rem. Przejdźmy do tych siedmiu dzieł – i literackich, i filozoficznych, może też innych – które ukształtowały mnie w największym stopniu. Na tej liście nie znajdzie się Biblia, która towarzyszy mi od dzieciństwa, na każdym etapie życia i rozwoju duchowego. Lecz Biblia to cały Kosmos i trudno ją z czymkolwiek porównywać. Także Szekspira pominę, gdyż jest w nim Cała Ziemia, planeta ludzi, bestii, duchów.

Moja krótka lista nie będzie rankingiem, a raczej chronologicznym zestawieniem książek, bez których życie na bezludnej wyspie byłoby dla mnie zbyt uciążliwe. Wyłącznie dorosłe lektury (choć w dzieciństwie jest się niesamowicie chłonnym i plastycznym, i bez Astrid Lindgren, Alfreda Szklarskiego czy Jacka Londona dziecko pozostałoby o wiele dłużej duchowym niemowlęciem). A zatem zaczynam od dwudziestego roku życia…

1. JOSEPH CONRAD, Nostromo.

Nie Fiodor Dostojewski, nie Tomasz Mann, nie Virginia Woolf. Nie Lord Jim, nie Jądro ciemności, nie Tajny agent. Polsko-angielski pisarz towarzyszył mi od najmłodszych lat, ale brałem go najpierw za marynistę i faceta od powieści podróżniczo-przygodowych. Bo właśnie to potrafi zafascynować nastolatka. Gdy już jednak postanowiłem (albo coś we mnie lub nade mną postanowiło) wejść na literacką drogę życia i poczułem się zobowiązany nadrobić niejakie zaległości w lekturach – na pierwszy ogień poszedł właśnie Joseph Conrad. Bo znajomy, swojski, zdawałoby się – przystępny. Wtedy właśnie oczarowała mnie i zaczarowała (gdy już otrząsnąłem się z niejakiego zaskoczenia) ta właśnie powieść. Obfita, skomplikowana, głęboka jak Rów Mariański (choć powierzchowni czytelnicy widzą tylko to, co się unosi na falach). Och, ta głębia psychologiczna, filozoficzna również, i to w połączeniu z historią „wymyślonej” Ameryki Południowej, na którą chrapkę ma Ameryka Północna. Wielka panorama egzystencjalna z powikłanym splotem spraw społecznych, ekonomicznych i politycznych. I każda nośna idea, pojawiająca się na kartach tej powieści, posiada swoich wyznawców i popleczników oraz antagonistów. Obraz-symbol uczuć, przemyślności, pomyślności, klęsk, ideałów (odczuwanych szczerze lub markowanych tylko). Wojna wartości na tle zawirowań kulturowych. I tyle, po prostu arcydzieło. Do tego fascynująca fabuła i mroczny nastrój. Wszystko, czego trzeba, żeby człowiek na nowo sobie ułożył światopogląd.

2. MARCEL PROUST, W poszukiwaniu straconego czasu. Jedna wielka powieść w siedmiu tomach. Narracja przeplatana niezwykle mądrymi esejami oraz uroczymi poematami prozą. Z dodatkami subtelnego dowcipu. Misterium czasu, magia skojarzeń, wspomnień i marzeń. Podróż w poszukiwaniu przyszłego powołania pisarskiego. Czułość i perwersja, snobizm i artyzm – myśl oplatająca byle głogi czy topole. Plus uważne lektury, fascynacje muzyczne i plastyczne – cały świat zawarty w cząstce Paryża i francuskiej prowincji. No i ten kontemplacyjno-medytacyjny styl o niepodrabialnym uroku. Język tak cudowny (dzięki Boyowi-Żeleńskiemu), że można przy nim płakać i gryźć palce z zazdrości. Jak on to zrobił? Ile się nauczył od Pascala, Balzaka, Flauberta, Bergsona (swojego kuzyna)? Czy ktokolwiek może się z nim równać? Warto pisać po takim dziele totalnym? Bez tej lektury na pewno byłbym innym – gorszym – człowiekiem. Jak tu się dziwić, że w nim zakochał się arcymistrz Conrad? Jaka szkoda, że autor Lorda Jima nie doczekał opublikowania całego tego cyklu powieściowego…

3. THOMAS STEARNS ELIOT, Wybór poezji. Często powtarzam, że polska poezja XIX i XX wieku jest najwspanialsza na świecie; Rosjanie, Francuzi, Anglicy, Niemcy nie mogą się równać z naszymi geniuszami (choć Rainer Maria Rilke to przecież arcymistrz). Ale do tego zestawu postanowiłem wybrać właśnie Eliota (za co bardzo przepraszam Zbigniewa Herberta). Czym się kieruję? Na pewno znaczenie ma fakt, że amerykańsko-angielskiego wielkoluda czytałem w dwóch językach, tłumaczyłem (dla siebie), parafrazowałem (dla innych). I że jego eseje oraz konserwatywne poglądy są mi szczególnie bliskie. Najbardziej porywa mnie emocjonalny i duchowy klimat jego wierszy i poematów oraz niejednoznaczność, wielowarstwowość znaczeń (a więc i słowne łamigłówki, szarady intelektualne, symbole mitologiczne i biblijne). Mistrzostwo językowe, te niespodziewane metafory czy porównania łączące ziemię z niebem. Dynamizm i plastyka stylu, innowacyjność formy. Wystarczy.

4. FERNANDO PESSOA, Księga niepokoju. Mała biblia dla wierzących agnostyków i sceptycznych mistyków. Fikcyjny dziennik wymyślonego narratora, który jest księgowym i filozofem, samotnikiem i cesarzem świata (w wyobraźni), poetą i zgryźliwcem. I na tych kartach sny przechodzą w urojenia, twarde przedmioty zamieniają się miejscami z nieokreśloną, nieznośną lekkością bytu, pełną emocji, doktryn, spostrzeżeń i rojeń. Introspekcja narratora przewierca kulę ziemską na wylot, a podróże kosmiczne trwają w duszy dziwaka. Jaźń w poszukiwaniu straconego sensu. Plus absurd istnienia – sens logiczny aż do bólu i orgazmu. Fragmenty łączą się w duchową panoramę, zaś obrazy kondensują się w formie szokujących paradoksów, aforyzmów. A nad wodami egzystencji unosić się raczy słowo (małe) pomieszane ze Słowem (wielkim, tuż nad przepaścią Cudownej Tęczy). Rzecz niepodrabialna, niepojęta. Czytana przeze mnie (w dwóch tłumaczeniach) właściwie cały czas, w małych dawkach, ale kompulsywnie.

5. ANTONI KĘPIŃSKI, Schizofrenia. Właściwie trudno jest mi wybrać jedną książkę mojego medycznego i eseistycznego mistrza. Zdecydowałem się jednak polecić dzieło dotykające najgłębszych stanów ludzkiej psychiki – choroby, której najbliżej do poetyckich wzlotów i mistycznych uniesień. Ale też demonicznych udręczeń. Nawet inteligentny, dobrze poukładany człowiek nie potrafi zgłębić tajników swojej duszy – co dopiero człowiek wrażliwy i utalentowany, jak choćby Vincent van Gogh, który pogubił się w królestwie swego mózgu. Skoro geniusz może być wariatem – co sądzić o ludziach szarych, przeciętnych? Gdzie przebiega ta granica między normą a patologią? Zwłaszcza że wybitność na pewno nie jest czymś normalnym. A pisał o tym również (równie głęboko, bardzo erudycyjnie, choć mniej poetycko) Kazimierz Dąbrowski, twórca koncepcji dezintegracji pozytywnej: żeby się doskonalić – należy porzucić świat nawyków, schematów i stereotypów. A to jest niebezpieczna podróż! Wędrówka bohatera – los człowieka: tego, który więcej czuje, inaczej rozumuje i dlatego bardziej cierpi. Na taką wyprawę życia warto zabrać z sobą przewodnika, mistrza duchowego. Takim właśnie jest ów słynny krakowski psychiatra, poskromiciel demonów.

6. HENRYK ELZENBERG, Kłopot z istnieniem. Aforyzmy w porządku czasu. Co my tu mamy? Co to w ogóle za forma? Intelektualny dziennik złożony z aforyzmów i miniesejów – kilka gatunków literackich w diarystycznej formie; ponad pięćdziesiąt lat intensywnego życia filozoficzno-mistycznego. Wszyscy (wtajemniczeni) wiedzą, że jestem aforystą i antologistą. W jednym i drugim wcieleniu cenię małą formę literacką. Właściwie to powinienem tu zamieścić Emila Ciorana lub Stanisława Jerzego Leca. Lecz pierwszy bywa odstręczający w swoich nihilistycznych pochwałach samobójstwa i ostatecznej zagłady, a ten drugi chyba trochę na siłę postanowił swój światopogląd ścisnąć do najkrótszej formy. A więc Elzenberg, duchowy przewodnik Zbigniewa Herberta. Dość nudny w swoich profesorskich rozprawach filozoficznych, ale niesamowicie fascynujący w tym zmiennokształtnym dzienniku, w tym kłopotliwym zmaganiu się z istnieniem. Wielkie dzieło (choć stosunkowo małych rozmiarów), pełne relacji z lektur, zmagań z ideologiami, kipiące od sardonicznych (ale bardzo trzeźwych) spostrzeżeń i ezoterycznych zachwyceń. A są tam i celne myśli o historii, mistyce, liryce, polityce, Polsce i wszechświecie. Da się to czytać na okrągło – po kolei, na wyrywki, ponownie, odkrywczo, niewymownie, nieustannie. Tam głupota i mądrość tańczą krzesanego, oberka i walca.

7. MIKOŁAJ BIERDIAJEW, Sens twórczości. Kłopot z filozofami. Bo ci wielcy potrafili przynudzać (vide: I. Kant, G.W. Hegel, M. Heidegger, oto niemiecka przypadłość). Inni giganci tylko w niewielkim wymiarze pasują do mojego światopoglądu (patrz: A. Schopenhauer, F. Nietzsche) lub kochają popadać w poetyckie niezrozumialstwo (vide: J. Tischner, M. de Unamuno, H. Bergson) albo są tak logiczni, że nie ma gdzie wcisnąć w ich linijki choćby odrobiny uczuć (spójrz: L. Wittgenstein). Dlatego wolę nieraz filozofować z psychologami, antropologami kulturowymi czy innymi eseistami, dla których właściwie nie istnieją sztywne podziały między dyscyplinami naukowymi (vide: W. James, C.G. Jung, M. Eliade, J. Campbell, J. Peterson, N.N. Taleb).

A więc – Bierdiajew. Ale dlaczego? Bo to nie tylko filozofia, to również myśl religijna, teologia szukająca inspiracji także w literaturze pięknej (przykładem być tu może Światopogląd Dostojewskiego). Padają w pismach rosyjskiego myśliciela głębokie refleksje z rejonów mistyki, gnozy, magii – cała ezoteryka przesiąknięta pasją pisarza i tonem proroka, wizjonera. Bierdiajew jest orędownikiem wolności (lecz w żadnym razie samowolki), eksploratorem najmroczniejszych zakątków egzystencji. Tu polityka splata się z historią, socjologia z psychopatologią. Całe spektrum egzystencji.

