KONSPEKT WOJCIECHA WIERCIOCHA

 


AUTOR: WOJCIECH WIERCIOCH

O KSIĄŻCE "PAMIĘĆ I FANTAZJA. AUTOBIOGRAFIA"


KONSPEKT

Cała książka ma objętość ponad 1000 stron maszynopisu. Można ją opublikować w dwóch częściach. Pierwsza część kończy się w pewnym przełomowym momencie mojego życia, tak więc podział na tomy nie jest przypadkowy ani mechaniczny.

Pamięć i fantazja to wspomnienia obejmujące 42 lata mojego życia, podzielone na 6 ksiąg i 100 rozdziałów. Każda księga (mająca od kilku do kilkunastu rozdziałów) zawiera opis 7 lat i jest prezentacją jednego z etapów rozwoju osobowości; stanowi odzwierciedlenie archetypu sterującego – według C. G. Junga i R. Steinera – danym okresem życia. Kolejne fazy biografii – kolejne księgi – następują po sobie w takim oto porządku: Niewinny, Sierota, Męczennik, Wędrowiec, Wojownik, Mag.

Akcja mojej autobiografii toczy się na Podhalu, w Krakowie, w kraju i poza granicami Polski (w Europie, Ameryce i Afryce). Bohaterami tej opowieści są ludzie prości i znani intelektualiści, dziwacy i popularni prowokatorzy, duchowni i materialiści – osoby różnych proweniencji i profesji.

Pamięć i fantazja zawiera sporo lekkich anegdot i poważnych opisów, interpretacji, analiz. Fabuła tej „prawdziwej opowieści” roi się od gwałtownych i brutalnych zwrotów akcji, błyskotliwych potyczek słownych oraz bitew na sztachety i paragrafy…

Nie jest mi obce życie rolników, robotników, lekarzy, naukowców, nauczycieli, księży, sportowców, polityków, biznesmenów, prawników, policjantów, przestępców, pisarzy, dziennikarzy, wydawców… Machałem widłami i siekierą w „pięknych okolicznościach przyrody”, remontowałem domy w Chicago; jako lekarz przeżyłem wiele zabawnych i tragicznych zdarzeń; z powodów rodzinnych i prawnych zetknąłem się z urzędnikami szkolnymi i kościelnymi różnych szczebli; pragnienie władzy i potrzeba pieniędzy postawiły na mojej drodze polityków i przedsiębiorców o horyzontach rozległych lub nieco przyciasnych; nietuzinkowość znajomych i członków rodziny popchnęła mnie do sądu, przed którym stawałem jako oskarżony, oskarżyciel, świadek i pełnomocnik; zaspokajając swoje ambicje copywritera, pisarza, dziennikarza i publicysty, poznałem kręte drogi słowa.

Starałem się przedstawić swoje życie szczerze i wielowymiarowo. Mam nadzieję, że Wydawcy, a później czytelnikom spodoba się ten zbiór lirycznych obrazów i satyrycznych obrazków, politycznych podchodów i filozoficznych refleksji, upojnych spotkań i upiornych rozstań.

Wojciech Wiercioch

Kraków, 8 III 2010 r.


PISARZE.PL

 


AUTOR: WOJCIECH WIERCIOCH


POLSKA AKADEMIA LITERATURY – REAKTYWACJA

 

Literatura polska znajduje się w stanie pełzającego kryzysu – to chyba nie ulega wątpliwości.

Czytelnictwo jest w zapaści, mecenat państwowy i samorządowy słabo wspiera sztukę (a prywatny to wyższa szkoła finansowego wyrachowania); ceny książek są stosunkowo wysokie, zaś na biznesie literackim zarabiają głównie hurtownicy i detaliści oraz potężne koncerny wydawnicze. Pisarze cienko przędą, na dobre zarobki mogą w Polsce liczyć głównie twórcy kryminałów, thrillerów, romansów, powieści obyczajowych i książeczek dla dzieci. W rankingach najlepiej zarabiających polskich powieściopisarzy nawet Olga Tokarczuk plasuje się dopiero w drugiej dziesiątce, i to pomimo potężnego kapitału symbolicznego, jaki zapewniła jej Nagroda Nobla. Trudno się więc dziwić, że Wiesław Myśliwski, wybitny prozaik, w ogóle nie występuje w tego typu zestawieniach. A co dopiero jakiś ambitny literat młodszego pokolenia. Nie można się zatem dziwić, że w XXI wieku pisarz nie jest już autorytetem, osobą opiniotwórczą, duchowym przywódcą polskiej inteligencji.

Na tym nie koniec. Nadciągnął już kolejny kryzys, a ten może się skończyć absolutną katastrofą. Skoro każdego rodzaju przełom technologiczny reorganizuje życie społeczne – wkroczenie sztucznej inteligencji na arenę kulturalną może się okazać końcem świata ludzkiej literatury. Jedynym pocieszeniem dla ludzi pióra i klawiatury może być teza twórcy pojęcia „klasa kreatywna” – Richarda Floridy: kryzys to szansa na nowe rozdanie. Pod warunkiem, oczywiście, że polska klasa kreatywna podejmie wyzwanie, wprowadzając w życie nowy paradygmat rozwoju kultury.

Nie zawsze najnowsze wzorce, trendy i mody są najlepszymi rozwiązaniami. Często stare pomysły (w nowej odsłonie) okazują się skuteczniejsze.

Ad rem. Osobiście sądzę, że istniejąca w latach 1933-1939 Polska Akademia Literatury odegrała w naszych dziejach wyjątkowo pozytywną rolę, i to na wielu płaszczyznach kultury, zaś jej reaktywowanie mogłoby obecnie zapobiec procesom upadku naszego piśmiennictwa, a nawet całkowitej destrukcji języka polskiego (jestem przekonany, że grozi nam to w perspektywie drugiej połowy XXI wieku).

Z projektem powołania instytucji wspierającej literaturę i język polski wystąpił już w 1918 r. Stefan Żeromski (niestety, PAL powstała już po jego śmierci). Akademia została powołana pod auspicjami Straży Piśmiennictwa Polskiego i miała się zajmować uhonorowaniem i promowaniem najwybitniejszych autorów i utworów literackich. Jej statut jednoznacznie przedstawiał cel: podniesienie poziomu polskiego piśmiennictwa. To się udało zrealizować – Akademia stała się najwyższym organem opiniotwórczym w sprawach kultury. Co nie powinno dziwić, gdyż członkami PAL zostały wybitne osobowości, np. Wacław Sieroszewski, Leopold Staff, Juliusz Kaden-Bandrowski, Wacław Berent, Zofia Nałkowska, Zenon Przesmycki, Karol Irzykowski, Bolesław Leśmian, Tadeusz Boy-Żeleński, Jerzy Szaniawski, Ferdynand Goetel, Kornel Makuszyński, Kazimierz Wierzyński. Taka „potężna gromadka” musiała mieć wpływ na życie literackie naszego kraju. Z takimi postaciami liczyć się musiał każdy polityk i samorządowiec, każdy przedsiębiorca czy biskup.

Polska Akademia Literatury odznaczała znakomitych i dobrze rokujących pisarzy Złotym i Srebrnym Wawrzynem Akademickim oraz Nagrodą Młodych PAL. Wśród uhonorowanych w ten sposób literatów znalazła się właściwie cała czołówka Parnasu II RP – od Marii Dąbrowskiej, Kazimiery Iłłakowiczówny, Zofii Kossak, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej aż po Melchiora Wańkowicza, Michała Choromańskiego czy Jalu Kurka.

PAL wspierała czytelnictwo nie tylko poprzez budowanie prestiżu literatury i wskazywanie – w gąszczu nowości – najwartościowszych dzieł, ale również organizując odczyty, publiczne dyskusje oraz honorując różne instytucje i osoby „za szerzenie zamiłowania do literatury polskiej” (w tej kategorii znaleźli się np. bibliotekarze, pedagodzy, działacze społeczni, reżyserzy, tłumacze, wydawcy, księgarze).

W skrócie: PAL była elitarną instytucją, która podnosiła prestiż polskiego piśmiennictwa i rangę pisarzy, sprawowała opiekę (prawną, materialną, symboliczną) nad środowiskiem literackim i stała na straży kultury narodowej. Prosty wniosek może być tylko taki: należy reaktywować tę szacowną instytucję. Jednak – a to w Polsce niemal standard – zaraz pojawią się maruderzy, pieniacze, ironiści, prześmiewcy czy inni mędrkowie maści wszelakiej…

Ostatnio na Facebooku zadałem pytanie, czy PAL powinna zostać reaktywowana. Nie było wielkiego odzewu, moi rodacy nie interesują się sprawami tak abstrakcyjnymi, jak jakaś tam kultura. Jednak te kilka komentarzy i tak daje do myślenia. Jeden z dyskutantów opinię swoją wyraził wprost: „Nie, to byłaby kolejna lewacka instytucja do „trzepania kasy”. Inny zaś stwierdził: „Żadna akademia kulturze nie pomoże. Trzeba twórców i odbiorców. Akademia to taka dekoracja. Część pisarzy będzie trzepać kasę na modnych tematach, część czytelników kupi głupoty. Ani minister, ani Akademia Kultury, ani Związek Literatów Polskich tego nie zmienią”. Trzecia wypowiedź była bardzo nieoczywista: „Nie wiem, czasami zastanawiam się nawet nad cenzurą. Ale oczywiście komercja bije wszystko” (pomijam te mniej merytoryczne komentarze, choćby typu: „Tak, ale tylko z Jackiem Dehnelem jako dożywotnim prezesem”).