Przeczytałem wszystkie dzieła Bierdiajewa przetłumaczone na język polski. Wszystkie są wspaniałe, lecz za najbardziej odkrywcze uważam właśnie to – Sens twórczości. Pojawia się tu rewolucyjna i rewelacyjna myśl: Kreatywność to Droga do Odkupienia. Twórczość jest kontynuacją Dzieła Stwórcy. Zaś geniusz jest światu potrzebny tak samo jak święty. W tej kosmicznej wizji Joseph Conrad jest ludzkości niezbędny w równym stopniu, co Brat Albert albo siostra Faustyna Kowalska. To ważne właśnie teraz, gdy w komentarzach na Facebooku padają złośliwe hasła, kierowane do niezadowolonych literatów: „Zabierzcie się do pożytecznej, uczciwej roboty, zamiast użalać się nad swoim losem” (a to w kwestii np. mecenatu państwowego, samorządowego, kościelnego, prywatnego). A przecież naród nie jest jedynie kwestią polityki, ekonomii, socjologii. Naród – to kultura i duchowość. A duchowość to także wiersze i powieści.

Duchowość to również rozum i komizm, liryzm i tragizm. I tylko wyjątkowym arcymistrzom pióra udaje się zespolić w swojej twórczości te wszystkie wymiary bytu literackiego. Pisać mądrze i do tego dowcipnie, pięknie i rzeczowo – trudne zadanie. Zdołał mu sprostać Gilbert Keith Chesterton, brytyjski felietonista, eseista, prozaik, dramaturg oraz błyskotliwy biograf.  W tym zestawieniu pominąłem go, nie mogąc się zdecydować na jedną konkretną pozycję z jego dorobku. Ale brak owej postaci w tej „wspaniałej siódemce” byłby deformacją. Stąd – ów akapit.

Ta lista moich najulubieńszych arcydzieł nie jest przypadkowa, wymyślona ad hoc i spisana na kolanie. Wszystkim tym dziełom poświęciłem wiele czasu. Napisałem nawet (wraz z żoną Jolantą) powieść biograficzną o profesorze Antonim Kępińskim (Psychiatra i demony). Fabularyzowaną biografię Josepha Conrada piszę od lat i ostatnio próbuję tekst radykalnie skrócić. Marcel Proust ciągle przewija się w mojej autobiografii Pamięć i fantazja. Bierdiajew, Pessoa i Elzenberg to moi wybrańcy – poświęciłem im wybory myśli oraz dołączone do nich eseje. Tylko Eliot jest przeze mnie prawie nieopisany. Lecz towarzyszy mi wiernie – od lat wyznaczając nastrój i ton każdej mojej książki.

Bierzcie i czytajcie – oto typy moje!


Wojciech Wiercioch

Nowy Targ, 13 stycznia 2026


RECENZJA

 


AUTORKA: BEATA GRZYWACZ

„Psychiatra i demony. Powieść biograficzna o profesorze Antonim Kępińskim”, W. Wiercioch, J. Szymska-Wiercioch

(źródło: Zycieipasje.net)

 

Czym jest umysł? Skąd tyle chorób psychicznych? Dlaczego ludzie zachowują się tak a nie inaczej? Co nimi kieruje? Czy i jak możemy im pomóc?
To tylko kilka pytań, na które przez całe swoje życie próbował znaleźć odpowiedź wybitny polski psychiatra Antoni Kępiński. Zafascynowana jego poglądami i osobowością sięgnęłam po książkę Psychiatra i demony. Powieść biograficzna o profesorze Antonim Kępińskim napisaną przez małżeństwo: Wojciecha Wierciocha i Joannę Szymską-Wiercioch.

 

Przyznaję, że zanim zaczęłam ją czytać przeraziły mnie dwie rzeczy – objętość książki i jej okładka. Jeśli chodzi o objętość to – mimo początkowej niechęci do czytania takiej cegły (książka liczy ponad 600 stron) – okazało się, że nie stanowi to żadnej przeszkody. Gorzej było z okładką, która przyciągała i odpychała, zachęcała do czytania a jednocześnie… przerażała. Po pierwsze ze względu na kolorystykę – głęboka czerń i dwie plamy ognistej czerwieni, na której zobaczymy watahę wygłodniałych wilków. Niejako na drugim planie zarys Kościoła Mariackiego i kilku krakowskich kamieniczek.

Wiedziona ogromną ciekawością w końcu otworzyłam książkę i zaczęłam czytać. Nie jest to zwyczajna powieść biograficzna choćby z tego względu, że brak w niej chronologii. Akcja toczy się w różnych okresach życia bohatera, co zmusza czytelnika do skupienia i uwagi.  Głównego bohatera poznajemy w trzech okresach życia: wczesnym dzieciństwie, młodości i dojrzałym wieku. Oczywiście wszystkie etapy wzajemnie się przenikają, uzupełniają, choć i tak wiele spraw zostaje niedookreślonych.

Na tle ważnych wydarzeń historycznych (obie wojny światowe, okres komunizmu a następnie tzw. odwilży) spotykamy całą plejadę wybitnych osobistości polskiej kultury, nauki, medycyny, kościoła, ot choćby ówczesnego kardynała Karola Wojtyłę, ks. Józefa Tischnera, Wisławę Szymborską, Marię Pawlikowską-Jasnorzewską, Romana Ingardena, Nikifora, Karola Estreichera czy Wandę Półtawską. Wszystkie te postaci pozostawiają jakiś ślad w życiu i poglądach genialnego psychiatry.

Towarzyszymy Kępińskiemu w życiu osobistym i małżeńskim (poznajemy jego ukochaną żonę Jadwigę), w wojennej tułaczce po niemal całej Europie, w obozie koncentracyjnym; zaglądamy do kokpitu myśliwca Royal Air Force, do gabinetu, w którym przyjmował ludzi psychicznie chorych próbując im jakoś pomóc; przeżywamy jego rozterki związane z wykonywaną pracą, podziwiamy jego upór pozostawienia po sobie śladu w nauce, ronimy łzę po jego śmierci.

Psychiatra i demony to jednak nie tylko dzieje genialnego naukowca i artysty, ale niejako przewodnik po różnych koncepcjach psychologicznych, chorobach duszy, zakamarkach ludzkiego umysłu. To również podpowiedź, jak żyć, by być szczęśliwym i spełnionym. Mistrz psychiatrii mówił, że „Przejawem zdrowia psychicznego jest znalezienie własnej pasji” (s. 530).

Przy okazji historii Kępińskiego poznajemy początki tworzenia się polskiej psychiatrii, szpitalnych oddziałów dla dzieci, nowych terapii grupowych i rodzinnych.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zwróciła uwagi na piękny język, pełen literackich aluzji zestawiony z potocznym, kolokwialnym stylem: „Powietrze pachniało mokrymi liśćmi, kwiatami zła i ziemią jałową” (s. 202), „Dałem się wpuścić w maliny i w tym malinowym chruśniaku się teraz głupio czuję” (s. 249) czy „O czym milczysz?” (s. 616).

Zapraszam zatem w piękną a jednocześnie trudną podróż śladami wielkiego człowieka, który całe życie walczył z demonami choroby, śmierci, wojny, urojeń i halucynacji.

polecam, Beata Grzywacz

OPOWIADANIE - JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH

 

AUTORKA: JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH


BAGNO

Bogna przekroczyła bramę rezerwatu i weszła na szeroką turystyczną kładkę wiodącą w głąb Boru na Czerwonem, do platformy widokowej. Tutaj trzeba było iść tylko wytyczonym szlakiem bądź znaleźć po lewej stronie, bliżej rzeki, którąś z niewielu suchych ścieżek. Torfowisko, mające w najgłębszych miejscach nawet pięć metrów, nie lubiło intruzów, wciągało niczym świeżo wylany beton.

Wokół rozciągał się podmokły teren, porośnięty po obu stronach traktu sosnami, brzozami i świerkami. Buków i jodeł było niewiele. Gdzieniegdzie znalazły dla siebie miejsce krzaki jeżyn, paprocie i jarzębiny. Po prawej na wolno płynącym strumyku widać było grube kożuchy mchu. Kolory biły po oczach. Od malachitowego przez groszkowy i miętę po limonkowy i zgniłą zieleń. Wzrok wabiły zwłaszcza soczyście zielone kopuły torfowiska, z których wystawały wysokie źdźbła trawy. Mchy torfowce zaanektowały tutaj niemal sto piętnaście hektarów. I choć według botaników występująca tu flora, typowa dla boru bagiennego, była uboga, ale malownicza i intrygująca.

Kiedyś ta jaskrawa zieleń oczarowała Bognę. Dziś patrzyła na nią z obojętnością. Jakby siedziała w tramwaju i bezmyślnie spoglądała przez szyby.

Był gorący czerwcowy dzień. Delikatne podmuchy wiatru niosły zbawienną ulgę.

Bogna, od stóp do głów ubrana w biel, poczuła, że jej bawełniana bluzka bez rękawów przylepiła się do pleców. Luźne, długie spodnie, zakończone gumkami nad ulubionymi trampkami marki Big Star, również nieprzyjemnie przylgnęły do ud i pośladków. By trochę przeschnąć, dziewczyna szybko upięła swoje gęste długie włosy w niedbały, acz wyćwiczony już przez nią kok. Ciemna, niemal czarna czupryna, porcelanowa cera i niebieskie oczy kojarzyły się z bajką. Królewna Śnieżka. Tak mógłby rzec ten, kto obserwując ją, podziwiał jej urodę.

Minęła parę tablic edukacyjnych i kilkoro turystów, którzy podążali w przeciwną stronę. Chyba opowiadali sobie jakiś dowcip bądź zabawną historię, bo właśnie próbowali stłumić hałaśliwy, lecz naładowany serdecznością śmiech. Po chwili stukot ich butów na drewnianej kładce nad mokradłem ucichł. Została sama. Ona i świergocące gdzieś na gałęziach ptaki.

Trochę się bała.

Jeszcze wczoraj myślała, że dojrzała. Że ma w sobie doskonały francuski brie czekający na konsumpcję. Że jest gotowa do akcji. Jednak dziś woń pleśni była zbyt ostra i to bardzo zaniepokoiło Bognę. Ten zapach mógł wywołać torsje sumienia i słabość. Szukała sposobu, jak sobie z nim poradzić. Mogłaby przepędzić go drzemiącą w niej nienawiścią, myślami równie gniewnymi jak halny. Mogłaby. Miała jednak nieodparte wrażenie, że już wypluła z siebie jakąkolwiek agresję, szczelnie zamknęła ją gdzieś w sobie i rzuciła garść ziemi na tę trumnę. Mogłaby przywołać na pomoc jakieś anioły, jakichś Świętych, choćby Judę Tadeusza, jego duszę obitą kijami, albo Świętą Ritę, by spróbować nauczyć się od niej przebaczenia. Mogłaby, ale brzmiałoby to jak bluźnierstwo, bo przecież Bogna była zdecydowana.

Lepiej zapomnieć, że wierzyła kiedyś w niebo, piekło i czyściec.

– Znalazłem!

Te słowa usłyszała na przywitanie w poniedziałek, dwa dni temu. Akurat wyszła z biura na pocztę. Żadnego „cześć, siostrzyczko, jak się masz?”, żadnych standardowych zwrotów, zero ceregieli. Przez ostatnie pięć miesięcy wysyłał tylko krótkie esemesy, że u niego wszystko okej, że robi swoje, poluje na Węża, całusy, pozdrowienia i takie tam, więc słowo, które wtedy usłyszała, spadło na nią jak bomba. Na ułamek sekundy rozpadła się na drobne kawałki, po czym pozbierała do kupy i uświadomiła sobie, że wcale nie potrzebuje trywialnych, choć miłych dla ucha słów. Liczyła się tylko ta informacja. Najważniejszy news dnia.