CIĄG DALSZY NA STRONIE: 

https://pisarze.pl/2026/02/17/wojciech-wiercioch-polska-akademia-literatury-reaktywcja/


 

ZŁAP AFORYZM NA LITERĘ R

 



WOJCIECH WIERCIOCH - AFORYZMY


·   Remedium bywa gorsze niż medium.

·   Remedium: to, co bywa nieraz gorsze od choroby (choć niekiedy jest lepsze od lekarza).

·   Reprodukcja aktu może zintensyfikować akt reprodukcji.

·   Resocjalizacja: korekty chybionej prewencji.

·   Reszka – tylko dla orłów.

·   Retoryka to sztuka milczenia i rzemiosło mówienia. Bo muzyka to pauzy ciszy w potoku słów i nut.

·   Retoryka. Idiotyczne argumenty muszą być wypowiadane patetycznym tonem (w dobrym tonie jest sprzedawanie ich na tony – bo kilogramy to zbyt subtelna jednostka miary).

·   Rewolucja: reakcyjny bunt przeciwko kulturze – niwelowanie wszystkiego, co się wyróżnia. Bunt mas nie rodzi niczego nowego – jest destrukcją pozbawioną twórczych nasion.

·   Riposta. Odpowiadaj głupiemu... Jeśli nawet ci to nie odpowiada. Nie odpowiadaj głupiemu... I nie odpowiadaj za to.

·   Robimy rachunek sumienia i wystawiamy go bliźnim, żeby zapłacili. My też płacimy, lecz walutą zdewaluowaną – sumieniem.

·   Robot zakochał się w automatycznej sekretarce. Automatycznie rozwiązały się problemy i roboty...

·   Rokita albo śmierć! Oto dylemat anielicy.

·   Rozczarowanie. Chciał zostać reżyserem filmów dokumentalnych – a został aktorem w filmach animowanych. I anonimowych...

·   Rozdwojenie jaźni: remedium na samotność.

·   Rozdzieranie szat to głupia rozrzutność.

·   Rozgłos powoduje choroby strun głosowych.

·   Rozkojarzenie jest zaletą wariata (bo dezorganizuje jego szaleńcze zamierzenia).

·   Rozkosz zadziwia ciała i niepokoi dusze.

·   Rozpacz i kwiaty: połączenie kojące lub zabójcze – niekiedy dla uczucia, niekiedy dla dekoracji.

·   Rozpacz jest warunkiem rozkoszy; a nuda i banał – propedeutyki arcydzieła.

·   Rozrywka aforystów: rozrywanie bezbarwnych pojęć i skojarzeń.

·   Rozsądek – jak koń i kobieta – leży między ostrogami a cuglami. Brak rozsądku – też. Nie każde bowiem umiarkowanie jest złotym środkiem Arystotelesa.

·   Rozsądek służy przeciętności. Wielkie dzieła są dziełem wielkich – nierozsądnych; którzy jednak mają na tyle rozsądku, by ten rozsądek wykorzystać.

·   Roztropne dawkowanie życia? Zgoda! Ale kto nas zbada, kto postawi diagnozę, wypisze receptę i oceni terapię?

·   Rozum jest nierozumny, gdy intuicji przypisuje status absurdu.


JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH - WIERSZ

 


AUTORKA: JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH


kobieta jak babie lato

                                                                                mojej Siostrze R.


w tańcu przypomina kobietę

z obrazu Vallejo

pochylona przez bestię

naturę

do końca poddana

spokojnie opadająca – prawie śpiąc

i śniąc o rozkoszy przed upojeniem

– jak z artyzmem utkana mara

smukła i biała łza mleka

z kroplą deszczu w sobie

 

i nie ma w niej miejsca

gdzie możesz wyczuć twardość

przyjmuje miękko wygodnie

choć często przepuszcza

jakby pękała pod przyjętym

ciężarem

bo czasem przez bestię

rozszarpana

rozrywa się kunsztem pajęczym

wypleciona jej skóra

 

kobieta jak babie lato

rozciągnięta w oddawaniu

jak babie lato

w czterech porach roku

w dzień na jawie

z krótkimi przerwami

na nieobecność

na nienawiść

KSIĄŻKI MOJEGO ŻYCIA - WOJCIECH WIERCIOCH

 


AUTOR: WOJCIECH WIERCIOCH

Książki mojego życia

Pewien bydgoski pisarz, aktywny mój znajomy z Facebooka, zachęcił mnie do ułożenia krótkiej listy dzieł, które najbardziej na mnie wpłynęły. Na liście miało się znaleźć tylko siedem książek. A dlaczego nie dziesięć albo siedemdziesiąt siedem? Siedem, nie więcej. Właśnie dlatego zachęta owego literata wydała mi się ciekawym wyzwaniem. Wybranie kilku kilogramów z tony przeczytanych arcydzieł (większych i pomniejszych) – to zadanie tak poważne, że aż śmieszne. Więc i tym bardziej ciekawe.

Ziarno padło na podatny grunt – na szarą glebę mojego mózgu, która uwielbia przeróżne rankingi. Te układam sobie od chwili, gdy zwariowałem… czyli od kiedy postanowiłem zostać pisarzem. W swoich notatnikach mam tych rankingów sporo: lista najwybitniejszych prozaików, poetów, dramaturgów, eseistów, reportażystów, aforystów etc. Niekiedy dzielę się tymi rankingami w mediach społecznościowych, a podczas Festiwalu Literatury Niezależnej w Krakowie stworzyłem nawet listę najwybitniejszych pisarzy małopolskich XXI wieku (co wywołało duży odzew; a najbardziej atakowali mnie ci, którzy uzyskali pozycję niższą niż ta wynikająca z ich egocentryzmu).

Ad rem. Przejdźmy do tych siedmiu dzieł – i literackich, i filozoficznych, może też innych – które ukształtowały mnie w największym stopniu. Na tej liście nie znajdzie się Biblia, która towarzyszy mi od dzieciństwa, na każdym etapie życia i rozwoju duchowego. Lecz Biblia to cały Kosmos i trudno ją z czymkolwiek porównywać. Także Szekspira pominę, gdyż jest w nim Cała Ziemia, planeta ludzi, bestii, duchów.

Moja krótka lista nie będzie rankingiem, a raczej chronologicznym zestawieniem książek, bez których życie na bezludnej wyspie byłoby dla mnie zbyt uciążliwe. Wyłącznie dorosłe lektury (choć w dzieciństwie jest się niesamowicie chłonnym i plastycznym, i bez Astrid Lindgren, Alfreda Szklarskiego czy Jacka Londona dziecko pozostałoby o wiele dłużej duchowym niemowlęciem). A zatem zaczynam od dwudziestego roku życia…

1. JOSEPH CONRAD, Nostromo.

Nie Fiodor Dostojewski, nie Tomasz Mann, nie Virginia Woolf. Nie Lord Jim, nie Jądro ciemności, nie Tajny agent. Polsko-angielski pisarz towarzyszył mi od najmłodszych lat, ale brałem go najpierw za marynistę i faceta od powieści podróżniczo-przygodowych. Bo właśnie to potrafi zafascynować nastolatka. Gdy już jednak postanowiłem (albo coś we mnie lub nade mną postanowiło) wejść na literacką drogę życia i poczułem się zobowiązany nadrobić niejakie zaległości w lekturach – na pierwszy ogień poszedł właśnie Joseph Conrad. Bo znajomy, swojski, zdawałoby się – przystępny. Wtedy właśnie oczarowała mnie i zaczarowała (gdy już otrząsnąłem się z niejakiego zaskoczenia) ta właśnie powieść. Obfita, skomplikowana, głęboka jak Rów Mariański (choć powierzchowni czytelnicy widzą tylko to, co się unosi na falach). Och, ta głębia psychologiczna, filozoficzna również, i to w połączeniu z historią „wymyślonej” Ameryki Południowej, na którą chrapkę ma Ameryka Północna. Wielka panorama egzystencjalna z powikłanym splotem spraw społecznych, ekonomicznych i politycznych. I każda nośna idea, pojawiająca się na kartach tej powieści, posiada swoich wyznawców i popleczników oraz antagonistów. Obraz-symbol uczuć, przemyślności, pomyślności, klęsk, ideałów (odczuwanych szczerze lub markowanych tylko). Wojna wartości na tle zawirowań kulturowych. I tyle, po prostu arcydzieło. Do tego fascynująca fabuła i mroczny nastrój. Wszystko, czego trzeba, żeby człowiek na nowo sobie ułożył światopogląd.