– Poważnie? – wydusiła Bogna, choć nie potrzebowała potwierdzenia. Intuicja jej podpowiadała, że jest tak, jak mówi Kacper. Rzuciła to słowo, byle coś rzucić bratu w eter. Żeby wiedział, że wciąż jest po drugiej stronie, bo ona chwilowo zastygła, drgnęły jedynie jej narządy mowy.

– No tak, dziary z boa od łokci do nadgarstków.

Nie mogła ruszyć żadnym mięśniem, żadną częścią ciała. Coś jej w tym przeszkadzało, pętało ją niczym larwę w kokonie. Czy to te węże? Boa dusiciele? Splotły się wokół jej talii?

Zabolało jak kiedyś.

Milczała.

To nic, teraz to już nieważne, powtarzała sobie w duchu, będzie dobrze, będzie lepiej.

– Czarno-czerwone, jak mówiłaś – ciągnął Kacper. – Na sto procent, nie, na sto dwa.

– Musimy być pewni – powiedziała już stanowczo, ale przez chwilę nie mogła zaczerpnąć tchu, poczuła jakiś ciężar przygniatający ją do mokrego mchu. I tę ziemię, która kiedyś wżarła się jej pod paznokcie i której przez kilka dni nie mogła ani odmoczyć, ani wygrzebać.

– Posłuchaj, wiem nawet, kto zrobił ten tatuaż! Poszedłem tam. Była tam taka wytatuowana od stóp do głów dziewczyna. Kojarzyła go. Była pewna, że na mieście tylko on ma to gówno. Potem kręciłem się z dwa miesiące z jego kolesiami, no i w końcu z nim. Obaliliśmy niejedną flaszkę, skutki będę leczył później, zapłacisz za mój odwyk – zaśmiał się krótko.

– Okej. Co jeszcze? – Bogna próbowała przegnać wspomnienie, wyswobadzając się z nieistniejącego wężowego uścisku i otrzepując ubranie z ziemi i maleńkich listków torfowca.

– Co? No, podpytywałem go, co robił kilka lat temu, czy któregoś lata wyjeżdżał gdzieś, żeby mieć pewność, że tu był wtedy. I co usłyszałem? Że najdalej, gdzie on będzie miał wakacje, to chyba w niebie. Kurwa, w niebie, powiedział. Ja mu takie niebo odmaluję, że hej! Od pięciu lat nie wyjechał dalej niż do burdelu w Krakowie, a i to było więcej niż cztery lata temu. Mówił, że za mało mu płacą w nadleśnictwie, żeby po świecie się szwendał, bo wszystko przecież takie drogie, że chuj, a włóczyć to się lubi, ale po lasach. Podobno buduje bacówkę pod jakąś Czubą, na zadupiu Nowego Targu, ale idzie mu jak po grudzie, bo przepuszcza kasę na wódę. No i najważniejsze, słuchaj, siostra. Kiedyś się upił i zostaliśmy sami w jakimś blaszaku na auto ojca jednego z tych szemranych kumpli, i przez sen wymamrotał dwa razy jedno imię. Zgadnij jakie? Tak, Sara. Powęszyłem z tą Sarą. Takie imię miała jego siostra. Nie żyje, powiesiła się w stodole dziadków. Była wtedy w pierwszej klasie gimnazjum. Węże, Sara, czego chcesz więcej? To on, na dwieście procent. Takie przypadki po prostu się nie zdarzają. Wąż nazywa się…

– Nie mów – przerwała mu błyskawicznie – nie chcę wiedzieć.

– W porządku – odrzekł, nieznacznie się wahając. – Nie chcesz, okej, twoja wola. Przyjedziesz?

 Wezmę wolne od jutra do końca tygodnia. Pasuje ci? – Oddech Bogny szarpał się niczym pies na uwięzi, a ona starała się go uspokoić.

– Jasne, wbijaj, kiedy chcesz. Resztę opowiem w cztery oczy. – Kacper nic więcej nie dodał, choć powinien, bo Bogna nie miała pojęcia, o jakiej reszcie mówił. W momencie, gdy czerwona dioda na ekranie smartfona Kacpra zareagowała na jego palec, Bogna zaklęła pod nosem.

Tkwiła pod murem upaćkanym obelżywymi graffiti, trzymając swój telefon w opuszczonej wzdłuż ciała dłoni.

Wreszcie wrócił normalny oddech.

Pokręciła głową w tę i we w tę, podniosła ręce, zgięła w łokciach, ruszyła stopami, a później jeszcze podciągnęła kolana. Już dobrze, wróciłam do ciała, pomyślała.

Gdy już ponownie przetrawiła informacje od brata, nie potrafiła odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego nie jest w pracy, dlaczego stoi w jakiejś bramie przy ruchliwej ulicy. W pobliżu zauważyła dwoje drzwi, a przy nich spore tablice informujące o mieszczących się w tym budynku firmach i poradniach. Ich nazwy nic jej nie mówiły.

Oparła się o odrapaną ścianę i powoli zbierała siły do wyjścia na chodnik.

No tak, poczta, olśniło ją.

Z Warszawy wyjechała wczesnym rankiem pierwszego dnia urlopu na żądanie, a wieczorem była już w mieszkaniu wynajmowanym przez Kacpra na Ogrodowej w Nowym Targu. Zamieszkał tu dla niej. Zostawił w stolicy wszystko, co było dla niego ważne. Rodzinę, przyjaciół, ulubione kluby, intratną posadę w korporacji, w której czuł się jak ryba w wodzie. A dostał kiepsko płatny etat w obsłudze technicznej tutejszego sądu i marną perspektywę zawarcia znajomości, na których by mu zależało.

Bogna stała już na niewysokiej wieży widokowej w rezerwacie i rozmyślała, czy rzeczywiście brat trafił w dziesiątkę. Spróbowała określić część wspólną zbiorów nazywanych miejscem, czasem i perspektywą. Znalazła się w środku rezerwatu, w środku roku, w środku tygodnia, w środku dnia, tego była pewna, ale czy Kacper znalazł to, czego szukali, właściwy pępek, tego nie wiedziała.

Zadzwonił telefon. Przez chwilę słyszała swojego brata, ale łapała z jego wypowiedzi jedynie co drugą sylabę. Jego głos skojarzył się jej z dźwiękiem powstającym przy konfrontacji tłuczka do mięsa i płatków kukurydzianych. Teraz połączenie urywało na dłużej.

– Halo, Kacper! Halo! Słyszysz mnie?

Z niepokojem spojrzała w dół, w kierunku pustej leśnej ścieżki edukacyjno-przyrodniczej, a później na telefon. Przez chwilę analizowała to, co usłyszała przed rwaniem sieci: „Będę na platformie o dwunastej”, po czym znowu wybrała numer brata i przyłożyła telefon do ucha.

Nadal trzaski i szumy, a potem mocarna cisza w eterze.

Cholera, pewnie mu padła bateria, pomyślała. Kacper spóźniał się już piętnaście minut, Bogna postanowiła zaczekać jeszcze dziesięć, a jeśliby się nie zjawił, wrócić do mieszkania. Do Boru mógł iść na skróty, nie głównym wejściem z ogrodzeniem i bramą, lecz tym otwartym na cztery świata strony, bocznym, nieujawnianym przed turystami, do którego wiodła wąska ścieżka wzdłuż Białego Dunajca. Szansa, że ona i brat wpadną na siebie – on idąc do rezerwatu, ona wychodząc z niego – była więc opcją: albo-albo.

Przez chwilę obserwowała drewnianą kładkę, po czym odwróciła się i rozejrzała. Tu, gdzie stała, kończył się teren zalesiony. Wiedziała, że po prawej, za przesłaniającymi je świerkami i brzozami, ciągnęło się wprawdzie kilkadziesiąt hektarów rezerwatu, ale terenu tego nie było stąd widać. Inaczej było na wprost platformy, tuż przed nosem Bogny. Widok odsłaniał kolejne kilkadziesiąt hektarów torfowisk z dużymi obszarami podmokłych łąk, porośniętych gdzieniegdzie sosną nazwaną drzewokosą, czyli nietypową kosodrzewiną, mającą ponoć czterysta lat. Bagna zasilane raz po raz deszczami i topniejącym śniegiem. Miejsce, na którym strach postawić stopę.

Pachnie pralasem, pomyślała.

Gdzieś dalej, we mgle i w chmurach ukrywały się Tatry, Gorce i Beskid Żywiecki, i Diablak, który tak lubiła. Ale dziś góry mało ją obchodziły. Nie przyjechała tu dla widoków. Szukała powietrza. Powietrza innego niż to, którym oddychała przez ostatnie trzy lata. Niezbrukanego, czystego, odżywczego. By móc żyć jak dawniej. No i nadszedł dzień zemsty. Dzień gniewu, który tłumiła w sobie tak długo, aż przestała rozumieć, kim właściwie jest. Tylko jedna osoba ciągle jej o tym przypominała. Tylko brat stawiał ją na nogi i przypominał, że musi oddychać.

Już wczoraj wieczorem obgadali cały plan, dzisiejsza południowa wizja lokalna miała być tylko lukrem na ciasteczku, które piekli w wysokim ogniu przez ostatnie trzy lata. Nadwornym cukiernikiem tego przedsięwzięcia był Kacper.

Kacper, który pamiętał.

Rodzeństwo i ich znajomi wynajmowali tego lata całe piętro gospodarstwa agroturystycznego na nowotarskim Zadziale. To były dwa tygodnie zwiedzania i wędrowania po Gorcach. W przeddzień powrotu do Warszawy Bogna nie wróciła na noc i choć miała już dwadzieścia dwa lata, Kaper nie zmrużył oka, czekając na nią. Przed szóstą usłyszał, że wchodzi i zamyka się w łazience. Zapytał przez drzwi, czy wszystko w porządku. Odburknęła na tyle radośnie, na ile mogła, więc pokrzyczał na nią, że powinna zadzwonić do niego, jeśli nie zamierzała wracać na nockę do chaty. Przeprosiła i mruknęła, że spała u Beaty. A że kojarzył jakąś Beatę, która przyłączyła się do nich w drodze na Turbacz, odetchnął z ulgą, położył się i zasnął, nastawiając budzik w komórce na dziewiątą. Wkrótce jednak obudziła go pilna potrzeba, więc niezdarnie, na wpół śpiąc, poczłapał do łazienki i potrącił suszarkę. To na niej Bogna nieopatrznie zostawiła wszystkie swoje zakrwawione brudy zawinięte w ręcznik. Zupełnie o nich zapomniała, bo wychodząc, włożyła szlafrok. Rzeczy spadły, a on zdębiał. Wszystkiego się domyślił. Wszedł cicho do pokoju, który dzieliła z Baśką, śpiącą zwykle tak mocno, że by wróciła z krainy snów na ziemię, trzeba było ją zawsze porządnie wyszarpać i nakrzyczeć na nią. Na łóżku Bogny jej samej nie było widać. Spod kołdry wystawał tylko kosmyk ciemnych włosów. Uchylił rąbek, siostra cofnęła się jak oparzona. Zobaczył przestraszone, mokre oczy i ręce, brudne paznokcie, przetarte do krwi nadgarstki, innych obrażeń nie mógł widzieć, bo skrywała je pościel. I zapłakał. A potem chodził po pokoju niczym furiat, zaciskając pięści, cedząc słowa najciszej, jak potrafił, ze względu na Baśkę. Chciał zabrać Bognę do szpitala, zgłosić to na policję, ale ona kazała mu milczeć, jeśli nadal chce być jej bratem.

A miesiąc później zaplanował cały ten dzień gniewu.