2. MARCEL PROUST, W poszukiwaniu straconego czasu. Jedna wielka powieść w siedmiu tomach. Narracja przeplatana niezwykle mądrymi esejami oraz uroczymi poematami prozą. Z dodatkami subtelnego dowcipu. Misterium czasu, magia skojarzeń, wspomnień i marzeń. Podróż w poszukiwaniu przyszłego powołania pisarskiego. Czułość i perwersja, snobizm i artyzm – myśl oplatająca byle głogi czy topole. Plus uważne lektury, fascynacje muzyczne i plastyczne – cały świat zawarty w cząstce Paryża i francuskiej prowincji. No i ten kontemplacyjno-medytacyjny styl o niepodrabialnym uroku. Język tak cudowny (dzięki Boyowi-Żeleńskiemu), że można przy nim płakać i gryźć palce z zazdrości. Jak on to zrobił? Ile się nauczył od Pascala, Balzaka, Flauberta, Bergsona (swojego kuzyna)? Czy ktokolwiek może się z nim równać? Warto pisać po takim dziele totalnym? Bez tej lektury na pewno byłbym innym – gorszym – człowiekiem. Jak tu się dziwić, że w nim zakochał się arcymistrz Conrad? Jaka szkoda, że autor Lorda Jima nie doczekał opublikowania całego tego cyklu powieściowego…

3. THOMAS STEARNS ELIOT, Wybór poezji. Często powtarzam, że polska poezja XIX i XX wieku jest najwspanialsza na świecie; Rosjanie, Francuzi, Anglicy, Niemcy nie mogą się równać z naszymi geniuszami (choć Rainer Maria Rilke to przecież arcymistrz). Ale do tego zestawu postanowiłem wybrać właśnie Eliota (za co bardzo przepraszam Zbigniewa Herberta). Czym się kieruję? Na pewno znaczenie ma fakt, że amerykańsko-angielskiego wielkoluda czytałem w dwóch językach, tłumaczyłem (dla siebie), parafrazowałem (dla innych). I że jego eseje oraz konserwatywne poglądy są mi szczególnie bliskie. Najbardziej porywa mnie emocjonalny i duchowy klimat jego wierszy i poematów oraz niejednoznaczność, wielowarstwowość znaczeń (a więc i słowne łamigłówki, szarady intelektualne, symbole mitologiczne i biblijne). Mistrzostwo językowe, te niespodziewane metafory czy porównania łączące ziemię z niebem. Dynamizm i plastyka stylu, innowacyjność formy. Wystarczy.

4. FERNANDO PESSOA, Księga niepokoju. Mała biblia dla wierzących agnostyków i sceptycznych mistyków. Fikcyjny dziennik wymyślonego narratora, który jest księgowym i filozofem, samotnikiem i cesarzem świata (w wyobraźni), poetą i zgryźliwcem. I na tych kartach sny przechodzą w urojenia, twarde przedmioty zamieniają się miejscami z nieokreśloną, nieznośną lekkością bytu, pełną emocji, doktryn, spostrzeżeń i rojeń. Introspekcja narratora przewierca kulę ziemską na wylot, a podróże kosmiczne trwają w duszy dziwaka. Jaźń w poszukiwaniu straconego sensu. Plus absurd istnienia – sens logiczny aż do bólu i orgazmu. Fragmenty łączą się w duchową panoramę, zaś obrazy kondensują się w formie szokujących paradoksów, aforyzmów. A nad wodami egzystencji unosić się raczy słowo (małe) pomieszane ze Słowem (wielkim, tuż nad przepaścią Cudownej Tęczy). Rzecz niepodrabialna, niepojęta. Czytana przeze mnie (w dwóch tłumaczeniach) właściwie cały czas, w małych dawkach, ale kompulsywnie.

5. ANTONI KĘPIŃSKI, Schizofrenia. Właściwie trudno jest mi wybrać jedną książkę mojego medycznego i eseistycznego mistrza. Zdecydowałem się jednak polecić dzieło dotykające najgłębszych stanów ludzkiej psychiki – choroby, której najbliżej do poetyckich wzlotów i mistycznych uniesień. Ale też demonicznych udręczeń. Nawet inteligentny, dobrze poukładany człowiek nie potrafi zgłębić tajników swojej duszy – co dopiero człowiek wrażliwy i utalentowany, jak choćby Vincent van Gogh, który pogubił się w królestwie swego mózgu. Skoro geniusz może być wariatem – co sądzić o ludziach szarych, przeciętnych? Gdzie przebiega ta granica między normą a patologią? Zwłaszcza że wybitność na pewno nie jest czymś normalnym. A pisał o tym również (równie głęboko, bardzo erudycyjnie, choć mniej poetycko) Kazimierz Dąbrowski, twórca koncepcji dezintegracji pozytywnej: żeby się doskonalić – należy porzucić świat nawyków, schematów i stereotypów. A to jest niebezpieczna podróż! Wędrówka bohatera – los człowieka: tego, który więcej czuje, inaczej rozumuje i dlatego bardziej cierpi. Na taką wyprawę życia warto zabrać z sobą przewodnika, mistrza duchowego. Takim właśnie jest ów słynny krakowski psychiatra, poskromiciel demonów.

6. HENRYK ELZENBERG, Kłopot z istnieniem. Aforyzmy w porządku czasu. Co my tu mamy? Co to w ogóle za forma? Intelektualny dziennik złożony z aforyzmów i miniesejów – kilka gatunków literackich w diarystycznej formie; ponad pięćdziesiąt lat intensywnego życia filozoficzno-mistycznego. Wszyscy (wtajemniczeni) wiedzą, że jestem aforystą i antologistą. W jednym i drugim wcieleniu cenię małą formę literacką. Właściwie to powinienem tu zamieścić Emila Ciorana lub Stanisława Jerzego Leca. Lecz pierwszy bywa odstręczający w swoich nihilistycznych pochwałach samobójstwa i ostatecznej zagłady, a ten drugi chyba trochę na siłę postanowił swój światopogląd ścisnąć do najkrótszej formy. A więc Elzenberg, duchowy przewodnik Zbigniewa Herberta. Dość nudny w swoich profesorskich rozprawach filozoficznych, ale niesamowicie fascynujący w tym zmiennokształtnym dzienniku, w tym kłopotliwym zmaganiu się z istnieniem. Wielkie dzieło (choć stosunkowo małych rozmiarów), pełne relacji z lektur, zmagań z ideologiami, kipiące od sardonicznych (ale bardzo trzeźwych) spostrzeżeń i ezoterycznych zachwyceń. A są tam i celne myśli o historii, mistyce, liryce, polityce, Polsce i wszechświecie. Da się to czytać na okrągło – po kolei, na wyrywki, ponownie, odkrywczo, niewymownie, nieustannie. Tam głupota i mądrość tańczą krzesanego, oberka i walca.

7. MIKOŁAJ BIERDIAJEW, Sens twórczości. Kłopot z filozofami. Bo ci wielcy potrafili przynudzać (vide: I. Kant, G.W. Hegel, M. Heidegger, oto niemiecka przypadłość). Inni giganci tylko w niewielkim wymiarze pasują do mojego światopoglądu (patrz: A. Schopenhauer, F. Nietzsche) lub kochają popadać w poetyckie niezrozumialstwo (vide: J. Tischner, M. de Unamuno, H. Bergson) albo są tak logiczni, że nie ma gdzie wcisnąć w ich linijki choćby odrobiny uczuć (spójrz: L. Wittgenstein). Dlatego wolę nieraz filozofować z psychologami, antropologami kulturowymi czy innymi eseistami, dla których właściwie nie istnieją sztywne podziały między dyscyplinami naukowymi (vide: W. James, C.G. Jung, M. Eliade, J. Campbell, J. Peterson, N.N. Taleb).

A więc – Bierdiajew. Ale dlaczego? Bo to nie tylko filozofia, to również myśl religijna, teologia szukająca inspiracji także w literaturze pięknej (przykładem być tu może Światopogląd Dostojewskiego). Padają w pismach rosyjskiego myśliciela głębokie refleksje z rejonów mistyki, gnozy, magii – cała ezoteryka przesiąknięta pasją pisarza i tonem proroka, wizjonera. Bierdiajew jest orędownikiem wolności (lecz w żadnym razie samowolki), eksploratorem najmroczniejszych zakątków egzystencji. Tu polityka splata się z historią, socjologia z psychopatologią. Całe spektrum egzystencji.

Przeczytałem wszystkie dzieła Bierdiajewa przetłumaczone na język polski. Wszystkie są wspaniałe, lecz za najbardziej odkrywcze uważam właśnie to – Sens twórczości. Pojawia się tu rewolucyjna i rewelacyjna myśl: Kreatywność to Droga do Odkupienia. Twórczość jest kontynuacją Dzieła Stwórcy. Zaś geniusz jest światu potrzebny tak samo jak święty. W tej kosmicznej wizji Joseph Conrad jest ludzkości niezbędny w równym stopniu, co Brat Albert albo siostra Faustyna Kowalska. To ważne właśnie teraz, gdy w komentarzach na Facebooku padają złośliwe hasła, kierowane do niezadowolonych literatów: „Zabierzcie się do pożytecznej, uczciwej roboty, zamiast użalać się nad swoim losem” (a to w kwestii np. mecenatu państwowego, samorządowego, kościelnego, prywatnego). A przecież naród nie jest jedynie kwestią polityki, ekonomii, socjologii. Naród – to kultura i duchowość. A duchowość to także wiersze i powieści.

Duchowość to również rozum i komizm, liryzm i tragizm. I tylko wyjątkowym arcymistrzom pióra udaje się zespolić w swojej twórczości te wszystkie wymiary bytu literackiego. Pisać mądrze i do tego dowcipnie, pięknie i rzeczowo – trudne zadanie. Zdołał mu sprostać Gilbert Keith Chesterton, brytyjski felietonista, eseista, prozaik, dramaturg oraz błyskotliwy biograf.  W tym zestawieniu pominąłem go, nie mogąc się zdecydować na jedną konkretną pozycję z jego dorobku. Ale brak owej postaci w tej „wspaniałej siódemce” byłby deformacją. Stąd – ów akapit.

Ta lista moich najulubieńszych arcydzieł nie jest przypadkowa, wymyślona ad hoc i spisana na kolanie. Wszystkim tym dziełom poświęciłem wiele czasu. Napisałem nawet (wraz z żoną Jolantą) powieść biograficzną o profesorze Antonim Kępińskim (Psychiatra i demony). Fabularyzowaną biografię Josepha Conrada piszę od lat i ostatnio próbuję tekst radykalnie skrócić. Marcel Proust ciągle przewija się w mojej autobiografii Pamięć i fantazja. Bierdiajew, Pessoa i Elzenberg to moi wybrańcy – poświęciłem im wybory myśli oraz dołączone do nich eseje. Tylko Eliot jest przeze mnie prawie nieopisany. Lecz towarzyszy mi wiernie – od lat wyznaczając nastrój i ton każdej mojej książki.

Bierzcie i czytajcie – oto typy moje!


Wojciech Wiercioch

Nowy Targ, 13 stycznia 2026


RECENZJA

 


AUTORKA: BEATA GRZYWACZ

„Psychiatra i demony. Powieść biograficzna o profesorze Antonim Kępińskim”, W. Wiercioch, J. Szymska-Wiercioch

(źródło: Zycieipasje.net)

 

Czym jest umysł? Skąd tyle chorób psychicznych? Dlaczego ludzie zachowują się tak a nie inaczej? Co nimi kieruje? Czy i jak możemy im pomóc?
To tylko kilka pytań, na które przez całe swoje życie próbował znaleźć odpowiedź wybitny polski psychiatra Antoni Kępiński. Zafascynowana jego poglądami i osobowością sięgnęłam po książkę Psychiatra i demony. Powieść biograficzna o profesorze Antonim Kępińskim napisaną przez małżeństwo: Wojciecha Wierciocha i Joannę Szymską-Wiercioch.

 

Przyznaję, że zanim zaczęłam ją czytać przeraziły mnie dwie rzeczy – objętość książki i jej okładka. Jeśli chodzi o objętość to – mimo początkowej niechęci do czytania takiej cegły (książka liczy ponad 600 stron) – okazało się, że nie stanowi to żadnej przeszkody. Gorzej było z okładką, która przyciągała i odpychała, zachęcała do czytania a jednocześnie… przerażała. Po pierwsze ze względu na kolorystykę – głęboka czerń i dwie plamy ognistej czerwieni, na której zobaczymy watahę wygłodniałych wilków. Niejako na drugim planie zarys Kościoła Mariackiego i kilku krakowskich kamieniczek.

Wiedziona ogromną ciekawością w końcu otworzyłam książkę i zaczęłam czytać. Nie jest to zwyczajna powieść biograficzna choćby z tego względu, że brak w niej chronologii. Akcja toczy się w różnych okresach życia bohatera, co zmusza czytelnika do skupienia i uwagi.  Głównego bohatera poznajemy w trzech okresach życia: wczesnym dzieciństwie, młodości i dojrzałym wieku. Oczywiście wszystkie etapy wzajemnie się przenikają, uzupełniają, choć i tak wiele spraw zostaje niedookreślonych.

Na tle ważnych wydarzeń historycznych (obie wojny światowe, okres komunizmu a następnie tzw. odwilży) spotykamy całą plejadę wybitnych osobistości polskiej kultury, nauki, medycyny, kościoła, ot choćby ówczesnego kardynała Karola Wojtyłę, ks. Józefa Tischnera, Wisławę Szymborską, Marię Pawlikowską-Jasnorzewską, Romana Ingardena, Nikifora, Karola Estreichera czy Wandę Półtawską. Wszystkie te postaci pozostawiają jakiś ślad w życiu i poglądach genialnego psychiatry.

Towarzyszymy Kępińskiemu w życiu osobistym i małżeńskim (poznajemy jego ukochaną żonę Jadwigę), w wojennej tułaczce po niemal całej Europie, w obozie koncentracyjnym; zaglądamy do kokpitu myśliwca Royal Air Force, do gabinetu, w którym przyjmował ludzi psychicznie chorych próbując im jakoś pomóc; przeżywamy jego rozterki związane z wykonywaną pracą, podziwiamy jego upór pozostawienia po sobie śladu w nauce, ronimy łzę po jego śmierci.

Psychiatra i demony to jednak nie tylko dzieje genialnego naukowca i artysty, ale niejako przewodnik po różnych koncepcjach psychologicznych, chorobach duszy, zakamarkach ludzkiego umysłu. To również podpowiedź, jak żyć, by być szczęśliwym i spełnionym. Mistrz psychiatrii mówił, że „Przejawem zdrowia psychicznego jest znalezienie własnej pasji” (s. 530).

Przy okazji historii Kępińskiego poznajemy początki tworzenia się polskiej psychiatrii, szpitalnych oddziałów dla dzieci, nowych terapii grupowych i rodzinnych.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zwróciła uwagi na piękny język, pełen literackich aluzji zestawiony z potocznym, kolokwialnym stylem: „Powietrze pachniało mokrymi liśćmi, kwiatami zła i ziemią jałową” (s. 202), „Dałem się wpuścić w maliny i w tym malinowym chruśniaku się teraz głupio czuję” (s. 249) czy „O czym milczysz?” (s. 616).

Zapraszam zatem w piękną a jednocześnie trudną podróż śladami wielkiego człowieka, który całe życie walczył z demonami choroby, śmierci, wojny, urojeń i halucynacji.

polecam, Beata Grzywacz

OPOWIADANIE - JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH

 

AUTORKA: JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH


BAGNO

Bogna przekroczyła bramę rezerwatu i weszła na szeroką turystyczną kładkę wiodącą w głąb Boru na Czerwonem, do platformy widokowej. Tutaj trzeba było iść tylko wytyczonym szlakiem bądź znaleźć po lewej stronie, bliżej rzeki, którąś z niewielu suchych ścieżek. Torfowisko, mające w najgłębszych miejscach nawet pięć metrów, nie lubiło intruzów, wciągało niczym świeżo wylany beton.

Wokół rozciągał się podmokły teren, porośnięty po obu stronach traktu sosnami, brzozami i świerkami. Buków i jodeł było niewiele. Gdzieniegdzie znalazły dla siebie miejsce krzaki jeżyn, paprocie i jarzębiny. Po prawej na wolno płynącym strumyku widać było grube kożuchy mchu. Kolory biły po oczach. Od malachitowego przez groszkowy i miętę po limonkowy i zgniłą zieleń. Wzrok wabiły zwłaszcza soczyście zielone kopuły torfowiska, z których wystawały wysokie źdźbła trawy. Mchy torfowce zaanektowały tutaj niemal sto piętnaście hektarów. I choć według botaników występująca tu flora, typowa dla boru bagiennego, była uboga, ale malownicza i intrygująca.