Czas mijał, a Kacpra nie było. Nie dzwonił. Zaniepokojona, wróciła z Boru na Ogrodową. Mieszkanie było puste. Gdy po jakiejś godzinie w końcu się pojawił, odchodziła już niemal od zmysłów i zwymyślała go od najgorszych. A on spokojnie przeczekał tę nawałnicę i wyjaśnił, że zepsuł mu się samochód, no i padła bateria. Musi teraz zająć się holowaniem i tak sprawę załatwić, żeby do wieczora auto było sprawne. Bo bez niego ani rusz. Wyszedł.

A Bogna zaczęła wątpić.

Czy na pewno znaleźli właśnie Węża? A jeśli to nie on? Przecież się nie przyzna, a torturować Kacper wcale go nie zamierza.

Pytał mnie wtedy o drogę… Czy po takim czasie rozpoznam jego głos? A jeśli nie będę pewna, to co dalej? Skrzywdzimy niewinnego.

Bogna niczego tak mocno w życiu nie pragnęła, jak tego, by całe to polowanie na Węża wreszcie się skończyło.

W jej głowie pojawiła się nagle myśl, że musi znaleźć więcej informacji o tej Sarze.

Włączyła laptop i w wyszukiwarce wpisała kilka słów. Rzeczywiście, w „Tygodniku Podhalańskim” był artykuł o śmierci piętnastoletniej Sary M. z Nowego Targu, krótka wzmianka, sugerująca, że to nie jest wcale oczywiste samobójstwo. Dowody nie były jednoznaczne. No i nie zostawiła listu. Bogna wiedziała, że pisze je tylko trzydzieści procent samobójców, ale za każdym razem, gdy go nie ma, pojawia się pytanie o prawdziwość tego zdarzenia. Jaki był powód? Dobra uczennica, dobra córka, klasyka. Przepytywano jej rodziców, trójkę rodzeństwa, znajomych ze szkoły, sąsiadów – nikt nic nie wiedział. To wszystko już wczoraj mówił jej Kacper, nawet wspólnie się zastanawiali, czy powodem tej ostatecznej decyzji nie był jej brat, Wąż. Może ją molestował? Może Sara nie wytrzymała przemocy i gróźb? A może ktoś ją do tego zmusił? A może była molestowana przez ojca? Wujka? Może bito ją w domu? Może prześladowano w szkole? Gdyby tylko Bogna mogła porozmawiać z jej rodzicami… Nie! Nie! Co też przychodzi jej do głowy!? Przecież jej rodzice to również rodzice Węża, czyli rozmawiałaby z ludźmi, których syna chciałaby rozgnieść jak pluskwę. Przekroczyłaby granicę. Granicę pozorów, poza którą ona i Kacper są sobą. A tu przecież trzeba grać. I to nie tylko marsz pogrzebowy.

Zostawmy Sarę w spokoju, pomyślała, teraz liczy się tylko Wąż.

Przebrała się w ciemne ubranie, jak ustalili. Czarne legginsy i czarną bluzę. Usiadła na szerokim parapecie i gapiła się na ludzi idących ulicą. Mieszkanie Kacpra mieściło się na poddaszu trzypiętrowej kamienicy, a że nikt nie zadzierał głowy, patrzyła do woli.

On tam gdzieś jest, wśród nich, pomyślała. Chodzi sobie, niczego nieświadomy, a powinien umykać jak zając w polu. Ale Bonnie i Clyde go dziś dopadną.

Niech się stanie! Niech to się wreszcie skończy! – wykrzyczała w duchu.

Siedziała tak do zmierzchu, wypatrując brata i wciąż na nowo wyrównując oddech. Sprzyjało temu wpadające teraz do pokoju przez otwarty lufcik rześkie chłodne powietrze. Czerwcowy upał zelżał. Oczy i policzki, zmoczone łzami, wyschły, a lędźwie zesztywniały. Światło obudziło drzemiące domy, latarnie.

Minęła dwudziesta trzecia.

I wtedy Kacper zadzwonił, by zeszła na dół, a ona przestraszyła się, że to już.

Jego dziesięcioletni czerwony fiat bravo stał przy chodniku. Migały światła awaryjne.

– Jest w bagażniku – zakomunikował Bognie, gdy wsiadła, i ruszył.

– Czym go poczęstowałeś? – zapytała, roztrzęsiona.

– Ośmioprocentowym sewofluranem. Minutka wdychania i jest załatwiony na jakieś trzy godziny. – Rozdrażnienie w tonie jego głosu zaskoczyło ją. – Przecież ci mówiłem, co i jak.

– No tak, a sprawdziłeś, czy jeszcze żyje? Może jest na coś uczulony i wozisz trupa w aucie.

– Czy to ważne?

Nie odpowiedziała.

Podjechali pod rezerwat, zaparkowali z dala od latarni, po czym zaczęli nasłuchiwać. Nic się nie działo, ani w bagażniku, ani w pobliżu bramy. Wyszli z samochodu.

Bogna ciężko oddychała. Jakby właśnie wskoczyła na ring i toczyła walkę sparingową z sobą samą.

– Gotowa? – Kacper spojrzał na nią z troską. Skinęła głową, więc otworzył bagażnik.

Przyjrzała się leżącemu tam mężczyźnie. Był łysy, co było dla niej niespodzianką, bo facet, który pytał o drogę jakieś włosy miał. Pewnie je zgolił, pomyślała. Na oko mógł mieć ze czterdzieści lat. Przy rozciętej dolnej wardze widać było zaschniętą krew. Biała koszulka z jakimś nadrukiem była przybrudzona, a dżinsy opinały nisko biodra, odsłaniając niebieskie majtki. Poprute tu i ówdzie biało-niebieskie markowe adidasy miały za sobą z pewnością więcej niż dziesięć sezonów.

Nagle wszystko do niej wróciło.

Ta straszna noc, kiedy zatrzymał się obok niej jakiś samochód. Ta noc, kiedy popełniła dwa największe błędy w swoim życiu. Nie zadała sobie pytania, czemu ten człowiek za kierownicą założył nocą ciemne okulary, i stanęła za blisko auta, facet prysnął jej czymś w twarz. Chwilę wcześniej zdążyła zobaczyć ręce oplecione wężami.

Gdy oprzytomniała, było ciemno i cicho, a ona leżała na wznak, rozpostarta jak Jezus na krzyżu i przywiązana do czegoś sznurami. Jakiś materiał szczelnie owijał jej twarz. Pod sobą wyczuła ziemię obrośniętą niewielką ilością trawy, a czuła ją wyraźnie, bo od szyi w dół naga. Skóra na całym ciele wyłapywała chłód. Nie miała nawet na stopach swoich pięknych, kolorowych sandałów. Jak tylko zdała sobie sprawę, że jej usta skleja jakaś taśma, zaczęła się szarpać niczym opętana przez demona. Przerażona, wyła, artykułując niezrozumiałe nawet dla niej samej słowa. Wbijające się w skórę sznury wokół nadgarstków nie pozwoliły jej jednak na powtarzanie tych rozpaczliwych manewrów. Po kilkunastu minutach ręce zaczęły piec, popłynęła krew. Bogna wyczuła ją niemal jak pies, nie widziała jej, niczego nie widziała. Mężczyzna zarzucił na jej głowę, o czym się później przekonała, jej własną sukienkę. Wyciągnął ręce Bogny z rękawów i otulił głowę tkaniną w taki sposób, by kręcąc się, dziewczyna jej nie zsunęła.

Nie miała pojęcia, gdzie jest. Próbowała poznać po zapachu, ojciec zawsze jej mówił, że to po nim ma ten doskonały węch. Ale dookolny zapach, jeśli w ogóle przebił się przez materiał na jej głowie, nie dotarł do nosa. Nos wyłapał wyłącznie smród potu, Jej i czyjegoś. Ale dotyku Węża jeszcze wtedy nie czuła, pewnie patrzył i czekał, aż ona się zmęczy. Dopiero potem. Gdy siłą rozwarł jej nogi, choć kopała, jak mogła najmocniej, i wszedł w nią jednym silnym pchnięciem. Ból rozdzierający krocze, promieniujący od podbrzusza po czubek głowy, był tak intensywny, że myślała, że umiera. Ale nie umarła, nawet nie zemdlała, płakała, nie zwracając uwagi na dźwięki wydobywające się z jego ust, sapanie i cicho szeptane imię: Sara. I było już jej zupełnie obojętne, co będzie potem.

A trwało to całą wieczność. Zgwałcił ją jeszcze dwa razy.

Gdy w końcu skończył, odciął sznur przy jej prawej dłoni i włożył w nią coś płaskiego i podłużnego, zaciskając lekko w piąstkę. Po czym odszedł, zgniatając coś pod butami. Odgłos wydawał się znajomy. Chrzęściły drobne gałązki. Wywiózł mnie, skurwiel, do lasu, pomyślała. Ścisnęła dłoń trochę mocniej. To, co trzymała, było śliskie i ostre. Poczuła kolejny ból, ale zignorowała go, bo i tak bolało ją całe ciało. Intuicja podpowiadała jej, że to szkło, ale Bogna nie była pewna. Odłożyła tę rzecz na swój brzuch, ostrożnie, bo jej ręka drżała. Powoli odwinęła materiał z głowy i zerwała taśmę z ust. Księżyc świecił jasno, więc od razu wiedziała, co błyszczy na jej ciele. Kawałek rozbitej szyby. No tak, zostawił jej wybór.

Cała się trzęsąc, spiłowała tym szkłem drugi sznur, wiodący od jej lewej dłoni do pobliskiego drzewa, włożyła sukienkę i usiadła pod pniem, podkuliwszy kolana. Długo płakała. Nie podcięła sobie żył ani nie wbiła szkła w żadną tętnicę, ruszyła przed siebie w kierunku rozwidlenia między drzewami. Boso. Butów nie znalazła. Kilka minut później zobaczyła drewnianą kładkę. Już wiedziała, gdzie jest. Podeszła do wysokiej drewnianej bramy rezerwatu, ale ta była zamknięta od zewnątrz, musiała więc poszukać innego wyjścia. Terenu nie znała zbyt dobrze, wiedziała tylko tyle, że z Boru wyjdzie, kierując się w prawo, a potem w stronę mostu. Do gospodarstwa na Zadział dotarła wraz ze wschodzącym słońcem.

Bogna zachwiała się na nogach. Kacper złapał ją za łokieć.

– W porządku? – Przypatrywał się jej czujnym wzrokiem. Wydawał się spokojny, opanowany.

A ona nadal patrzyła na Węża. Wyobraziła sobie, jak bierze nóż i wbija go w jego klatkę piersiową, i od razu poczuła się lepiej, pewniej.

Dalej poszło już według planu.

Wyciągnęli nieprzytomnego Węża z fiata, związali mu nogi i ręce za plecami, usta zakleili taśmą i ukryli go za zaroślami przy bramie.

Bogna stanęła na czatach, w miejscu ciemnym, lecz z dobrą widocznością, a Kacper odjechał autem na parking w pobliżu małego aeroklubowego lotniska, by stojący pod rezerwatem samochód nie rzucił się nikomu w oczy. Potem wrócił do siostry pieszo, skrótem przez murawę. Serce biło jej jak oszalałe, gdy patrzyła, jak przez otwartą przestrzeń biegnie wprost na nią jakiś człowiek. Przecież nie miała pewności, że to brat. Sylwetkę w czarnym dresie rozpoznała dopiero, gdy był dwa metry od niej.

Odetchnęła głęboko.

Chwilę później bez zbędnych słów, ale z wyrazem obrzydzenia na twarzy, chwyciła Węża za nogi, a Kacper założył czołówkę, włączył najsłabsze światło i złapał go pod pachy. Ważył góra dziewięćdziesiąt kilogramów. Nadal był nieprzytomny. Niosąc go, stawali kilka razy, aż w końcu doszli do platformy. Kacper zniknął w ciemnościach, po czym wrócił z dwiema szerokimi deskami, które przerzucił między podestem a kępą w pobliżu małej brzózki. Przeszedł po nich dwa razy, mocno naciskając butami, by się upewnić, że trzymają się na powierzchni. Już kiedyś kilka razy to robił, przychodził tu nawet z kijem i sprawdzał głębokość grzęzawiska.

Zanim z wielkim trudem wsunęli Węża do zdradliwej bagiennej wody, Kacper przeciął nożem sprężynowym sznur krępujący mu nogi, zwinął go byle jak i schował go do kieszeni, po czym nacisnął zapadkę na rękojeści sprężynowca, ostrze zniknęło. Oboje wiedzieli, że mężczyzna musi mieć nieskrępowane nogi, by w panice starać się nimi ruszać, a tym samym zapadać się w bagno coraz głębiej.

Potem Bogna stanęła pod brzozą i obserwowała. Każdy mięsień jej ciała odczuł wzmagające się napięcie. Oddychała szybko i płytko. Klatka piersiowa znowu zabolała, znów oplotły ją węże.

Kacper wyłączył czołówkę, więc oboje przez kilka sekund oswajali wzrok z panującą wokół ciemnością. Księżyc świecił na tyle jasno, że widzieli siebie nawzajem, Węża, kawałek drewnianej ścieżki, zarys wieży widokowej i kilku drzew wokół, ale nic ponadto.

Ciszę jak makiem zasiał przerwało tak głośne kumkanie tutejszych kumaków, że Kacper aż się skrzywił. Płazie gadanie zawsze doprowadzało go do furii. Pchnął nieprzytomnego mężczyznę głębiej w bagno, do pasa.

I wtedy Wąż zaczął się budzić. Mrugał oczami, aż w końcu całkiem je otworzył i zdębiał, widząc Kacpra. Chwilę później zauważył Bognę, ale nie zatrzymał na niej spojrzenia, szybko znowu spojrzał na kumpla. Spiorunował go wzrokiem i chciał coś powiedzieć, pewnie też zaklął, ale spod taśmy wydostał się jedynie bełkot.

– Morda w kubeł, bo wbiję ci ten nóż w oko – syknął Kacper, naciskając zapadkę sprężynowca, który w lot wysunął swoją głownię tuż przed nosem Węża.

Mężczyzna w bagnie potwierdził głową, że będzie grzeczny, po czym rozejrzał się wokół, próbując się zorientować, gdzie jest. Kacper na moment włączył czołówkę, by oświetlić jego brzuch i platformę widokową. Widać było, że mężczyzna skojarzył miejsce. Wpadł w histerię, zaczął się szamotać i krzyczeć. Kacper chlasnął go szybko ostrzem w policzek.

– Nie wyj, to nic nie da – rzucił cicho i ostro. W głosie słychać było nienawiść i pogardę. Po chwili zwrócił się łagodnie do siostry: – Teraz twoja kolej.

– Nie, nie chcę z nim gadać. Niech w końcu spierdala w to gówno. – Słowa wypełniał taki jad, że mężczyzna w bagnie spojrzał na nią przerażonym wzrokiem. Ani drgnęła.

– W porządku, sam go oświecę. – Nóż sprężynowy znowu znalazł się przy oku skrępowanego mężczyzny. – Słuchaj, skurwysynie, gdybyś nie miał jasności w temacie. Trzy lata temu tu, w Borze, zgwałciłeś moją siostrę.

Wąż wzdrygnął się, zagulgotał i – zaprzeczając – pokręcił stanowczo głową. Bogna zrobiła dwa kroki w jego kierunku, schyliła się i splunęła mu w twarz.

– Długo cię szukałem, ty pierdolony zboczeńcu – szepnął lodowato Kacper. – I zawsze wiedziałem, że któregoś dnia mi to się uda. No i proszę, opłaciło się czekać. Dziś, kurwa, zapłacisz za to, co zrobiłeś mojej siostrze. Może ktoś cię kiedyś znajdzie, za tysiąc czy dwa tysiące lat. Może… A gdy już wyłowi twoją pieprzoną mumię, będzie w siódmym niebie. Nie będzie się długo zastanawiał, kim byłeś, zostawię mu jedną jedyną rzecz, którą powinien o tobie wiedzieć. Masz. –  Kacper zdjął zawieszoną na swojej szyi deszczułkę z wyrytym na niej napisem „GWAŁCICIEL” i założył ją na szyję Węża. – Ostatni prezent na ostatnią drogę. Ale nie myśl, że dotrzymamy ci towarzystwa do końca, nie, nie, wkrótce sobie zaśniesz i w tym śnie się udusisz, ale od ciebie zależy, kiedy sobie zaśniesz. Jak zawyjesz, zasypiasz od razu, ale jeśli będziesz siedział cichutko jak mały szczurek, zaśniesz trochę później. Chcemy sobie, skurwielu, jeszcze trochę popatrzeć, jak znikasz.

Z oczu Węża wytrysnęły łzy i spływając, zmieszały się z krwią na lewym policzku. Mężczyzna znowu zaprzeczał głową, ale spokojniej, jakby w końcu dotarło do niego, że każdy ruch to kolejny krok do śmierci. Obserwowali go jeszcze godzinę, zapadł się już niemal po pachy. Oczy miał już suche, krew na policzku zaschła. Milczał, patrzył na nich. Wodził wzrokiem od jednego do drugiego, aż w końcu zatrzymał go na Bognie.

A jej właśnie przyszło do głowy, że tak wygląda czarna rozpacz.

Zaszkliły się jej oczy.

– Chodźmy już – rzuciła nagle.

Kacper wyciągnął z bluzy niewielki spray z sewofluranem i maseczkę chirurgiczną. Bogna sięgnęła do kieszeni po swoją. Założyli je, ale zanim oboje wstrzymali oddech, Kacper rzucił do Węża:

– Do zobaczenia w piekle, gnoju.


***  

– Mój brat Wiktor zaginął pół roku temu.

Bogna, zszokowana, wpatrywała się w ekran telewizora, będący na wyposażeniu kawalerki, którą od czterech miesięcy wynajmowała we Wrocławiu. Wyjechała z Warszawy, by zacząć od nowa. Łatwo było wybrać miejsce, we Wrocławiu kochała się już od czasów licealnych. Kacper mówił, że przeprowadzka nic nie da, że jeśli tylko na to pozwoli, jej historia dopadnie ją wszędzie. Nie uwierzyła mu. Tu na każdym kroku pocieszały ją krasnale. Tu zaczęła się inna bajka.

Kamera pokazywała mężczyznę i jego rodzinę. Wszyscy siedzieli w jakimś pokoju obitym boazerią. Bogna nie dostrzegła smutku i przygnębienia malujących się na ich twarzach, widziała tylko mówiącego do mikrofonu Węża.

– Szukała go policja, rodzina, znajomi, całe miasto. Nikt nie wie, gdzie się podział. Jakby zapadł się pod ziemię. Proszę spojrzeć, to jego zdjęcie. – Na ekranie pojawiła się na dłuższą chwilę fotografia Węża. – Gołym okiem widać, że to mój bliźniak, ale ja mam bliznę na policzku, a on nie. Gdy skończyliśmy osiemnaście lat zrobiliśmy sobie nawet takie same tatuaże. – Uniósł ręce na chwilę i opuścił je. – Ja i rodzina prosimy o kontakt wszystkich, którzy go widzieli albo którzy mają jakieś wiadomości na temat tego, gdzie może przebywać. Gdzieś na pasku ma się teraz wyświetlać numer, na który można dzwonić. Zdjęcie mojego brata można znaleźć też w internecie. Proszę, zadzwońcie, jeśli coś wiecie.

Bogna z wielkim wysiłkiem łapała swój oddech. Jej płuca ktoś wsunął w stalowe imadło i pokrętłem powoli dokręcał szczęki.

Zanim upadła na dywan, pomyślała, że to koniec, że zabrakło już dla niej powietrza.


JSW, 2020

WOJCIECH WIERCIOCH O PROF. JANIE TRĄBCE

 


AUTOR: Wojciech Wiercioch

GNOZA: W POSZUKIWANIU MĄDROŚCI 

                                  

JAN TRĄBKA – PRAWDZIWY MĘDRZEC 

NASZYCH CZASÓW

          Filozofia jest umiłowaniem mądrości. Ale czym jest mądrość? Tego nie wiedzą nawet filozofowie – bo przecież nie znają tego, co istnieje w nich tylko potencjalnie: jako pragnienie, dążenie, tworzenie...

            Filozofia dąży do obiektywizmu, tracąc to, co subiektywne, indywidualne, niepowtarzalne, twórcze. A ponadto – paradoks! – także „w filozofii odbija się osobowość twórcy nie mniej niż w poezji i malarstwie” [1].

            Filozofia pragnie objąć swym aparatem poznawczym cały kosmos: świat natury i kultury, rzeczywistość aktualną i potencjalną, byty materialne i duchowe. Więcej: powinna objąć swą refleksją również samą siebie – własne metody i hipotezy; musi przejść na metapoziom – poziom metafilozofii (filozofii zajmującej się filozofią). Jednak ten poziom będzie domagał się jeszcze wyższej płaszczyzny abstrakcji...

            Wiaczesław Demidow pisze: „Austriacki matematyk Goedel sformułował na początku lat trzydziestych naszego wieku twierdzenie, które weszło do teorii poznania jako «twierdzenie Goedla». Głosi ono, że każdy sformalizowany, logiczny system jest zasadniczo niepełny. Zawsze można znaleźć w nim stwierdzenia, których w ramach systemu ani potwierdzić, ani obalić nie można. Dla orzekania o takim stwierdzeniu należy wyjść poza system, ponieważ inaczej nie zyska się nic, pozostanie kręcenie się w kółko. Wielu filozofów uważa, iż sztuka stanowi w stosunku do nauki taki «drugi świat», w który należy wejść, żeby przezwyciężyć twierdzenie Goedla odniesione do nauki, gigantycznego systemu logicznego. Nauka odkrywa realny obraz świata, w którym żyjemy – będzie on bez sztuki mimo wszystko niepełny” [2].

            Jeśli filozofia (najogólniejsza z nauk) potrzebuje dopełnienia ze strony sztuki czy religii – to czy może uchodzić za miłośniczkę mądrości? Jeśli filozofia nie jest ani mądrością, ani niezawodną drogą do mądrości – to czym jest? Może tylko nieokreśloną dziedziną, którą zajmują się akademiccy filozofowie? I tu pojawia się jeszcze ciekawsze pytanie: czym jest mądrość?

            Mądrość jest przedmiotem zainteresowania wszystkich religii świata. Ze szczególną uwagą i wnikliwością zajmują się nią księgi dydaktyczne Starego Testamentu. Jak ma się ta mądrość do nauk filozofów? Są to zupełnie różne przedmioty (i przymioty) ducha czy jednak mają jakiś wspólny mianownik? Jestem głęboko przekonany (po dokonaniu dogłębnych analiz), że mądrość – prawdziwa mądrość – to zbiór uniwersalnych (ogólnoludzkich i ponadczasowych) prawd, reguł, metod i dyrektyw, które wyrażane są wprawdzie za pomocą różnych słów, przysłów, porównań, zwrotów, haseł – ale wyrażają podobną wizję świata i wyznaczają zbieżne sposoby postępowania. Ludowe powiedzenie twierdzi, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu; analogicznie: różnymi drogami (korzystając z różnych „map mózgowych”) można dojść do tego samego celu – osiągnąć mądrość.