Kiedyś ta jaskrawa zieleń oczarowała Bognę. Dziś patrzyła na nią z obojętnością. Jakby siedziała w tramwaju i bezmyślnie spoglądała przez szyby.

Był gorący czerwcowy dzień. Delikatne podmuchy wiatru niosły zbawienną ulgę.

Bogna, od stóp do głów ubrana w biel, poczuła, że jej bawełniana bluzka bez rękawów przylepiła się do pleców. Luźne, długie spodnie, zakończone gumkami nad ulubionymi trampkami marki Big Star, również nieprzyjemnie przylgnęły do ud i pośladków. By trochę przeschnąć, dziewczyna szybko upięła swoje gęste długie włosy w niedbały, acz wyćwiczony już przez nią kok. Ciemna, niemal czarna czupryna, porcelanowa cera i niebieskie oczy kojarzyły się z bajką. Królewna Śnieżka. Tak mógłby rzec ten, kto obserwując ją, podziwiał jej urodę.

Minęła parę tablic edukacyjnych i kilkoro turystów, którzy podążali w przeciwną stronę. Chyba opowiadali sobie jakiś dowcip bądź zabawną historię, bo właśnie próbowali stłumić hałaśliwy, lecz naładowany serdecznością śmiech. Po chwili stukot ich butów na drewnianej kładce nad mokradłem ucichł. Została sama. Ona i świergocące gdzieś na gałęziach ptaki.

Trochę się bała.

Jeszcze wczoraj myślała, że dojrzała. Że ma w sobie doskonały francuski brie czekający na konsumpcję. Że jest gotowa do akcji. Jednak dziś woń pleśni była zbyt ostra i to bardzo zaniepokoiło Bognę. Ten zapach mógł wywołać torsje sumienia i słabość. Szukała sposobu, jak sobie z nim poradzić. Mogłaby przepędzić go drzemiącą w niej nienawiścią, myślami równie gniewnymi jak halny. Mogłaby. Miała jednak nieodparte wrażenie, że już wypluła z siebie jakąkolwiek agresję, szczelnie zamknęła ją gdzieś w sobie i rzuciła garść ziemi na tę trumnę. Mogłaby przywołać na pomoc jakieś anioły, jakichś Świętych, choćby Judę Tadeusza, jego duszę obitą kijami, albo Świętą Ritę, by spróbować nauczyć się od niej przebaczenia. Mogłaby, ale brzmiałoby to jak bluźnierstwo, bo przecież Bogna była zdecydowana.

Lepiej zapomnieć, że wierzyła kiedyś w niebo, piekło i czyściec.

– Znalazłem!

Te słowa usłyszała na przywitanie w poniedziałek, dwa dni temu. Akurat wyszła z biura na pocztę. Żadnego „cześć, siostrzyczko, jak się masz?”, żadnych standardowych zwrotów, zero ceregieli. Przez ostatnie pięć miesięcy wysyłał tylko krótkie esemesy, że u niego wszystko okej, że robi swoje, poluje na Węża, całusy, pozdrowienia i takie tam, więc słowo, które wtedy usłyszała, spadło na nią jak bomba. Na ułamek sekundy rozpadła się na drobne kawałki, po czym pozbierała do kupy i uświadomiła sobie, że wcale nie potrzebuje trywialnych, choć miłych dla ucha słów. Liczyła się tylko ta informacja. Najważniejszy news dnia.

– Poważnie? – wydusiła Bogna, choć nie potrzebowała potwierdzenia. Intuicja jej podpowiadała, że jest tak, jak mówi Kacper. Rzuciła to słowo, byle coś rzucić bratu w eter. Żeby wiedział, że wciąż jest po drugiej stronie, bo ona chwilowo zastygła, drgnęły jedynie jej narządy mowy.

– No tak, dziary z boa od łokci do nadgarstków.

Nie mogła ruszyć żadnym mięśniem, żadną częścią ciała. Coś jej w tym przeszkadzało, pętało ją niczym larwę w kokonie. Czy to te węże? Boa dusiciele? Splotły się wokół jej talii?

Zabolało jak kiedyś.

Milczała.

To nic, teraz to już nieważne, powtarzała sobie w duchu, będzie dobrze, będzie lepiej.

– Czarno-czerwone, jak mówiłaś – ciągnął Kacper. – Na sto procent, nie, na sto dwa.

– Musimy być pewni – powiedziała już stanowczo, ale przez chwilę nie mogła zaczerpnąć tchu, poczuła jakiś ciężar przygniatający ją do mokrego mchu. I tę ziemię, która kiedyś wżarła się jej pod paznokcie i której przez kilka dni nie mogła ani odmoczyć, ani wygrzebać.

– Posłuchaj, wiem nawet, kto zrobił ten tatuaż! Poszedłem tam. Była tam taka wytatuowana od stóp do głów dziewczyna. Kojarzyła go. Była pewna, że na mieście tylko on ma to gówno. Potem kręciłem się z dwa miesiące z jego kolesiami, no i w końcu z nim. Obaliliśmy niejedną flaszkę, skutki będę leczył później, zapłacisz za mój odwyk – zaśmiał się krótko.

– Okej. Co jeszcze? – Bogna próbowała przegnać wspomnienie, wyswobadzając się z nieistniejącego wężowego uścisku i otrzepując ubranie z ziemi i maleńkich listków torfowca.

– Co? No, podpytywałem go, co robił kilka lat temu, czy któregoś lata wyjeżdżał gdzieś, żeby mieć pewność, że tu był wtedy. I co usłyszałem? Że najdalej, gdzie on będzie miał wakacje, to chyba w niebie. Kurwa, w niebie, powiedział. Ja mu takie niebo odmaluję, że hej! Od pięciu lat nie wyjechał dalej niż do burdelu w Krakowie, a i to było więcej niż cztery lata temu. Mówił, że za mało mu płacą w nadleśnictwie, żeby po świecie się szwendał, bo wszystko przecież takie drogie, że chuj, a włóczyć to się lubi, ale po lasach. Podobno buduje bacówkę pod jakąś Czubą, na zadupiu Nowego Targu, ale idzie mu jak po grudzie, bo przepuszcza kasę na wódę. No i najważniejsze, słuchaj, siostra. Kiedyś się upił i zostaliśmy sami w jakimś blaszaku na auto ojca jednego z tych szemranych kumpli, i przez sen wymamrotał dwa razy jedno imię. Zgadnij jakie? Tak, Sara. Powęszyłem z tą Sarą. Takie imię miała jego siostra. Nie żyje, powiesiła się w stodole dziadków. Była wtedy w pierwszej klasie gimnazjum. Węże, Sara, czego chcesz więcej? To on, na dwieście procent. Takie przypadki po prostu się nie zdarzają. Wąż nazywa się…

– Nie mów – przerwała mu błyskawicznie – nie chcę wiedzieć.

– W porządku – odrzekł, nieznacznie się wahając. – Nie chcesz, okej, twoja wola. Przyjedziesz?

 Wezmę wolne od jutra do końca tygodnia. Pasuje ci? – Oddech Bogny szarpał się niczym pies na uwięzi, a ona starała się go uspokoić.

– Jasne, wbijaj, kiedy chcesz. Resztę opowiem w cztery oczy. – Kacper nic więcej nie dodał, choć powinien, bo Bogna nie miała pojęcia, o jakiej reszcie mówił. W momencie, gdy czerwona dioda na ekranie smartfona Kacpra zareagowała na jego palec, Bogna zaklęła pod nosem.

Tkwiła pod murem upaćkanym obelżywymi graffiti, trzymając swój telefon w opuszczonej wzdłuż ciała dłoni.

Wreszcie wrócił normalny oddech.

Pokręciła głową w tę i we w tę, podniosła ręce, zgięła w łokciach, ruszyła stopami, a później jeszcze podciągnęła kolana. Już dobrze, wróciłam do ciała, pomyślała.

Gdy już ponownie przetrawiła informacje od brata, nie potrafiła odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego nie jest w pracy, dlaczego stoi w jakiejś bramie przy ruchliwej ulicy. W pobliżu zauważyła dwoje drzwi, a przy nich spore tablice informujące o mieszczących się w tym budynku firmach i poradniach. Ich nazwy nic jej nie mówiły.

Oparła się o odrapaną ścianę i powoli zbierała siły do wyjścia na chodnik.

No tak, poczta, olśniło ją.

Z Warszawy wyjechała wczesnym rankiem pierwszego dnia urlopu na żądanie, a wieczorem była już w mieszkaniu wynajmowanym przez Kacpra na Ogrodowej w Nowym Targu. Zamieszkał tu dla niej. Zostawił w stolicy wszystko, co było dla niego ważne. Rodzinę, przyjaciół, ulubione kluby, intratną posadę w korporacji, w której czuł się jak ryba w wodzie. A dostał kiepsko płatny etat w obsłudze technicznej tutejszego sądu i marną perspektywę zawarcia znajomości, na których by mu zależało.