            Mądrość Salomona zawiera taką oto pochwałę mądrości: „Jest w niej duch rozumny, święty, jedyny, wieloraki, subtelny, ruchliwy, przenikliwy, bez skazy, jasny, nie podlegający zepsuciu, miłujący dobro, pilny, niezależny, dobroczynny, miłujący ludzi, silny, niezawodny, spokojny, wszechmocny, czuwający nad wszystkim i przenikający wszystkie duchy rozumne, czyste i najsubtelniejsze”. A jakie są owoce mądrości? „Jeśli w życiu bogactwo jest dobrem pożądanym – cóż cenniejszego niż Mądrość, która wszystko sprawia? Jeśli rozwaga jest twórcza – któreż ze stworzeń bardziej twórcze niż Mądrość? I jeśli kto miłuje sprawiedliwość – jej [Mądrości] to dziełem są cnoty: uczy bowiem umiarkowania i roztropności, sprawiedliwości i męstwa, od których nie ma dla ludzi nic lepszego w życiu. A jeśli kto jest żądny wielkiej wiedzy – ona zna przeszłość i o przyszłości wnioskuje, zna zawiłości słów i rozwiązania zagadek, wiedza wyprzedza znaki i cuda, następstwa chwil i czasów”[3].

            Obecnie żyjemy w świecie zatomizowanych kultur, gdzie szczególnie ostro zaznacza się rozziew pomiędzy naukami przyrodniczymi a humanistyką i religią. Ks. prof. Józef Życiński pisze, iż bardzo niepokojącym zjawiskiem jest brak opracowań teoretycznych, które zespalałyby wartości naukowe, humanistyczne i religijne, tworząc kulturową integrację umożliwiającą pełny rozwój człowieka (a więc – tworząc mądrość, najbardziej ogólną kategorię duchową). Jednym z symptomów rozczłonkowania, rozkawałkowania wiedzy pozostaje ciasna specjalizacja naukowa, w której nie ma miejsca ani na znajomość wyników nauki spoza dziedziny, ani na pytanie o całościową wizję. Również Thomas L. Peacock ostrzegał, że wiedza naukowa będzie miała wkrótce niewiele wspólnego z mądrością. Józef Życiński przekonuje, iż „ambitną intelektualnie próbę przeciwdziałania negatywnym następstwom kulturowym jednokierunkowego rozwoju badań stanowi zjawisko tzw. gnozy, rozumianej jako wiedza zawierająca składowe wyeliminowane z paradygmatu współczesnej nauki. Rozwijając swoją teorię gnozy Theodore Roszak pisze o spektrum wiedzy, które obejmuje naukę, sztukę i religię. Uprawianie nauki bez zainteresowania gnozą prowadzi, jego zdaniem, do produkowania frankensteinowskich monstrów, u których efektywność technologicznych działań idzie w parze z prymitywizmem ducha. W kręgu teologów chrześcijańskich bliską opiniom Roszaka wizję gnozy rozwijał Paul Tilich, nazywając gnozę «wiedzą przez partycypację» dotyczącą kwestii egzystencjalnych, nie zaś czysto teoretycznych. Kiedy jednak sympatie do gnozy zaczęto demonstrować w kręgach, gdzie egzaltacja eliminowała krytyczną refleksję, sam termin stał się szybko synonimem aktywności pseudointelektualnej, której nie krępuje obowiązek uzasadnienia formułowanych tez” [4].

            Drogą poszukiwania mądrości jest – obok filozofii i religii – również ezoteryka: magia, gnoza i mistyka. Magia eksploatuje wolę, która pragnie podporządkować sobie mechanizmy sterujące światem; mistyka dąży – drogą emocji – do zespolenia z Absolutem; gnoza (nie należy jej mylić z gnostycyzmem, czyli religią gnostycką) jest przejawem ludzkiej potrzeby poznania sfery sacrum.

            Wybitnym znawcą gnozy jest antropozof – Jerzy Prokopiuk: „Gnoza (greckie gnosis) oznacza poznanie. W tym wypadku chodzi jednak o transracjonalne (a więc nieintelektualne) poznanie – Boga, istoty świata, siebie samego – poprzez wewnętrzne, bezpośrednie doświadczenie. Takie poznanie-doświadczenie otrzymuje człowiek w formie objawienia (spontanicznie, kiedy inicjatywa zdaje się wychodzić od Bóstwa lub jakiejś innej istoty duchowej) lub oświecenia czy wtajemniczenia (kiedy człowiek zdaje się sam inicjować proces samoprzemiany – z reguły za pomocą trudnych i długotrwałych «treningów» ćwiczeniowo-medytacyjnych – zmierzających do uzyskania objawienia). Tak pojęta gnoza obejmowałaby także mistykę jako «gnozę niezamierzoną», intencją mistyka bowiem jest nie «poznanie» Boga, lecz utożsamienie się z nim lub upodobnienie się do niego” [5].

            Na racjonalnie myślącym człowieku XXI wieku powyższe definicje i klasyfikacje mogą robić wrażenie jakichś pseudointelektualnych (staroświeckich i zabobonnych) dywagacji nawiedzonego maniaka. A przecież te ezoteryczne tezy można przetłumaczyć na język współczesnej psychologii twórczości. Proces rozwiązywania każdego problemu – teoretycznego czy praktycznego (także dotyczącego spraw najogólniejszych i najistotniejszych) – przebiega w czterech fazach:

            1) PREPARACJA – to postawienie problemu i świadome próby uporania się z nim na drodze racjonalnych rozważań (zbieranie informacji, wnioskowanie, konstruowanie hipotez). Na tym etapie liczy się empiryczne podejście do badanego przedmiotu czy zjawiska i wiązanie tez w logiczny, spójny system. Często jednak te zabiegi nie przynoszą pozytywnego rezultatu – bo problem jest zbyt złożony albo badacz ulega stereotypom poznawczym.

2) INKUBACJA – to okres wyciszenia, rezygnacji z badań i rozmyślań, to czas relaksu lub odmiany (inny rodzaj aktywności). Gdy – mimo wytężonej pracy – dany problem nie daje się rozwiązać, uczony (lub artysta) porzuca go: postanawia odpocząć lub zmienić przedmiot zainteresowań. Nie ma tutaj znaczenia, czy świadomie stara się wykorzystać okres inkubacji (latencji, utajenia, pracy podświadomej mózgu). Istotny jest tutaj aspekt odmiany (im bardziej ten etap różni się od poprzedniego – tym lepiej): matematyk odnawia się z tomikiem wierszy w ręce, prozaik przeprogramowuje się w kontakcie z traktatami filozoficznymi, naukowiec słucha muzyki, a teolog odwiedza galerie sztuki współczesnej. Nierozwiązane zagadnienie przemodelowywane jest na poziomie podświadomości; wygasają szablony myślenia i schematy nawykowych działań; umysł zdobywa nowe – pozornie nie związane z zasadniczym dylematem naukowym czy artystycznym – dane, umiejętności; konstruuje nowe koncepcje, nastawienia, wizje. Wrażenia, doznania, odczucia, myśli, wyobrażenia, plany – wszystko to miesza się z sobą (vide: dekonstrukcjonizm i teoria chaosu), tworzy nowe relacje, związki, asocjacje: odległe i pozornie różnopłaszczyznowe memy spotykają się i układają w oryginalne konstelacje (struktury czynnościowe mózgu). Jest to (nieświadoma) cisza przed burzą!

3) ILUMINACJA – to restrukturalizacja elementów systemu (problemu), nagłe rozwiązanie zagadki, gwałtowne wyładowanie intelektualno-emocjonalne. W jednej chwili następuje reakcja łańcuchowa i erupcja (emergencja) podświadomych treści na powierzchnię świadomości; towarzyszy temu uwolnienie uwięzionych zasobów energii: entuzjazm, rozkosz, ekstaza, poczucie jasności i lekkości; ostry strumień światła rozjaśnia zakamarki mózgu i dokonuje przewartościowania wartości. W jednorazowej wizji objawia się tajemnicza strona rzeczywistości, dokonuje się wgląd, akt samopoznania i autokreacji – podczas tej przemiany wewnętrznej rodzi się Nowy Człowiek: odkrywca, stwórca.

„Akty iluminacji znane są od wieków – dowodzą tego przekazy historyczne i autobiograficzne. Mechanika ich powstawania czy też reguły ich powtarzalności są jednak nieznane (choć czyniono próby np. ich zliczania czy ujmowania w ramy jakichkolwiek statystyk populacyjnych). Warto tu przytoczyć relacje, jakie wielki matematyk, Hadamard, zebrał kiedyś od swych kolegów «po fachu». Wspominali oni w nich momenty «olśnień» – specyficznych stanów umysłu i ducha, w których następowało momentalne rozwiązanie problemów teoretycznych, nad jakimi pracowali. Miały one często miejsce po bardzo długim okresie inkubacji, były odroczone w czasie od chwili, gdy po raz pierwszy problem bywał w ogóle formułowany. Rozwiązanie przychodziło nagle, nie było niczym «zapowiadane» – olśnienie następowało w rozmaitych, nieraz niezwykłych okolicznościach (np. w chwili wsiadania do tramwaju). Później pozostawało już tylko rozwinąć je w wywód formalny – czyli rozpisać równania” (Roman Zawadzki). „U pisarzy sprawa ma się nieco inaczej, aczkolwiek dzieła literackie – w przeciwieństwie do samych autorów – powstają jako rozwinięcie pewnej jednorazowej wizji lub jako ornamentacyjne rozbudowanie powstałego znienacka obrazu, pomysłu lub skojarzenia czy wręcz pointy. Na początku jest zawsze jakaś spontanicznie pojawiająca się idea, wgląd czy asocjacja. Ów moment «olśnienia» (iluminacji) wymyka się jak dotąd jakiejkolwiek analizie – nawet jakościowej. Akt twórczy zatem nie daje się ująć w żadne ściśle racjonalne (a już na pewno nie redukcjonistyczne) ramy”[6].

Iluminacja jest procesem, którego nie rozumiemy i którego nie możemy kontrolować czy intencjonalnie wywoływać. Wybuch natchnienia to tajemniczy proces, który przywołuje na myśl ingerencję zewnętrznych, wyższych sił – inspiracja zdaje się pochodzić od Boga, Muz, Aniołów czy jakichś innych opiekuńczych duchów (albo demonów). Człowiek czuje powołanie – boskie wezwanie; budzi się z odrętwienia i zaczyna Nowe Życie, życie twórcze, uduchowione; czuje się wybrańcem bogów, wtajemniczonym w wyższe sfery egzystencji.

4) WERYFIKACJA – to czas powrotu „na ziemię”, moment rezygnacji z irracjonalnych wzlotów, transgresyjnych podróży. Nową wizję rzeczywistości trzeba teraz spokojnie, logicznie, metodycznie, sukcesywnie analizować; należy więc włączyć „racjonalny bieg” i szukać argumentów, dowodów, antytez, niespójności, niejasności. Tylko koncepcja, której nie dało się – mimo usilnych prób – sfalsyfikować, może być traktowana poważnie, może stanowić punkt wyjścia dla hipotezy, teorii, paradygmatu czy nawet światopoglądu.