Bogna stała już na niewysokiej wieży widokowej w rezerwacie i rozmyślała, czy rzeczywiście brat trafił w dziesiątkę. Spróbowała określić część wspólną zbiorów nazywanych miejscem, czasem i perspektywą. Znalazła się w środku rezerwatu, w środku roku, w środku tygodnia, w środku dnia, tego była pewna, ale czy Kacper znalazł to, czego szukali, właściwy pępek, tego nie wiedziała.

Zadzwonił telefon. Przez chwilę słyszała swojego brata, ale łapała z jego wypowiedzi jedynie co drugą sylabę. Jego głos skojarzył się jej z dźwiękiem powstającym przy konfrontacji tłuczka do mięsa i płatków kukurydzianych. Teraz połączenie urywało na dłużej.

– Halo, Kacper! Halo! Słyszysz mnie?

Z niepokojem spojrzała w dół, w kierunku pustej leśnej ścieżki edukacyjno-przyrodniczej, a później na telefon. Przez chwilę analizowała to, co usłyszała przed rwaniem sieci: „Będę na platformie o dwunastej”, po czym znowu wybrała numer brata i przyłożyła telefon do ucha.

Nadal trzaski i szumy, a potem mocarna cisza w eterze.

Cholera, pewnie mu padła bateria, pomyślała. Kacper spóźniał się już piętnaście minut, Bogna postanowiła zaczekać jeszcze dziesięć, a jeśliby się nie zjawił, wrócić do mieszkania. Do Boru mógł iść na skróty, nie głównym wejściem z ogrodzeniem i bramą, lecz tym otwartym na cztery świata strony, bocznym, nieujawnianym przed turystami, do którego wiodła wąska ścieżka wzdłuż Białego Dunajca. Szansa, że ona i brat wpadną na siebie – on idąc do rezerwatu, ona wychodząc z niego – była więc opcją: albo-albo.

Przez chwilę obserwowała drewnianą kładkę, po czym odwróciła się i rozejrzała. Tu, gdzie stała, kończył się teren zalesiony. Wiedziała, że po prawej, za przesłaniającymi je świerkami i brzozami, ciągnęło się wprawdzie kilkadziesiąt hektarów rezerwatu, ale terenu tego nie było stąd widać. Inaczej było na wprost platformy, tuż przed nosem Bogny. Widok odsłaniał kolejne kilkadziesiąt hektarów torfowisk z dużymi obszarami podmokłych łąk, porośniętych gdzieniegdzie sosną nazwaną drzewokosą, czyli nietypową kosodrzewiną, mającą ponoć czterysta lat. Bagna zasilane raz po raz deszczami i topniejącym śniegiem. Miejsce, na którym strach postawić stopę.

Pachnie pralasem, pomyślała.

Gdzieś dalej, we mgle i w chmurach ukrywały się Tatry, Gorce i Beskid Żywiecki, i Diablak, który tak lubiła. Ale dziś góry mało ją obchodziły. Nie przyjechała tu dla widoków. Szukała powietrza. Powietrza innego niż to, którym oddychała przez ostatnie trzy lata. Niezbrukanego, czystego, odżywczego. By móc żyć jak dawniej. No i nadszedł dzień zemsty. Dzień gniewu, który tłumiła w sobie tak długo, aż przestała rozumieć, kim właściwie jest. Tylko jedna osoba ciągle jej o tym przypominała. Tylko brat stawiał ją na nogi i przypominał, że musi oddychać.

Już wczoraj wieczorem obgadali cały plan, dzisiejsza południowa wizja lokalna miała być tylko lukrem na ciasteczku, które piekli w wysokim ogniu przez ostatnie trzy lata. Nadwornym cukiernikiem tego przedsięwzięcia był Kacper.

Kacper, który pamiętał.

Rodzeństwo i ich znajomi wynajmowali tego lata całe piętro gospodarstwa agroturystycznego na nowotarskim Zadziale. To były dwa tygodnie zwiedzania i wędrowania po Gorcach. W przeddzień powrotu do Warszawy Bogna nie wróciła na noc i choć miała już dwadzieścia dwa lata, Kaper nie zmrużył oka, czekając na nią. Przed szóstą usłyszał, że wchodzi i zamyka się w łazience. Zapytał przez drzwi, czy wszystko w porządku. Odburknęła na tyle radośnie, na ile mogła, więc pokrzyczał na nią, że powinna zadzwonić do niego, jeśli nie zamierzała wracać na nockę do chaty. Przeprosiła i mruknęła, że spała u Beaty. A że kojarzył jakąś Beatę, która przyłączyła się do nich w drodze na Turbacz, odetchnął z ulgą, położył się i zasnął, nastawiając budzik w komórce na dziewiątą. Wkrótce jednak obudziła go pilna potrzeba, więc niezdarnie, na wpół śpiąc, poczłapał do łazienki i potrącił suszarkę. To na niej Bogna nieopatrznie zostawiła wszystkie swoje zakrwawione brudy zawinięte w ręcznik. Zupełnie o nich zapomniała, bo wychodząc, włożyła szlafrok. Rzeczy spadły, a on zdębiał. Wszystkiego się domyślił. Wszedł cicho do pokoju, który dzieliła z Baśką, śpiącą zwykle tak mocno, że by wróciła z krainy snów na ziemię, trzeba było ją zawsze porządnie wyszarpać i nakrzyczeć na nią. Na łóżku Bogny jej samej nie było widać. Spod kołdry wystawał tylko kosmyk ciemnych włosów. Uchylił rąbek, siostra cofnęła się jak oparzona. Zobaczył przestraszone, mokre oczy i ręce, brudne paznokcie, przetarte do krwi nadgarstki, innych obrażeń nie mógł widzieć, bo skrywała je pościel. I zapłakał. A potem chodził po pokoju niczym furiat, zaciskając pięści, cedząc słowa najciszej, jak potrafił, ze względu na Baśkę. Chciał zabrać Bognę do szpitala, zgłosić to na policję, ale ona kazała mu milczeć, jeśli nadal chce być jej bratem.

A miesiąc później zaplanował cały ten dzień gniewu.

Czas mijał, a Kacpra nie było. Nie dzwonił. Zaniepokojona, wróciła z Boru na Ogrodową. Mieszkanie było puste. Gdy po jakiejś godzinie w końcu się pojawił, odchodziła już niemal od zmysłów i zwymyślała go od najgorszych. A on spokojnie przeczekał tę nawałnicę i wyjaśnił, że zepsuł mu się samochód, no i padła bateria. Musi teraz zająć się holowaniem i tak sprawę załatwić, żeby do wieczora auto było sprawne. Bo bez niego ani rusz. Wyszedł.

A Bogna zaczęła wątpić.

Czy na pewno znaleźli właśnie Węża? A jeśli to nie on? Przecież się nie przyzna, a torturować Kacper wcale go nie zamierza.

Pytał mnie wtedy o drogę… Czy po takim czasie rozpoznam jego głos? A jeśli nie będę pewna, to co dalej? Skrzywdzimy niewinnego.

Bogna niczego tak mocno w życiu nie pragnęła, jak tego, by całe to polowanie na Węża wreszcie się skończyło.

W jej głowie pojawiła się nagle myśl, że musi znaleźć więcej informacji o tej Sarze.

Włączyła laptop i w wyszukiwarce wpisała kilka słów. Rzeczywiście, w „Tygodniku Podhalańskim” był artykuł o śmierci piętnastoletniej Sary M. z Nowego Targu, krótka wzmianka, sugerująca, że to nie jest wcale oczywiste samobójstwo. Dowody nie były jednoznaczne. No i nie zostawiła listu. Bogna wiedziała, że pisze je tylko trzydzieści procent samobójców, ale za każdym razem, gdy go nie ma, pojawia się pytanie o prawdziwość tego zdarzenia. Jaki był powód? Dobra uczennica, dobra córka, klasyka. Przepytywano jej rodziców, trójkę rodzeństwa, znajomych ze szkoły, sąsiadów – nikt nic nie wiedział. To wszystko już wczoraj mówił jej Kacper, nawet wspólnie się zastanawiali, czy powodem tej ostatecznej decyzji nie był jej brat, Wąż. Może ją molestował? Może Sara nie wytrzymała przemocy i gróźb? A może ktoś ją do tego zmusił? A może była molestowana przez ojca? Wujka? Może bito ją w domu? Może prześladowano w szkole? Gdyby tylko Bogna mogła porozmawiać z jej rodzicami… Nie! Nie! Co też przychodzi jej do głowy!? Przecież jej rodzice to również rodzice Węża, czyli rozmawiałaby z ludźmi, których syna chciałaby rozgnieść jak pluskwę. Przekroczyłaby granicę. Granicę pozorów, poza którą ona i Kacper są sobą. A tu przecież trzeba grać. I to nie tylko marsz pogrzebowy.

Zostawmy Sarę w spokoju, pomyślała, teraz liczy się tylko Wąż.

Przebrała się w ciemne ubranie, jak ustalili. Czarne legginsy i czarną bluzę. Usiadła na szerokim parapecie i gapiła się na ludzi idących ulicą. Mieszkanie Kacpra mieściło się na poddaszu trzypiętrowej kamienicy, a że nikt nie zadzierał głowy, patrzyła do woli.

On tam gdzieś jest, wśród nich, pomyślała. Chodzi sobie, niczego nieświadomy, a powinien umykać jak zając w polu. Ale Bonnie i Clyde go dziś dopadną.

Niech się stanie! Niech to się wreszcie skończy! – wykrzyczała w duchu.

Siedziała tak do zmierzchu, wypatrując brata i wciąż na nowo wyrównując oddech. Sprzyjało temu wpadające teraz do pokoju przez otwarty lufcik rześkie chłodne powietrze. Czerwcowy upał zelżał. Oczy i policzki, zmoczone łzami, wyschły, a lędźwie zesztywniały. Światło obudziło drzemiące domy, latarnie.

Minęła dwudziesta trzecia.

I wtedy Kacper zadzwonił, by zeszła na dół, a ona przestraszyła się, że to już.

Jego dziesięcioletni czerwony fiat bravo stał przy chodniku. Migały światła awaryjne.

– Jest w bagażniku – zakomunikował Bognie, gdy wsiadła, i ruszył.

– Czym go poczęstowałeś? – zapytała, roztrzęsiona.

– Ośmioprocentowym sewofluranem. Minutka wdychania i jest załatwiony na jakieś trzy godziny. – Rozdrażnienie w tonie jego głosu zaskoczyło ją. – Przecież ci mówiłem, co i jak.

– No tak, a sprawdziłeś, czy jeszcze żyje? Może jest na coś uczulony i wozisz trupa w aucie.

– Czy to ważne?

Nie odpowiedziała.

Podjechali pod rezerwat, zaparkowali z dala od latarni, po czym zaczęli nasłuchiwać. Nic się nie działo, ani w bagażniku, ani w pobliżu bramy. Wyszli z samochodu.

Bogna ciężko oddychała. Jakby właśnie wskoczyła na ring i toczyła walkę sparingową z sobą samą.

– Gotowa? – Kacper spojrzał na nią z troską. Skinęła głową, więc otworzył bagażnik.

Przyjrzała się leżącemu tam mężczyźnie. Był łysy, co było dla niej niespodzianką, bo facet, który pytał o drogę jakieś włosy miał. Pewnie je zgolił, pomyślała. Na oko mógł mieć ze czterdzieści lat. Przy rozciętej dolnej wardze widać było zaschniętą krew. Biała koszulka z jakimś nadrukiem była przybrudzona, a dżinsy opinały nisko biodra, odsłaniając niebieskie majtki. Poprute tu i ówdzie biało-niebieskie markowe adidasy miały za sobą z pewnością więcej niż dziesięć sezonów.

Nagle wszystko do niej wróciło.

Ta straszna noc, kiedy zatrzymał się obok niej jakiś samochód. Ta noc, kiedy popełniła dwa największe błędy w swoim życiu. Nie zadała sobie pytania, czemu ten człowiek za kierownicą założył nocą ciemne okulary, i stanęła za blisko auta, facet prysnął jej czymś w twarz. Chwilę wcześniej zdążyła zobaczyć ręce oplecione wężami.

Gdy oprzytomniała, było ciemno i cicho, a ona leżała na wznak, rozpostarta jak Jezus na krzyżu i przywiązana do czegoś sznurami. Jakiś materiał szczelnie owijał jej twarz. Pod sobą wyczuła ziemię obrośniętą niewielką ilością trawy, a czuła ją wyraźnie, bo od szyi w dół naga. Skóra na całym ciele wyłapywała chłód. Nie miała nawet na stopach swoich pięknych, kolorowych sandałów. Jak tylko zdała sobie sprawę, że jej usta skleja jakaś taśma, zaczęła się szarpać niczym opętana przez demona. Przerażona, wyła, artykułując niezrozumiałe nawet dla niej samej słowa. Wbijające się w skórę sznury wokół nadgarstków nie pozwoliły jej jednak na powtarzanie tych rozpaczliwych manewrów. Po kilkunastu minutach ręce zaczęły piec, popłynęła krew. Bogna wyczuła ją niemal jak pies, nie widziała jej, niczego nie widziała. Mężczyzna zarzucił na jej głowę, o czym się później przekonała, jej własną sukienkę. Wyciągnął ręce Bogny z rękawów i otulił głowę tkaniną w taki sposób, by kręcąc się, dziewczyna jej nie zsunęła.

Nie miała pojęcia, gdzie jest. Próbowała poznać po zapachu, ojciec zawsze jej mówił, że to po nim ma ten doskonały węch. Ale dookolny zapach, jeśli w ogóle przebił się przez materiał na jej głowie, nie dotarł do nosa. Nos wyłapał wyłącznie smród potu, Jej i czyjegoś. Ale dotyku Węża jeszcze wtedy nie czuła, pewnie patrzył i czekał, aż ona się zmęczy. Dopiero potem. Gdy siłą rozwarł jej nogi, choć kopała, jak mogła najmocniej, i wszedł w nią jednym silnym pchnięciem. Ból rozdzierający krocze, promieniujący od podbrzusza po czubek głowy, był tak intensywny, że myślała, że umiera. Ale nie umarła, nawet nie zemdlała, płakała, nie zwracając uwagi na dźwięki wydobywające się z jego ust, sapanie i cicho szeptane imię: Sara. I było już jej zupełnie obojętne, co będzie potem.

A trwało to całą wieczność. Zgwałcił ją jeszcze dwa razy.

Gdy w końcu skończył, odciął sznur przy jej prawej dłoni i włożył w nią coś płaskiego i podłużnego, zaciskając lekko w piąstkę. Po czym odszedł, zgniatając coś pod butami. Odgłos wydawał się znajomy. Chrzęściły drobne gałązki. Wywiózł mnie, skurwiel, do lasu, pomyślała. Ścisnęła dłoń trochę mocniej. To, co trzymała, było śliskie i ostre. Poczuła kolejny ból, ale zignorowała go, bo i tak bolało ją całe ciało. Intuicja podpowiadała jej, że to szkło, ale Bogna nie była pewna. Odłożyła tę rzecz na swój brzuch, ostrożnie, bo jej ręka drżała. Powoli odwinęła materiał z głowy i zerwała taśmę z ust. Księżyc świecił jasno, więc od razu wiedziała, co błyszczy na jej ciele. Kawałek rozbitej szyby. No tak, zostawił jej wybór.

Cała się trzęsąc, spiłowała tym szkłem drugi sznur, wiodący od jej lewej dłoni do pobliskiego drzewa, włożyła sukienkę i usiadła pod pniem, podkuliwszy kolana. Długo płakała. Nie podcięła sobie żył ani nie wbiła szkła w żadną tętnicę, ruszyła przed siebie w kierunku rozwidlenia między drzewami. Boso. Butów nie znalazła. Kilka minut później zobaczyła drewnianą kładkę. Już wiedziała, gdzie jest. Podeszła do wysokiej drewnianej bramy rezerwatu, ale ta była zamknięta od zewnątrz, musiała więc poszukać innego wyjścia. Terenu nie znała zbyt dobrze, wiedziała tylko tyle, że z Boru wyjdzie, kierując się w prawo, a potem w stronę mostu. Do gospodarstwa na Zadział dotarła wraz ze wschodzącym słońcem.

Bogna zachwiała się na nogach. Kacper złapał ją za łokieć.

– W porządku? – Przypatrywał się jej czujnym wzrokiem. Wydawał się spokojny, opanowany.

A ona nadal patrzyła na Węża. Wyobraziła sobie, jak bierze nóż i wbija go w jego klatkę piersiową, i od razu poczuła się lepiej, pewniej.

Dalej poszło już według planu.

Wyciągnęli nieprzytomnego Węża z fiata, związali mu nogi i ręce za plecami, usta zakleili taśmą i ukryli go za zaroślami przy bramie.

Bogna stanęła na czatach, w miejscu ciemnym, lecz z dobrą widocznością, a Kacper odjechał autem na parking w pobliżu małego aeroklubowego lotniska, by stojący pod rezerwatem samochód nie rzucił się nikomu w oczy. Potem wrócił do siostry pieszo, skrótem przez murawę. Serce biło jej jak oszalałe, gdy patrzyła, jak przez otwartą przestrzeń biegnie wprost na nią jakiś człowiek. Przecież nie miała pewności, że to brat. Sylwetkę w czarnym dresie rozpoznała dopiero, gdy był dwa metry od niej.