Ponieważ proces twórczy jest tak wielopłaszczyznowym i tajemniczym zjawiskiem – może być analizowany jedynie wieloaspektowo, interdyscyplinarnie, holistycznie. Stąd – jest przedmiotem badań gnozy. Rudolf Steiner, pragnąc wszechstronnie ująć świat rzeczy widzialnych i niewidzialnych (percepowanych intuicyjnie i kreowanych za pomocą wyobraźni), stworzył antropozofię, którą określił jako formę neognozy, jako naukowe badanie świata duchowego, jako aktywność poznawczą, przenikającą jednostronność zarówno czystego przyrodoznawstwa, jak i zwykłej mistyki (wniknięcie w „wyższe światy” jest możliwe dopiero po rozwinięciu tajemniczych, ukrytych sił duszy). Podobną próbę zintegrowania różnych metod i pól badawczych podjął prof. Trąbka, wybitny krakowski neurofizjolog, neurolog, informatyk, cybernetyk i filozof.

JAN TRĄBKA definiuje gnozę jako orientację poznawczą, która angażuje nie tylko rozum, ale także emocje i motywacje; nie tylko wiedzę, ale również wiarę; nie tylko inteligencję racjonalną, ale i emocjonalną oraz duchową; stąd istotne znaczenie intuicji, imaginacji, inteligencji...

Obiektem gnozy – w ujęciu Trąbki – jest świat zbudowany z faktów (rzeczy aktualnych), z szans i ryzyka (rzeczy prawdopodobnych i przypadkowych) oraz z mitologicznej fantazji i antynaturalnej fikcji (rzeczy niemożliwych). Ten totalitaryzm intelektualny całościowo kształtuje światopogląd, budując pomost pomiędzy nauką i sztuką, tworząc platformę, na której jest miejsce i dla racjonalizmu, i dla fideizmu[7].

Gnoza wykazuje dążność do zacierania różnic między kulturą a naturą, nauką a sztuką. Gnozyjnymi środkami wyrazu są więc analogie, aluzje, antytezy, paradoksy, parabole, porównania, metafory, obrazy, aforyzmy.

Gnoza wynurza się z ciszy, kontemplacji, medytacji, deliberacji – z rozważań, które Martin Heidegger nazwał namysłem, czyli subiektywnym, wewnętrznym procesem sądzenia, refleksji nad strukturą świata i systemem wiedzy o tym świecie. Deliberacja (namysł wiedzy) jest dynamicznym procesem, który dociera do najgłębszego dna rzeczywistości – do istoty bytu.

Gnoza postuluje przemianę myślenia, uczuć i woli człowieka – jest doświadczeniem poznawczym, które unika spekulacji czysto intelektualnych. Obejmuje integralnie wiedzę ekstrawertyczną (zewnętrzną) i introwertyczną (wewnętrzną); pierwsza poszukuje obiektywizmu, komunikatywności, sprawdzalności, czyli tego, co w świecie zewnętrznym można zmierzyć, policzyć, nazwać i ująć w logiczne formuły; drugi rodzaj wiedzy dociera do tego, co prywatne, niepowtarzalne, subiektywne, nieokreślone i nienazwane[8].

Gnoza jednoczy prześwietlone świadomością przeżycia wewnętrzne, posługujące się bezkształtnymi pojęciami i amorficznymi ideami (nieostre, zatarte granice nazw i definicji). Poznanie gnozyjne rozwija się w samotności, izolacji, spokoju... Rozumienie rzeczywistości społecznej wymaga nie tylko partycypowania w wymiarze teraźniejszości i reagowania na aktualne bodźce; niezbędne jest również uwzględnianie retrospektywnego, historycznego punktu widzenia (wiara) oraz prospektywnego, futurystycznego zwrócenia kierunku obserwacji (nadzieja). Każdy odcinek czasu powinien być analizowany nie tylko za pomocą rozumu, ale i innych dyspozycji duchowych (miłość, entuzjazm, intuicja, natchnienie). Obraz świata jest specyficzną kompilacją przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Każdy wymiar czasowy – to jedynie fragment rozległego continuum (część osi czasu). Meralogia, rozpatrując stosunek części do całości, jednoznacznie dowodzi, że części składowe – złożone razem – nie są w stanie zrekonstruować całości. Całość to „coś więcej” niż suma poszczególnych fragmentów i aspektów. Jedynie gnoza potrafi uchwycić całość życia psychicznego (choć jej wizje nie są tak dokładne jak wyniki nauk szczegółowych) i wyrazić pełnię osobowości człowieka. Może więc stanowić podstawę światopoglądu: najbardziej ogólnego poglądu na rzeczywistość społeczną (natura plus kultura).

Przeszłość i przyszłość, świadomość zewnętrzna i wewnętrzna, natura i kultura, rozum i uczucie, dyskurs i namysł, analiza i synteza, samotność i spotkanie, integracja i chaos, potencjalność i aktualność, materia i duch – to sfery opozycyjne, przeciwstawne wobec siebie. Systemy naukowe i filozoficzne nie radzą sobie z integracją tak odległych wymiarów rzeczywistości; natomiast jednym z wyznaczników gnozy jest właśnie postulat łączenia przeciwieństw (coincidentia oppositorum). Ta dyrektywa metodologiczna myślenia gnozyjnego ożywia teorie filozoficzne (vide: Mikołaj z Kuzy) i doktryny ideologiczne (vide: Mircea Eliade).

Jan Trąbka rozróżnia dwa rodzaje poznawczego kontaktu z rzeczywistością – dyskurs i namysł: „Dyskurs to rozumowe, logiczne i analityczne zgłębianie zadań intelektualnych. Na każdym etapie dochodzenia do zrozumienia problemu dyskurs może być zredagowany słownie, czyli generować informację – wiedzę. Namysł skleja się we wnętrzu psychiki pod auspicjami intuicji. Zwykle przyjmuje się, że intuicja to tylko krótkotrwały wybuch, błysk, ulotne olśnienie (élan d’esprit). W istocie rzeczy intuicja może patronować dłuższym deliberacjom logicznie «nieuczesanych» myśli, może wreszcie być jednorazowym, ale całościowym widzeniem rzeczy «oczyma duszy». Dlatego namysł może być przeżywany jako długotrwała wizja lub błyskawiczny kontakt emocjonalny z obiektem zainteresowania należącym do rzeczywistości zewnętrznej” [9].

Produktem dyskursu jest esej: logicznie uporządkowany układ aksjomatów, przesłanek, twierdzeń, hipotez, teorii – spójny system założeń, argumentów, wniosków, dowodów, paradygmatów. Myślenie eseistyczne wychodzi od oczywistych tez i empirycznie stwierdzonych faktów; później – drogą dedukcji i indukcji – dochodzi do twierdzeń pochodnych; proces rozumowania sukcesywnie rozsnuwa nić związków logicznych i przyczynowo-skutkowych – tworzy ściśle powiązaną sieć pojęć, sądów, koncepcji (oraz odwołań i przypisów do traktatów analogicznych bądź rozpraw alternatywnych).

Rezultatem namysłu jest aforyzm: teza (lub antyteza jakiejś racjonalnej tezy) o rozmytych granicach, drążącą w głąb istoty rzeczy, przewrotnie obrazująca „drugą stronę medalu” i ciemną stronę psychiki. To paradoksalne stwierdzenie zazwyczaj pojawia się nagle, niespodziewanie; w błysku iluminacji wyskakuje (jak Atena z głowy Zeusa) od razu jako zdanie (lub układ kilku zdań) dojrzałe, całkowicie ukształtowane, będące mikrokosmosem, skondensowaną treścią, produktem długotrwałej – i często nieświadomej – deliberacji. Aforyzm jest ostatnim ogniwem długiego łańcucha myśli; często jest to jedyne ogniwo wyłaniające się na powierzchnię świadomości; pozostałe elementy tego łańcucha kryją się w otchłani i chaosie sprzecznych i niejasnych mitów, wspomnień, zapomnianych (pozornie) spostrzeżeń, przemyśleń, rozmów, czynów, planów, marzeń, wyobrażeń i pragnień. Produkt namysłu stanowi specyficzną monadę językową – jest memem: podstawową jednostką transmisji kulturowej, analogiczną do genu jednostką informacji, która wpływając na przebieg określonych wydarzeń, przyczynia się do powstawania swoich kopii w umysłach innych ludzi. Mem-aforyzm jest względnie odizolowaną porcją słów; nie posiada więc logicznych i jednoznacznych powiązań z całym układem uporządkowanej i uzasadnionej wiedzy; tworzy wyalienowaną wyspę, nie mającą kontaktu z kontynentami racjonalnych systemów myślowych – pojawia się bowiem w tajemniczych okolicznościach; stanowi wierzchołek „góry lodowej”, ujawnia się jako efekt intuicyjnego olśnienia.

Gnozyjne objawienia wyrastają na podłożu rewolucji wewnętrznej, rozpadu osobowości, postmodernistycznego demodelowania i demolowania psychiki oraz dezintegracji pozytywnej (vide: Kazimierz Dąbrowski). Tego rodzaju konstrukcja duchowa powinna się jednak dokonywać w sposób odwracalny (integracja wtórna) i na małą skalę (większe odchylenia od normy grożą całkowitą destrukcją).

Proces twórczy potrzebuje antynaturalnych rozwiązań. Wszystkie przemiany udoskonalające człowieka wymagają chwilowego rozchwiania aktualnej osobowości poprzez jej alienację. Postulat ten zawarty był już w alchemicznym haśle: „opus contra naturam” (działania sprzeczne z naturalnymi predyspozycjami adepta). Mircea Eliade, analizując rytuały inicjacyjne, przedstawił uniwersalny (istniejący w każdej religii) mechanizm stymulujący dojrzewanie jednostki poprzez jej kontakt z sytuacjami ekstremalnymi, które wywołują psychiczny szok i prowadzą do zmiany – a w konsekwencji: do rozwoju – osobowości. Także Georgij Gurdżijew (oraz mistrzowie zen) wskazywał na konieczność wprowadzania ucznia w sytuacje graniczne (porównaj: Karl Jaspers): pozbywamy się iluzji i zdobywamy pogłębiony wgląd w rzeczywistość wówczas, gdy znajdujemy się w nowych i trudnych warunkach, gdy silny wstrząs (stres) całkowicie przeobraża nasze poglądy i postawy.

Mądrość jest syntezą efektów poznawczych gnozy i filozofii. Gnoza korzysta z energetycznych źródeł emocji (podziw, lęk, tęsknota, pasja), przeczuć i nastawień, które wyłaniają się z kontemplacyjnej i medytacyjnej ciszy, z inteligencji oraz intuicji. Ten amorficzny materiał dopiero później staje się substratem dla filozofii poznania (racjonalna obróbka wielopostaciowej treści). Kontemplacja pozornie nie wnosi niczego nowego do procesów poznawczych – jest jednak niezbędnym etapem, obniża bowiem progi pobudliwości zmysłowej (poszerza zakres wrażeń). Spotęgowane możliwości percepcyjne pogłębiają nasz kontakt z rzeczywistością (mimo przejściowego zredukowania aktywności intelektualnej). Kontemplacja wywołuje duchową próżnię, która pozostawia wiele wolnego miejsca dla nowych inspiracji oraz podświadomych impulsów.

W neuronach gnozyjnych krystalizuje się podsumowanie całej zawartości mózgu: eksploracji świata zewnętrznego oraz introspekcji zagłębiającej się w odmętach wewnętrznych doznań (uaktywnienie archetypów); zespalają się dane, przeprojektowane spoza naszego ciała, z informacjami, które mózg zdołał wygenerować sam z siebie. Integrującą rolę pełnią w tym układzie emocje – te negatywne wybijają nas z rytmu i ogłupiających rytuałów. Jednak tylko w klimacie emocji dodatnich, zwłaszcza zharmonizowanych w kontakcie ze sztuką, łaska kontemplacji usprawnia pracę umysłu.