Odetchnęła głęboko.

Chwilę później bez zbędnych słów, ale z wyrazem obrzydzenia na twarzy, chwyciła Węża za nogi, a Kacper założył czołówkę, włączył najsłabsze światło i złapał go pod pachy. Ważył góra dziewięćdziesiąt kilogramów. Nadal był nieprzytomny. Niosąc go, stawali kilka razy, aż w końcu doszli do platformy. Kacper zniknął w ciemnościach, po czym wrócił z dwiema szerokimi deskami, które przerzucił między podestem a kępą w pobliżu małej brzózki. Przeszedł po nich dwa razy, mocno naciskając butami, by się upewnić, że trzymają się na powierzchni. Już kiedyś kilka razy to robił, przychodził tu nawet z kijem i sprawdzał głębokość grzęzawiska.

Zanim z wielkim trudem wsunęli Węża do zdradliwej bagiennej wody, Kacper przeciął nożem sprężynowym sznur krępujący mu nogi, zwinął go byle jak i schował go do kieszeni, po czym nacisnął zapadkę na rękojeści sprężynowca, ostrze zniknęło. Oboje wiedzieli, że mężczyzna musi mieć nieskrępowane nogi, by w panice starać się nimi ruszać, a tym samym zapadać się w bagno coraz głębiej.

Potem Bogna stanęła pod brzozą i obserwowała. Każdy mięsień jej ciała odczuł wzmagające się napięcie. Oddychała szybko i płytko. Klatka piersiowa znowu zabolała, znów oplotły ją węże.

Kacper wyłączył czołówkę, więc oboje przez kilka sekund oswajali wzrok z panującą wokół ciemnością. Księżyc świecił na tyle jasno, że widzieli siebie nawzajem, Węża, kawałek drewnianej ścieżki, zarys wieży widokowej i kilku drzew wokół, ale nic ponadto.

Ciszę jak makiem zasiał przerwało tak głośne kumkanie tutejszych kumaków, że Kacper aż się skrzywił. Płazie gadanie zawsze doprowadzało go do furii. Pchnął nieprzytomnego mężczyznę głębiej w bagno, do pasa.

I wtedy Wąż zaczął się budzić. Mrugał oczami, aż w końcu całkiem je otworzył i zdębiał, widząc Kacpra. Chwilę później zauważył Bognę, ale nie zatrzymał na niej spojrzenia, szybko znowu spojrzał na kumpla. Spiorunował go wzrokiem i chciał coś powiedzieć, pewnie też zaklął, ale spod taśmy wydostał się jedynie bełkot.

– Morda w kubeł, bo wbiję ci ten nóż w oko – syknął Kacper, naciskając zapadkę sprężynowca, który w lot wysunął swoją głownię tuż przed nosem Węża.

Mężczyzna w bagnie potwierdził głową, że będzie grzeczny, po czym rozejrzał się wokół, próbując się zorientować, gdzie jest. Kacper na moment włączył czołówkę, by oświetlić jego brzuch i platformę widokową. Widać było, że mężczyzna skojarzył miejsce. Wpadł w histerię, zaczął się szamotać i krzyczeć. Kacper chlasnął go szybko ostrzem w policzek.

– Nie wyj, to nic nie da – rzucił cicho i ostro. W głosie słychać było nienawiść i pogardę. Po chwili zwrócił się łagodnie do siostry: – Teraz twoja kolej.

– Nie, nie chcę z nim gadać. Niech w końcu spierdala w to gówno. – Słowa wypełniał taki jad, że mężczyzna w bagnie spojrzał na nią przerażonym wzrokiem. Ani drgnęła.

– W porządku, sam go oświecę. – Nóż sprężynowy znowu znalazł się przy oku skrępowanego mężczyzny. – Słuchaj, skurwysynie, gdybyś nie miał jasności w temacie. Trzy lata temu tu, w Borze, zgwałciłeś moją siostrę.

Wąż wzdrygnął się, zagulgotał i – zaprzeczając – pokręcił stanowczo głową. Bogna zrobiła dwa kroki w jego kierunku, schyliła się i splunęła mu w twarz.

– Długo cię szukałem, ty pierdolony zboczeńcu – szepnął lodowato Kacper. – I zawsze wiedziałem, że któregoś dnia mi to się uda. No i proszę, opłaciło się czekać. Dziś, kurwa, zapłacisz za to, co zrobiłeś mojej siostrze. Może ktoś cię kiedyś znajdzie, za tysiąc czy dwa tysiące lat. Może… A gdy już wyłowi twoją pieprzoną mumię, będzie w siódmym niebie. Nie będzie się długo zastanawiał, kim byłeś, zostawię mu jedną jedyną rzecz, którą powinien o tobie wiedzieć. Masz. –  Kacper zdjął zawieszoną na swojej szyi deszczułkę z wyrytym na niej napisem „GWAŁCICIEL” i założył ją na szyję Węża. – Ostatni prezent na ostatnią drogę. Ale nie myśl, że dotrzymamy ci towarzystwa do końca, nie, nie, wkrótce sobie zaśniesz i w tym śnie się udusisz, ale od ciebie zależy, kiedy sobie zaśniesz. Jak zawyjesz, zasypiasz od razu, ale jeśli będziesz siedział cichutko jak mały szczurek, zaśniesz trochę później. Chcemy sobie, skurwielu, jeszcze trochę popatrzeć, jak znikasz.

Z oczu Węża wytrysnęły łzy i spływając, zmieszały się z krwią na lewym policzku. Mężczyzna znowu zaprzeczał głową, ale spokojniej, jakby w końcu dotarło do niego, że każdy ruch to kolejny krok do śmierci. Obserwowali go jeszcze godzinę, zapadł się już niemal po pachy. Oczy miał już suche, krew na policzku zaschła. Milczał, patrzył na nich. Wodził wzrokiem od jednego do drugiego, aż w końcu zatrzymał go na Bognie.

A jej właśnie przyszło do głowy, że tak wygląda czarna rozpacz.

Zaszkliły się jej oczy.

– Chodźmy już – rzuciła nagle.

Kacper wyciągnął z bluzy niewielki spray z sewofluranem i maseczkę chirurgiczną. Bogna sięgnęła do kieszeni po swoją. Założyli je, ale zanim oboje wstrzymali oddech, Kacper rzucił do Węża:

– Do zobaczenia w piekle, gnoju.


***  

– Mój brat Wiktor zaginął pół roku temu.

Bogna, zszokowana, wpatrywała się w ekran telewizora, będący na wyposażeniu kawalerki, którą od czterech miesięcy wynajmowała we Wrocławiu. Wyjechała z Warszawy, by zacząć od nowa. Łatwo było wybrać miejsce, we Wrocławiu kochała się już od czasów licealnych. Kacper mówił, że przeprowadzka nic nie da, że jeśli tylko na to pozwoli, jej historia dopadnie ją wszędzie. Nie uwierzyła mu. Tu na każdym kroku pocieszały ją krasnale. Tu zaczęła się inna bajka.

Kamera pokazywała mężczyznę i jego rodzinę. Wszyscy siedzieli w jakimś pokoju obitym boazerią. Bogna nie dostrzegła smutku i przygnębienia malujących się na ich twarzach, widziała tylko mówiącego do mikrofonu Węża.

– Szukała go policja, rodzina, znajomi, całe miasto. Nikt nie wie, gdzie się podział. Jakby zapadł się pod ziemię. Proszę spojrzeć, to jego zdjęcie. – Na ekranie pojawiła się na dłuższą chwilę fotografia Węża. – Gołym okiem widać, że to mój bliźniak, ale ja mam bliznę na policzku, a on nie. Gdy skończyliśmy osiemnaście lat zrobiliśmy sobie nawet takie same tatuaże. – Uniósł ręce na chwilę i opuścił je. – Ja i rodzina prosimy o kontakt wszystkich, którzy go widzieli albo którzy mają jakieś wiadomości na temat tego, gdzie może przebywać. Gdzieś na pasku ma się teraz wyświetlać numer, na który można dzwonić. Zdjęcie mojego brata można znaleźć też w internecie. Proszę, zadzwońcie, jeśli coś wiecie.

Bogna z wielkim wysiłkiem łapała swój oddech. Jej płuca ktoś wsunął w stalowe imadło i pokrętłem powoli dokręcał szczęki.

Zanim upadła na dywan, pomyślała, że to koniec, że zabrakło już dla niej powietrza.


JSW, 2020

AKTUALNOŚCI

RECENZJA

  AUTORZY POWIEŚCI O CHOPINIE:  JOLANTA SZYMSKA-WIERCIOCH & WOJCIECH WIERCIOCH AUTORKA RECENZJI: ANNA STASIUK „Zaklinacz dźwięków. Powie...