Fenomenologia opiera się na świadectwie zmysłów, czyli na obserwowaniu zewnętrznej, powierzchownej warstwy otoczenia. Ale to tylko jedna strona medalu: pod warstwą naskórka ukrywają się istotne tkanki. Właśnie noumenologia zajmuje się głębią, rzeczywistością leżącą pod sensualistyczną powłoką świata. Chcąc zgłębiać noumeny, najlepiej jest usiąść w fotelu – jak Kartezjusz – zamknąć oczy i odciąć się od wszelkiej percepcji (samodeprywacja zmysłowa). Tylko tak możemy dotrzeć do naszych determinant genetycznych i memetycznych – wraz z ich instynktownymi i intuicyjnymi pochodnymi. Z tego noumenologicznego źródła czerpiemy jednak nie pewną wiedzę, lecz inspirację i natchnienie w formie przelotnych i nieuchwytnych przeczuć i przebłysków.

Pełny kontakt z rzeczywistością jest możliwy dzięki dialektycznej syntezie sprzecznych nieraz predyspozycji, uzdolnień i metod. Przykładem może tu być współdziałanie lewej i prawej półkuli mózgu, racji „rozumu” i „serca”, logiki naukowej i artystycznej wizji, mowy i milczenia. Półkule mózgowe funkcjonują zawsze razem, ale w różny sposób. Lewa półkula posługuje się mową i dysponuje cyfrowym, szeregowym (sukcesywnym) mechanizmem przetwarzania informacji; jest analityczna i racjonalna. Prawa półkula operuje (równolegle, całościowo) procesami ciągłymi, analogowymi; żyje emocjami i motywacjami, rodzi natchnienie i entuzjazm; stanowi domenę tajemniczości i sztuki.

Gnoza, bazująca na kontemplacji i medytacji, przenika całą mentalność, wyzwala twórczą energię i stwarza podstawę do koalicji między nauką i sztuką, zespalając całokształt cywilizacji i kultury. Tylko duchowa ślepota – agnozja – nie pozwala dostrzec (poza fałszywym, intelektualnym ładem dogmatów i paradygmatów) tajemniczego misterium natury i ukrytego sensu kultury. Poza granicą teorii naukowych i systemów filozoficznych kryją się bowiem światy, o których – zdaniem Szekspira – filozofom się nawet nie śniło. Filozofia dostarcza nam jedynie cząstkowych teorii poznania (które dopiero wtórnie można zintegrować). Natomiast gnoza jest poznaniem holistycznym – uzyskuje jednorodny, całościowy, intuicyjny wgląd. Tę totalną wizję dopiero w toku dalszego badania (analizy) można rozkładać na składniki prostsze i czynniki pierwsze. Naturalnego chaosu nie można rozpatrywać fragmentarycznie; każda operacja badawcza zakłóca przebieg doświadczenia; nawet zwykłe nakierowanie reflektora uwagi powoduje powstawanie zakłóceń, deformacji, artefaktów. Już Bergson opisywał zjawisko „zabijania” natury podczas aktu racjonalnej eksploracji.

„Z wielką trudnością możemy próbować zrozumieć procesy poznawcze rozgrywające się w samym mózgu. W okresie początkowym badań neurofizjologicznych poznanie wiązaliśmy z dośrodkową (aferentną) stroną ośrodkowego układu nerwowego. Receptory – odbiorniki na obwodzie – rzutują swój stan czynny do ośrodków, czyli na najwyższe piętra analizatorów zmysłowych. Rodzące się tu wrażenia czuciowe, postrzeżenia, doznania i przeżycia wewnętrzne powstają nie tylko w trakcie analizy, ale także syntezy, i to nie w obrębie jednego synteto-analizatora, ale zawsze jako zespolenie wielu modalności czuciowych. Ponadto w wypracowaniu wielu doznań czuciowych bierze aktualnie udział także ruchowa, eferentna strona działalności ośrodkowego układu nerwowego, która modeluje, ogranicza, a nawet odcina strumień impulsów dośrodkowych lub, w razie potrzeby, dokonuje samowzbudzenia się impulsacji w różnych odcinkach drogi dośrodkowej lub odśrodkowej. W wypadku mowy nie jesteśmy w stanie określić, które komponenty mają charakter eferentny, a które aferentny. To zespolenie funkcjonalne zachodzi za sprawą sprzężeń zwrotnych, wyprzedzających i autoregulacyjnych” [10].

Obserwowanie i doświadczanie świata zewnętrznego nie jest jedynie funkcją aktualnie działających (na receptory) bodźców – nakłada się bowiem na engramy pamięciowe (efekt poprzednich kontaktów z rzeczywistością) i struktury czynnościowe mózgu, których zadaniem jest przewidywanie i przygotowywanie przyszłych zdarzeń. Oczy obserwatora nie są bierną (i wierną) kliszą fotograficzną; one aktywnie zmieniają obserwowany fragment świata. Obserwacja wpływa na przebieg doświadczenia i może zmieniać relacje między obiektami, ich tłem i obserwatorem. Percepcja jest więc zaawansowanym etapem podboju świata; w tym dziele współdziała z językiem i to nie tylko ścisłym językiem nauki i filozofii, ale również językiem bardziej miękkim (sugeruje to A. Kobrzyski), pełnym metafor, alegorii, paradoksów, aluzji, symboli, porównań, sprzeczności, aforyzmów... Niezbędna staje się tu rola gnozy, która wydaje sądy hipotetyczne, posługuje się przypuszczeniami i domysłami, wykorzystując cały potencjał duchowy (emocje, wolę i rozum).

Gnoza jest rozległym procesem badawczym: problemy i zagadki bytu ujmuje całościowo (szerzej niż filozofia, która nie dowierza uczuciom i motywacjom) – holistycznie. Trąbka dowodzi, że współistnienie gnozy i filozofii rodzi powierzchowny eklektyzm, i proponuje fuzję gnozy z cybernetyką i teorią chaosu. Jednocześnie przypomina, że korzenie gnozy tkwią w doświadczeniach mistycznych: „Do kompetencji gnozy należy spożytkowanie owoców kontemplacji: wzrostu wrażliwości na przedmioty świata, rozwijania zdolności charyzmatycznych i przywódczych, konsolidacji sił fizycznych i zdrowotnych, przebudowy osobowości, nawrócenia (metanoia). Gnoza niezliczonymi wprost łaskami wyposaża duszę mózgu” [11].

Gnostyczny kontakt z rzeczywistością rodzi apatię lub entuzjazm, obojętność lub poczucie tajemnicy, podziw lub lęk – wymaga przeprogramowania starego (jednopłaszczyznowego, wycinkowego) stylu bycia, scjentystycznych sposobów poznawania świata; domaga się deautomatyzacji, rewolucji wewnętrznej, radykalnej przemiany duchowej, egzystencjalnej inicjacji (vide: transmutacjonizm): „«Jeżeli ziarno nie obumrze w ziemi, to nie wyda plonu». Jeżeli nie zetrzemy na proch swoich starych myśli, to nie zbudujemy nowego stylu ani nowej mentalności. Pozornej, a nawet rzeczywistej śmierci psychiki – byle nie przedłużającej się na wieczność – nie powinniśmy się lękać, znając błogosławieństwo stwórcze natury posługujące się gnozyjnym chaosem, a wyrażające się samoistnym powstawaniem struktur holistyczno-fraktalowych. Ów cud rodzenia się «de novo et ex nihilo» myśli (atomów psychiki) i emocji (energii psychicznej) spotyka się na co dzień”[12].

Zwolennik gnozy musi nieraz cierpliwie czekać na objawienie. Nie może to być jednak – paradoksalnie – bierne oczekiwanie. Ezoteryka nie jest postawą pasywną – jest nastawieniem wszystkich sił duchowych na immanentną i transcendentną Prawdę, na boskie i ludzkie Piękno, na wyobrażone i stworzone Dobro.

Zdobywanie mądrości nie jest procesem prostym, spokojnym, pewnym, sukcesywnym, powszechnym. Jest wtajemniczaniem, nauczaniem tajemnym, jest walką z demonami – lękami, depresjami, urojeniami, halucynacjami, iluzjami: „Proces twórczy oraz droga postępu wymaga – jakkolwiek na krótki proces stawania się – antynaturalnych rozwiązań i alienacji. Każde ulepszenie człowieka powoduje chwilowe rozchwianie osobowości, jej przekraczanie, ale na przyzwoitą odległość. Tu można wspomnieć o teorii pozytywnej dezintegracji psychiki K. Dąbrowskiego. Dłuższe czasowo i przestrzennie oddalenie się człowieka od swojej osoby będzie przez naturę dyscyplinowane kalectwem i klęską” [13].

Teoria prof. Trąbki jest propozycją interdyscyplinarną, próbą zintegrowania najnowszych osiągnięć naukowych i koncepcji filozoficznych z bogatą tradycją sapiencjalną i ezoteryczną. Wznosi się ponad redukcjonizm, scjentyzm i racjonalizm współczesnej nauki; rezygnuje z wycinkowej pewności na rzecz całościowego spojrzenia, pełnego kontaktu poznawczego z wielopłaszczyznową rzeczywistością, pełną zagadek i paradoksów.

Każdy wymiar egzystencji człowieka ma swój aspekt poznawczy: wszystko, cokolwiek robimy, pogłębia naszą znajomość siebie i świata. Aktywność poznawcza człowieka nie ogranicza się do świadomej „pracy” zmysłów i rozumu; nasze miłości i fascynacje, lęki i tęsknoty, wierzenia i zwątpienia, walki i sojusze, słowa i wyciszenia, zapatrzenia i zamknięcia, imaginacje i wspomnienia, ideały i rytuały, wyrzeczenia i szaleństwa, łzy i uśmiechy, dyskursywność i aforystyczność, empiryzm i transracjonalizm, paradygmat nauki i wyobraźni – wszystkie te stany ducha są znakami i kierunkowskazami na naszej drodze do Krainy Mądrości.

Wojciech Wiercioch

Kraków, 15 września 2005



[1] M. Bierdiajew, Sens twórczości, Wydawnictwo Antyk, Kęty 2001, s. 24.

[2] W. Demidow, Patrzeć i widzieć, NOT-SIGMA, Warszawa 1989, s. 119.

[3] Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Wydawnictwo Pallottinum, poznań – Warszawa, 1997, s. 764.

[4] J. Życiński, Trzy kultury, W drodze, Poznań 1990, s. 8.

[5] J. Prokopiuk, Ścieżki wtajemniczenia, tCHu, Warszawa 2000, s. 108.

[6] R. Zawadzki, Psychobiografie literackie, Wydawnictwo von borowiecky, Warszawa 2000, s. 35.

[7] J. Trąbka, Natura objawia swą moc. Współczesna gnoza, DWN DReAM, Kraków 1993, s. 32-34.

[8] J. Trąbka, Gnoza a nauki neurologiczne, Wydawnictwo ANTYKWA, Kraków 1998, s. 12-25.

[9] J. Trąbka, Gnoza to znaczy wiedza, ANTYKWA, Kraków 1998, s. 20.

[10] ibidem, s. 138.

[11] ibidem, s. 166.

[12] ibidem, s. 191.

[13] ibidem, s. 200.


AKTUALNOŚCI

RECENZJA

  AUTORZY POWIEŚCI O CHOPINIE:  JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH & WOJCIECH WIERCIOCH AUTORKA RECENZJI: ANNA STASIUK „Zaklinacz dźwięków. Powie...